Agnieszka i Mateusz Waligórowie: Plany są dla architektów [Ludzie z pasją odc.1]

rozmawiał Dominik Szczepański
10.01.2015 09:00
A A A
Mateusz i Agnieszka Waligórowie

Mateusz i Agnieszka Waligórowie (fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie)

Spakowali rowery i na 1,5 roku wyjechali do Ameryki Południowej. Po powrocie odpoczęli trzy miesiące i udali się na jedną z najtrudniejszych tras świata - australijską Canning Stock Route. Dlaczego właśnie na rowerach? - Bo na rowerze podróż odbiera się wszystkimi zmysłami. Zawsze jest możliwość, żeby się zatrzymać i chłonąć - mówią.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Agnieszka i Mateusz Waligórowie przez ostatnie dwa lata przejechali na rowerach 16 tysięcy kilometrów. 1,5 roku spędzili w Ameryce Południowej. Kiedy wracali, okazało się, że wygrali grant podróżniczy. Po trzech miesiącach odpoczynku ruszyli do Australii, gdzie zmierzyli się z jedną z najtrudniejszych i najbardziej odizolowanych dróg na świecie -  Canning Stock Route. Czekały na nich trzy pustynie i... deszcz.

Agnieszka i Mateusz są pierwszymi bohaterami nowego cyklu off.sport.pl. Co piątek będziemy publikować rozmowę lub historię ludzi z pasją. Jesteś jednym z nich albo znasz kogoś takiego? Napisz: dominik.szczepanski@agora.pl

 

Dominik Szczepański: No i co teraz? Zacznie się poukładane życie?

Mateusz Waligóra: Przecież cały czas jest poukładane.

Agnieszka Waligóra: Powiedzmy, że mała stabilizacja. Zresztą, nie bardzo mamy wyjście, bo podzieliliśmy los wielu podróżników. Czyli mamy duże problemy finansowe i musimy odbudować nasze zasoby. Ale wiemy, że podróżowanie będzie zawsze częścią naszego życia. Musimy tylko wymyślić, jak to wszystko połączyć.

Ile już przejechaliście?

Mateusz: 16 tysięcy kilometrów. Ale to nie stanowiło dla nas nigdy priorytetu.

Agnieszka: Taki mamy teraz po prostu przebieg, że się tak wyrażę.

Skąd pomysł, żeby tłuc się rowerami po świecie?

Agnieszka: Każde z nas marzyło sobie o podróżach po świecie. Tak indywidualnie. Jak się spotkaliśmy, to pojechaliśmy na rower na Kubę. Jeździłam wcześniej z sakwami, a Mateusz chciał się w to wkręcić. Spodobało nam się, połączyło nam się to z planem na długą podróż. Stwierdziliśmy, że rower nam najbardziej odpowiada i tak będzie najciekawiej.

Mateusz: Kuba to mała wyspa, uznaliśmy, że najlepiej będzie przejechać ją na rowerach. I tak nam się to spodobało, że od tej pory ciężko nam wyobrazić sobie inny sposób podróżowania. Na rowerze mamy wszystko, czego nam potrzeba.

Agnieszka i Mateusz Waligórowie / nakrancach.plArgentyna. Matuesz: Dzień jest zazwyczaj słoneczny i ciepły, za wyjątkiem poranków, które rozpoczynamy z łapawicami puchowymi w dłoniach i reklamówkami foliowymi w butach. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie / nakrancach.pl

Po Kubie od razu przyszedł pomysł na Amerykę Południową?

Agnieszka: Nie, najpierw był nasz ślub. I odkładanie pieniędzy na podróż. To trwało dwa lata.

Jak zaplanować taką podróż?

Agnieszka: Nie da się. Plany są dla architektów. Przewodnik po Argentynie kupiliśmy na dzień przed wylotem do Buenos Aires. Wiedzieliśmy mniej więcej, co chcemy zobaczyć, ale daliśmy sobie zupełną wolność w sposobie realizacji naszych planów. Na miejscu dowiadywaliśmy się, co dalej. To był dobry sposób. Na trasie spotkaliśmy mnóstwo ludzi, którzy opowiadali nam o kolejnych miejscach. Coraz bardziej zaczęliśmy też wchodzić w środowisko osób podróżujących przez Amerykę Południową na rowerach. Istnieje tam sieć casas de ciclistas, czyli kwater udostępnianych rowerzystom. Spotykaliśmy się tam z innymi podróżnikami, którzy dzielili się z nami swoimi doświadczeniami, radzili, którędy jechać, co zobaczyć, gdzie się zatrzymać. W ten sposób powstawała nasza trasa. Zawsze dawaliśmy sobie wolność w tym, co dalej.

Mateusz: Spotykani na trasie ludzie pytali nas często: co dalej, dokąd teraz pojedziemy. To było najbardziej znienawidzone pytanie. Wiedzieliśmy tylko, że najpierw na południe, a później na północ.

Agnieszka: Wiedzieliśmy tylko, że jedziemy wzdłuż Andów. Początkowo sądziliśmy, że dwa lata, które zaplanowaliśmy na podróż, starczą nam na przejechanie prawie całego świata. A później okazało się, że tak nam się tam spodobało, że zostaliśmy półtora roku. I niewiele czasu zostało na resztę. Ale dzięki temu bez żadnej presji mogliśmy spędzić tam tyle czasu, ile chcieliśmy. Bez ciągłego pędu.

Mateusz: W Kolumbii myśleliśmy, że pojedziemy do Meksyku i stamtąd wrócimy do Polski. Ale dowiedzieliśmy się, że wygraliśmy grant podróżniczy od marki Polartec i postanowiliśmy zmienić diametralnie plany i przygotować kolejną podróż. Do Australii. Mieliśmy w Polsce trzymiesięczną przerwę, czas na przygotowanie logistyczne wszystkiego.

Zatrzymajmy się na chwilę w Ameryce Południowej. Jacy są tam rowerzyści? Tacy sami jak w Polsce?

Mateusz: Ciężko mówić o całej Ameryce Południowej... Myślę, że w zasadzie to rowerzyści są podobni do polskich...

Agnieszka: A właśnie, że nie. Na ogół podróżnicy rowerowi, to byli obcokrajowcy. Miejscowych podróżników ciężko było spotkać. Co prawda miejscowi używają rowerów do przejazdów na krótkich dystansach, ale w długie podróże rzadko się wybierają.

Mateusz: Racja, spotkaliśmy może z pięć takich osób.

Agnieszka: W Kolumbii popularne jest za to kolarstwo szosowe. Mnóstwo ludzi pędzi na kolarzówkach po kilkaset kilometrów. Często zdarzały nam się tam ciekawe rozmowy z siodełka. Wypytywali nas o wszystko i żegnali się: a, to dobra, wy sobie powoli jedźcie, a ja jeszcze muszę zrobić 100 kilometrów, no to pa. (śmiech). My wlekliśmy się z naszymi kilogramami, a oni fruwali tam po jezdni.

Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plBoliwia. Przenoszenie przez ''próg'' największej solanki świata, czyli Salar de Uyuni. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

A jak postrzegali was miejscowi?

Mateusz: Zdecydowanie pozytywnie. Mało mamy złych historii, więc nie warto ich opowiadać.

Gdzie spaliście?

Mateusz: Pół na pół wyjdzie pewnie - trochę po hotelikach, a reszta noclegów, to u prywatnych osób. Znajdowaliśmy nocleg w polskich parafiach, za pomocą coachsurfingu, czy po prostu rozstawialiśmy namiot. Chcieliśmy też połączyć jazdę na rowerze z chodzeniem po górach, więc dużo czasu spędziliśmy w Andach.

Agnieszka: Zwłaszcza na początku spaliśmy w namiocie. Później wjechaliśmy do tańszych krajów, więc mogliśmy sobie powiedzieć: stać nas na to, żeby odpocząć w tym hostelu. Warunki oczywiście często były trudne, ale mimo wszystko ten dach nad głową i kawałek krzesła to był szczyt wygody, za którym tęskniliśmy.

A co z usterkami? Jak sobie radziliście?

Agnieszka: Mieliśmy dużo zapasowych rzeczy ze sobą. W Ameryce Południowej te części są trudno dostępne i o wiele droższe. Do tego stopnia, że łatwiej nam było coś zamówić w Polsce i poczekać na paczkę. Nie mieliśmy dużych awarii. Na początku mieliśmy problem z dopasowaniem łańcucha, bo nie współgrał z systemem napędowym. Musieliśmy go wymienić.

Mateusz: Zgubiliśmy uchwyt od przyczepy, ale producent dosłał nam nowy, na własny koszt. Szukaliśmy spawacza w Argentynie, w Patagonii. A tak to dętki, kapcie. Duża awaria przydarzyła nam się na Salar de Uyuni, czyli największym solnisku na świecie. Wpadliśmy do solanki po kolana. Dwa miesiące później czyściłem rower w La Paz. Okazało się, że 16 nypli, czyli części mocujących szprychy z obręczą, nam popękało. Niedokładnie je wcześniej domyliśmy. Pomógł nam na szczęście właściciel casa de ciclista, w której akurat przebywaliśmy.

Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plAustralia. Trwają prace techniczne. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

Drugi raz pada to wyrażenie, więc wyjaśnijmy. Na czym dokładnie polegają zasady casa de ciclistas?

Agnieszka: Pierwszy raz się spotkaliśmy z tym w Ameryce Południowej i nie wiem, czy gdzie indziej to istnieje. To sieć podobna trochę do coachsurfingu, tyle że przeznaczona dla rowerzystów. W Ameryce Północnej z kolei bardzo popularna jest sieć warmshowers. W Europie też pewnie znajdą się użytkownicy tego serwisu. Casa de ciclistas jest prowadzone na ogół przez rowerowego pasjonata, który stara się wczuć w rolę swojego gościa, który przemierza tysiące kilometrów po trudnym i nieznanym terenie. Gospodarze udostępniają więc swoje domy i pokoje.

Mateusz: W Ameryce Południowej istnieje szkielet głównych dróg, którymi poruszają się rowerzyści. Np. do Ziemi Ognistej jest tylko jedna droga. Obok niej znajduje się pewna piekarnia, której właściciel jest rowerzystą i w magazynie z mąką udostępnił mały pokoik, w którym można się za darmo przespać.

Agnieszka: Wiedza o tych miejscach jest przekazywana ustnie od rowerzysty do rowerzysty. Oczywiście, coraz więcej informacji można znaleźć już w internecie. Ale to zawsze miejsca, gdzie można za darmo odpocząć, spotkać innych rowerzystów, znaleźć mapę.

Macie swoich ulubionych rowerzystów, których poznaliście na trasie?

Mateusz: Zaprzyjaźniliśmy się z parą Niemców, Simone i Danielem, którzy z Niemiec przejechali przez Afrykę do Kapsztadu. Później wylądowali w Buenos Aires i pojechali aż do Stanów Zjednoczonych. Mieli podobne charaktery jak my i podobną filozofię podróżowania, czyli: powoli. Zapamiętaliśmy też Brytyjczyka Steve'a, który w sześć lat chce przejechać na rowerze sześć kontynentów. Teraz jest chyba gdzieś na Alasce...

Agnieszka: W pamięć zapadła nam też para z Belgii, która do Ameryki Południowej przyjechała w podróż poślubną. Skończyło się to tragicznie, bo w Peru dziewczyna zginęła zabita przez ciężarówkę. Bardzo to przeżyliśmy, spotkaliśmy ich wcześniej w La Paz. Tam chyba spotkaliśmy zresztą najwięcej rowerzystów. Bardzo różne to były osoby. Np. dwoje Amerykanów. On był niedowidzący, ona niewidoma. Mimo tego udali się w podróż rowerową po obu Amerykach, założyli bloga. Wyruszyli zupełnie bez przygotowania. Liczyli, że zawsze spotkają ludzi, którzy będą ich eskortować. I udało się im. Niesamowita podróż.

Mówicie, że spotkana para Niemców miała do was podobne charaktery. Jaki trzeba mieć charakter, żeby wziąć rowery i we dwójkę wyjechać na 1,5 roku na drugi koniec świata?

Mateusz: Charakter nie definiuje do końca rowerzysty... Do Niemców zbliżyło nas trochę to, co razem przeżyliśmy w casa de ciclista w La Paz. Nieraz w małym pokoiku potrafiło tam spać kilkanaście osób. Tak samo jak im, brakowało nam trochę przestrzeni, porządku. Potrzebowaliśmy w tym samym momencie tych samych rzeczy.

Agnieszka: Jeśli chodzi o charakter osoby, która wyjeżdża na 1,5 roku na rower... To wychodzi zupełnie z przypadku. Spotykaliśmy mnóstwo ludzi, którzy wyjeżdżali na dwa miesiące, a w podróży były już od czterech lat. Byli też tacy, którzy po przejechaniu dwóch kontynentów dochodzili do wniosku, że nie lubią jeździć na rowerze. Każdy ma inną historię. Łączy nas wytrwałość i odporność na trudy oraz chęć przeciwstawiania się im.

fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plCisza. Absolutny brak wiatru. Patagonia pożegnała nas bardzo łaskawie. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

A czemu na rowerze, a nie samochodem?

Mateusz: Jest mnóstwo ludzi, którzy czerpią radość z samego wysiłku fizycznego.

Agnieszka: Dla nas podróżowanie samochodem, to odebranie większości przyjemności z podróżowania. Na rowerze nie jest się odgrodzonym od tego, przez co się jedzie. Czasami to nie jest fajne, bo pada, wieje i chciałoby się gdzieś schować. Ale ma się na twarzy wiatr...

Mateusz: Zapachy.

Agnieszka: ...wszystkimi zmysłami odbiera się podróż, to co jest dookoła. Zawsze jest możliwość, żeby się zatrzymać i chłonąć.

Mateusz: Jadąc na rowerze z punktu A do Z poznajesz całą drogę, małe wioski, ludzi. Do autobusu wsiadasz w punkcie A, wysiadasz w Z i nie wiesz, co było po drodze. A małe wioski i historie poznanych osób zapadają w pamięć bardziej niż stolice i atrakcje turystyczne, które każdy chce zobaczyć.

Agnieszka: Rowerzysta jest też bardziej zdany na pomoc ludzi. Siedzący w samochodzie czuje się bardziej niezależny, a rowerzysta ma często takie sytuacje, że musi prosić o pomoc, przysługę. Jest  postrzegany bardziej bezpośrednio, jak swój.

Macie swoje ulubione historie z Ameryki Południowej?

Mateusz: W pamięć zapadła mi wspinaczka na sześciotysięcznik Huayna Potosi w Boliwii. Wcześniej wspinaliśmy na Aconcaguę, ale wycofaliśmy się z ataku szczytowego. A na Huayna Potosi, kiedy weszli o wschodzie słońca, to poczułem ulgę i szczęście. I ludzie - to może nie historia z podróży, ale ważna jej cześć. No i te małe rzeczy. Czasami jest tak, że jedziesz i cieszy cię każdy szczegół. Że jest 40 km z górki i możesz swobodnie się rozglądać.

Agnieszka: Trudno coś wybrać, dla mnie to wszystko jest jak jedno doświadczenie.

Wróciliście później na trzy miesiące do Polski. Jaki to był dla was czas?

Agnieszka: Nie mieliśmy za bardzo czasu, żeby jeździć w Polsce na rowerach. Załatwialiśmy formalności związane z kolejną podróżą. Złapaliśmy też szybko jakąś pracę, żeby podreperować budżet. Spędziliśmy ten czas z rodziną i znajomymi, bo to było dla nas niesamowite, że po tych długich miesiącach rozmawiania o nich, znów z nimi jesteśmy i wszystko jest prawie tak, jak zapamiętaliśmy

Mateusz: Głównie chcieliśmy nadrobić stracone w Ameryce Południowej kilogramy.

Patrzę na zdjęcia i widzę, że macie rower z trzema kółkami. Dziwnie to wygląda. Jak to się stało?

Agnieszka Waligóra: Pomysł polski, produkcja polska. Można się chwalić na całym świecie. Trzecie koło to przyczepka, dzięki której można zabrać ze sobą dodatkowe sakwy. To alternatywa dla typowych przyczepek. Ten patent świetnie się sprawdził w Ameryce Południowej, więc wzięliśmy go również ze sobą do Australii.

Mateusz Waligóra: Używaliśmy dodatkowego koła dlatego, że Agnieszka nie chciała wieźć sakw z przodu. Poza tym to jest fajne, że jak wjeżdżają trzy koła do miasta to wszyscy się patrzą (śmiech).

Agnieszka: Nie! Wzięliśmy dlatego, że tam chorągiewkę można przyczepić! Poza tym można tam transportować dużo cięższy bagaż niż na przednim bagażniku, bo jest to koło nieobciążone. 35 kg można tam wcisnąć, więc to dawało nam całkiem sporo możliwości, bo sprzętu braliśmy ze sobą dość dużo...

Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plGdzieś pośród australijskich bezdroży na Canning Stock Route. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

To zróbmy przegląd plecaka z waszej ostatniej wyprawy do Australii.

Mateusz: Dwie koszulki, dwie pary spodni i czapka z daszkiem. Z ciuchów to tyle. 40 kg jedzenia na dwie osoby, do tego zapas wody, którą braliśmy ze studni. Maksymalnie 40 litrów. Dwa filtry do wody, namiot, dwa śpiwory, materac, kuchenka gazowa, dwie zapasowe dętki, dużo elektroniki: telefon satelitarny, kamera Go Pro, panel solarny do ładowania tego wszystkiego. Niewiele narzędzi. Chyba najłatwiej będzie zerknąć na naszą stronę internetową, tam wszystko wyszczególniliśmy.

[Jeśli ktoś jest ciekawy, co bierze się ze sobą w rowerową podróż po bezdrożach Australii, to lista sprzęty znajduje się pod koniec wpisu na stronie Agnieszki i Mateusza. Wcale nie ma tego tak dużo - przyp. red]

Porównacie te dwie trasy? Amerykę Południową z Australią?

Agnieszka: W Ameryce Południowej 70 proc. to były drogi szutrowe, na których czuliśmy się po wszystkim bardzo zahartowani. Do Australii musieliśmy zabrać inne rowery. Mało znane jeszcze w Polsce fat bike'i o bardzo szerokich oponach. Przypominają motocykle.

Mateusz: Szerokość opony w takim rowerze to ok. 4 cale (10,16 cm), czyli dwa razy więcej, niż w normalnym rowerze górskim. Dzięki temu nie potrzeba dużo ciśnienia w środku. Opona jeszcze trochę się rozpłaszcza i można jeździć po sypkich powierzchniach, po śniegu czy po piachu. Teren, w którym głównie poruszaliśmy się w Australii, czyli droga Canning Stock Route, to głównie piach. Przejechanie tej trasy bez takiego roweru wydaje nam się niemożliwe.

Opowiedzcie więcej o tej drodze.

Mateusz: Canning Stock Route to trasa wytyczona jakieś sto lat temu przez imigrantów, którzy chcieli przepędzać bydło z okolic Perth na południu Australii przez pustynię na północ. To jedna z najtrudniejszych dróg na świecie. Poganiacze bydła zbudowali wzdłuż trasy studnie, ale droga była tak mordercza, że bydło padało. Obecnie część studni jest odrestaurowana, a trasa jest popularna wśród amatorów samochodów terenowych. Australijczycy jeżdżą sobie na wyprawy tą trasą. Canning Stock Route prowadzi z miejscowości Halls Creek na północy do miejscowości Wiluna na południu i ma 1850 km. Pośrodku znajduje się niewielka aborygeńska osada. Poza tym same bezdroża. 900 piaskowych wydm. Na północy tereny przypominają bardziej sawannę. Trzeba pamiętać, że kiedy mówi się o australijskich pustyniach, to nie można wyobrażać sobie Sahary. To busz: krzaki, trawy, eukaliptusy i piach.

fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plKiedy zaczęło padać, Canning Stock Route zamieniła się w bagno. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

Jak wy się tam odnaleźliście?

Mateusz: To była jedna z najbardziej wymagających rzeczy, jakich się podjąłem w życiu. Nie tylko ze względu fizycznego. Budzik dzwonił jeszcze przed świtem. Przygotowywaliśmy śniadanie, zwijaliśmy obóz, jedliśmy, co się dało i ruszaliśmy w drogę. Od 6 do 18 jechaliśmy albo prowadziliśmy rowery, a przed zmrokiem rozbijaliśmy obóz. Zbieraliśmy chrust, by zagotować wodę i jedzenie i tak codziennie. Ciężko było też psychicznie, bo cała podróż była obarczona dużym ryzykiem.

Czuliście się zagrożeni?

Mateusz: To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie. W razie jakiegoś wypadku sprowadzenie pomocy byłoby dosyć kłopotliwe. Mieliśmy ze sobą telefon satelitarny, ale polegać mogliśmy tylko na sobie.

Agnieszka: Trudność tej trasy polega na konieczności transportowania wody między jedną studnią, a kolejną. I to nie jest tak, że w każdej studni jest woda. Z roku na rok zmienia się dostępność i jakość tej wody. Trudno dostać wiarygodne informacje o bieżącej sytuacji. Większość turystów porusza się tam w jeepach i wodę często zabiera ze sobą w zbiornikach, a co za tym idzie, nie korzysta z każdej studni. Ciężko to wszystko zaplanować. W momencie kiedy okazuje się, że trzeba zapakować wodę na sześć dni, a dziennie zużywa się jej 10 litrów, to robi się z tego duży ciężar. Dodatkowo nie ma się pewności, że szóstego dnia dojedzie się do miejsca, gdzie woda będzie dobra.

fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.plAustralia. Nocne sprawdzanie sprzętu przez kolejnym dniem jazdy. fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

Opowiadaliście, że jazda na rowerach to dla was przyjemność. Z powodu poznawanych ludzi, obcowania z krajobrazem. Jak się mają do tego bezdroża Australii, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie? Czy to w ogóle sprawiało wam przyjemność?

Agnieszka: Tak, ale tylko momentami, gdy nie musieliśmy się skupiać na głównym celu, czyli jeździe i szukaniu wody. Krajobrazy są piękne, ale w momencie, kiedy walczy o każdy przejechany metr, to nie można się skupić na widokach. Zwłaszcza, że co minutę traci się równowagę i obsiada cię sto much, które wchodzą do nosa, oczu, uszu, ust. Z perspektywy czasu przypominają się jednak magiczne momenty. Wieczorne. Rozpalanie ogniska, niebo pełne gwiazd, noce, poranki. Dni są trudne i ciężkie.

Nie udało wam się przejechać całej trasy. Dlaczego przerwaliście podróż?

Agnieszka: Przez pogodę. Przez cztery dni padało, co nie zdarzyło się tam od 20-30 lat. Ironia polega na tym, że największym problemem była niedostępność wody. Okazało się, że jej nadmiar był tak samo trudny do pokonania. Podłoże zrobiło się bagniste i nie było mowy, żeby dało się po nim jechać.

Mateusz: Przewidzieliśmy, że popsuje nam się rower, zabraknie nam wody, ukąsi nas wąż, ale tego, że utkniemy w powodzi na pustyni, ani razu tego nie zakładałem. Kiedy przygotowywałem sprzęt do wyprawy to nie chciałem zabrać tropika do namiotu. Byłoby lżej. Po co nam tropik na pustyni? Ale Agnieszka była nieugięta. Ciekawe, co byśmy bez niego zrobili.

Zalana Canning Stock RouteZalana Canning Stock Route fot. Agnieszka i Mateusz Waligórowie/nakrancach.pl

 

Po tych dwóch ostatnich latach - czym jest dla was rower? Czy wasze spojrzenie się zmieniło?

Mateusz: Tak, ja rower lubię jeszcze bardziej. Nie jest celem w samym sobie. Kiedy wsiadam na rower to nie mam tak, że chcę przejechać określoną ilość kilometrów. Tak nigdy nie ma i nie było. Dla mnie to idealny środek do postrzegania świata.

Agnieszka: Nie będziemy oryginalni jak zacytujemy Lecha Janerkę, że ''rower to jest świat''.

Agnieszka i Mateusz są pierwszymi bohaterami nowego cyklu off.sport.pl. Co piątek będziemy publikować rozmowę lub historię ludzi z pasją. Jesteś jednym z nich albo znasz kogoś takiego? Napisz: dominik.szczepanski@agora.pl

Komentarze (47)
Zaloguj się
  • 1bungee

    Oceniono 91 razy 91

    Piękna historia, bardzo podnosi na duchu. Cieszę się ogromnie gdy widzę ludzi realizujących swoje marzenia. To wymaga przedewszystkiem wielkiej odwagi.
    Gratuluję Agnieszko i Mateuszu i życzę realizacji wszystkich planów życiowych.

  • maria_curia

    Oceniono 46 razy 46

    Szacuneczek. Rozumiem ich trochę, trochę zazdroszczę, podziwiam. Sto razy bardziej wolałabym takie rowerowe wakacje niż last minute w Tunezji, gdzie człowiek nie widzi nic poza hotelem i basenem.
    Z drugiej strony - kurde, przyznaję, że mnie by się AŻ TAK nie chciało. Nie chodzi o fizyczny wysiłek, lubię porządnie połazić po górach i pojeździć na rowerze też. Ale tak dzień w dzień, cały dzień, roje much i błoto... Dla mnie to jednak nie byłyby już wakacje :)
    Tak czy owak - pozdrawiam i życzę wielu kolejnych, bardzo udanych wypraw!

  • kato-rznik

    Oceniono 24 razy 24

    Chłopie, gdzie ty taką dziewczynę znalazłeś? Ja za taką przez całe życie oczy wypatruję.

  • goove

    Oceniono 22 razy 22

    Plus za stalowe rumaki.

  • tif77

    Oceniono 16 razy 16

    Gratuluję, chcę tak też z moją żoną... ćwiczymy.

  • swinton

    Oceniono 87 razy 9

    Ja mam do pracy 20km w jedną stronę. 40 km na dzień + trochę w weekendy.
    365 - 104 (soboty, niedziele) - 30 (urlop) = 231 dni roboczych, z czego ok. 190-200 robię rowerem.
    pi x oko w dwa lata tyle samo co oni zrobili.
    Od 12 lat. Ooooo..... prawie 90 tys km?
    Czyli normalka.
    A znam co robią więcej.

  • ignatz

    Oceniono 7 razy 7

    Zazdraszczam :-)

  • pata.m

    Oceniono 58 razy 6

    też bym tak chciała, ale niestety mam bachory i pozostaje mi puszcza kampinoska

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane