Sport.pl

Pies uratował ich przed himalajskim tsunami? [Ludzie z pasją odc. 5]

- Diuna mnie pociągnęła. Złamałam obojczyk. Ból był straszny. Spojrzałam na rękę i wyglądała inaczej, dziwnie wisiała - opowiada Agata Włodarczyk. I wygląda na to, że Diuna uratowała im życie, bo wkrótce przez Himalaje Garwahlu przeszło zabójcze tsunami. Do Indii pojechali w trójkę: Agata, Przemek i Diuna...

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Śledź autora na twitterze @deszczep

Do Indii pojechali w trójkę: Agata, Przemek i Diuna. Diuna to wilczak czechosłowacki. Mieli pracować w pierwszej outdoorowej gazecie w kraju, ale na miejscu okazało się, że realia są inne, niż myśleli. A później okazało się jeszcze, że psa z Unii Europejskiej jest wywieźć nawet łatwo, ale wrócić z nim  to już inna sprawa. Z tych problemów narodziła się niezwykła podróż...

Agata, Przemek i Diuna są bohaterami serii off.sport.pl ''Ludzie z pasją''. Jeśli sami macie jakąś ekstremalną pasję albo znacie kogoś, kto ją ma, piszcie do autora: dominik.szczepanski@agora.pl.

Poprzednie odcinki:

1. Rowerami przez Amerykę Południową i pustynie Australii >>

2. Na nartach z ośmiotysięcznika >>

3. Szybowcem nad Himalajami >>

4. Polak w zapomnianych górach Tibesti >>

***

Dominik Szczepański: Diuna pojechała z wami do Indii, bo nie miała wyboru? Nie miała z kim zostać?

Agata Włodarczyk: Diuna jest wilczakiem czechosłowackim, to bardzo wymagająca rasa. Wilczaki  nie znoszą rozstania ze stadem. Nie jest łatwo takiego psa dostać. Dlatego hodowcy bardzo sprawdzają potencjalnych właścicieli. Jeśli taki pies zostanie oddany komuś obcemu, to przeżywa wielką traumę. Wilczaka się nie zostawia. Kiedy decydowaliśmy się na Diunę, to wiedzieliśmy, że będzie z nami na dobre i na złe. Ale kij ma dwa końce - dużo się wspinamy i podróżujemy, więc decydując się na psa, chcieliśmy takiego, który to wytrzyma. I padło na wilczaka. Tylko że oprócz super cech, wilczak ma też trudny charakter. Boi się separacji.

Kiedy wymyśliliście sobie tę podróż do Indii?

Przemek Bucharowski: Kiedyś zobaczyłem zdjęcie na okładce na magazynu wspinaczkowego. Przedstawiało wąwóz Garni w Armenii, pod Erywaniem.  Na zdjęciu były stumetrowe bazaltowe słupy.

A: Wyglądają jak sklejone ołówki, które pną się pionowo w górę lub wyginają tworząc przewieszone struktury.

P: Niesamowita formacja. Wyglądają jak sklejone, ale się nie dotykają. Pomiędzy nimi są rysy, bo bazalt ma to do siebie, że jak zastyga, to kurczy się symetrycznie. Powstaje rysa, która biegnie przez całą długość ołówka. Idealna formacja dla wspinaczy. W Polsce też są takie formy bazaltowe, ale mają 7-8 metrów wysokości. A tam 100 - 200 metrów. Za bardzo się nie zastanawialiśmy. Znalazłem bilety lotnicze i polecieliśmy.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluAgata Włodarczyk i Diuna w towarzystwie kobiet z Himalajów Garwahlu fot. 3wilki.pl

Ale samolot pomylił trasę i wylądowaliście w Indiach.

P: (śmiech) Nie, poczekaj. Pod tymi ołówkami spotkaliśmy Hindusa.

A: Hinduskiego dziennikarza, który studiował w USA, pracował w Paryżu, a spotkaliśmy go w Armenii pod skałą.

P: Wcześniej pracował w Stanach, tam nauczył warsztatu. I tam zaczął się wspinać. Pojechał do Armenii pisać artykuł dla francuskiej gazety. Miało być o podróżach, ale że się wspinał, to przy okazji chciał sprawdzić te rysy pod Erywaniem. Poznaliśmy się pod skałą. Dwa dnie się razem wspinaliśmy i zwiedzaliśmy okolicę. Później wpadł do nas do Polski, bo robił materiał o naszym kraju. Jakiś czas później wysłał nam wiadomość, że wraca do Indii i otwiera swój biznes - gazetę outdoorową The Outdoor Journal. Taki National Geographic, tylko w stylu hinduskim. Pierwsza outdoorowa gazeta w Indiach! To było w zeszłym roku

Rynek ponad miliard ludzi, a nikt tego wcześniej nie wymyślił?

P: Nie. Coś niesamowitego. Napisał do nas, żebyśmy przyjechali, pozwiedzali Indie, powspinali się. popatrzyli jak otwiera gazetę, może byśmy mu coś doradzili. Zgodziliśmy się, bo dla nas to była przygoda. Warunek był jeden - jedziemy z Diuną. Jesteśmy rodziną, watahą, więc dla nas, to było oczywiste, że pies jedzie z nami. Rozmawialiśmy z nim o tym przez skype'a.

A: Powiedział, że zwariowaliśmy, ale jako że dla nas był to warunek podstawowy, to zgodził się.

Jak Diuna zniosła podróż?

A: Psy, które ważą mniej niż osiem kilogramów mogą lecieć na pokładzie. Diuna ważyła o wiele więcej, więc musiała lecieć w cargo, jako bagaż, w specjalnym kontenerze lotniczym.

Dostała środki uspokajające?

A: Nie, nie robi się tego. Najwyżej rozpyla się jakieś ziołowe zapachy i pies się trochę uspokaja. Leków się nie daje, bo nie ma kontaku ze zwierzęciem przez całą podróż i nie wiadomo, jak zareaguje. Diuna dobrze zniosła podróż, bo jest psem klatkowanym, tzn. uczyliśmy ją od małego, że jej klata jest jej bezpiecznym miejscem. Kiedy wychodzimy to ona tam wchodzi,  zamykamy ją, kładzie się i zaraz zasypia. To jest związane z charakterystyką rasy. Wilczaki nie znoszą samotności, kiedy się je opuszcza to niszczą wszystko, robią głupie rzeczy. Są też bardzo inteligentne i ciągle kombinują, jakby tu znaleźć właściciela, gdzie on poszedł. Niszczą szafy, wyskakują oknem, otwierają sobie drzwi i wychodzą. Dla ich bezpieczeństwa uczy się je, że klatka to jest dobre miejsce.

Brzmi to strasznie.

A: Wiem. Kiedy usłyszeliśmy, że mamy kupić klatkę dla małego szczeniaka, to byliśmy w szoku. Powiedzieliśmy, że nie ma mowy. Ale zostaliśmy do tego przekonani. Rzeczywiście tak jest, że to jest bezpieczne miejsce dla psa, w którym on czuje się dobrze. Miesiąc przed wylotem zamieniliśmy metalową klatkę na plastikowy kontener, który przypominał ten, w którym Diuna miała lecieć do Indii. Pachniał i był inaczej zbudowany niż klatka. Przez tydzień obchodziła go z daleka, nie chciała tam wejść, ale w końcu się przemogła. Na lotnisku oddaliśmy Diunę najpóźniej jak się dało do cargo. Daliśmy jej lód, bo woda się może wylać. Kiedy wyszła z cargo okazało się, że super zniosła podróż. Nawet się nie posikała.

Ile byliście w Indiach?

P: Pół roku.

Jak zamknąć sprawy w Polsce na pół roku?

A: Szybko.

P: Planować zaczęliśmy na trzy miesiące przed wylotem. Trzeba było załatwić mnóstwo papierów. Wiza wydawana jest 21 dni przed odlotem, a papiery dla psa 10. Ale żeby dostać te dokumenty dla Diuny, musieliśmy się starać przez trzy miesiące.

Jak się załatwia takie dokumenty?

A: Najpierw idzie się do weterynarza, który sprawdza czy pies jest zdrowy i szczepiony. Później z tym papierem idzie się do Powiatowego Instytutu Weterynarii. Tam dostaje się papier w kilku językach, że pies jest zdrowy i szczepiony. Ten dokument trzeba wysłać do weterynarza z docelowego centrum kwarantanny (np. Kapashera w indyjskim Delhi). On wysyła mailem dokument, który nazywa się NOC (Non Objections Certificate), z takim dokumentem można nadać psa na lotnisku.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluAgata Włodarczyk i Diuna fot. 3wilki.pl

Czyli koszmar. Nie latać z psami za granicę.

A: Nie! Jak już się zna procedurę, to wszystko idzie w miarę płynnie. Nas uratowało, że znaleźliśmy wpis na forum internetowym, gdzie wszystko było wytłumaczone. Bo w instytucjach w Polsce, które powinny wiedzieć, jak to wszystko załatwić okazywało się, że jednak nie wiedzą.

P: I stąd nasza przygoda himalajska. Z powodu niekompetencji inspektoratu weterynaryjnego nie mogliśmy wrócić z Indii do Polski. Wylecieć z psem z Unii Europejskiej jest bardzo łatwo, ale żeby wrócić, to trzeba przed rozpoczęciem całej podróży, jeszcze w Polsce, załatwić jeden ważny dokument - badanie osocza krwi na obecność przeciwciał wścieklizny, czyli potwierdzenie, że szczepionka działa, a krew jest w stanie wygenerować te przeciwciała. W Unii Europejskiej jest kilkanaście laboratoriów certyfikowanych do wykonywania takich badań, w Polsce jedno - w Puławach. Więc mogliśmy to zrobić w Polsce przed wylotem. Badanie kosztuje ok. 160 zł, robi się je raz w ciągu życia psa. Mogliśmy to zrobić. Tylko, że nikt nam o tym nie powiedział.

Jak zamknęliście swoje życie tutaj?

P: Szybko. Trzeba przestawić sobie w głowie, że nie ma odwrotu. Zrezygnować z pracy, wynająć mieszkanie, sprzedać samochód.

A: Wszystko, co cię zatrzymuje, znajduje się w twojej głowie.

P: Nie jest to łatwe, bo ponosi się konsekwencje tego, że rezygnuje się z pracy, zostawia się mieszkanie obciążone kredytem, a z czegoś trzeba je spłacać. Te wszystkie rzeczy zostają, bo nie da się odciąć od wszystkiego. Przez 8-9 lat byłem jako informatyk w dużych firmach. Tylko, że po kilku latach zacząłem się wspinać. I wszystko się zmieniło. Praca na etacie zaczęła mi ciążyć. Przeszedłem na własną działalność. Potem założyłem firmę wspinaczkową. W momencie kiedy wyjeżdżałem do Indii przekazałem wszystkie kompetencje mojemu wspólnikowi.

Z jakim planem jechaliście do Indii?

A: Chcieliśmy zostać rok. Zaczepić się w tej gazecie. Zostać, pracować i mieć się dobrze.

P: Po miesiącu okazało się, że nic z tego. Powodów było kilka. Wizja magazynu nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością. To były początki, typowy startup, więc dużo rzeczy działo się na zasadzie: uda się albo nie. Indie, paradoksalnie, to nie jest kraj, który promuje aktywny tryb życia i outdoor - biednych nie stać na taki styl życia, bogaci wysługują się we wszystkim biednymi. Paradoksalnie The Outdoor Journal - gazeta w stylu „Alpinist” czy „Góry” - to w Indiach nadal pieśń przyszłości. Trudno pracowało nam się z Hindusami. Różnice kulturowe były bardzo duże. Inna kultura pracy, marnowanie czasu, mała produktywność, niedotrzymywanie terminów, inne życie. Trochę się przeraziliśmy wizją, że będziemy musieli w Delhi zostać na dłużej. Po miesiącu było ciężko, po dwóch uznaliśmy, że mamy dość, po trzech zakończyliśmy współpracę.

Tylko okazało się, że nie możecie wrócić, bo nie macie certyfikatu.

P: Mogliśmy próbować wyjechać, ale mogło skończyć się tak, że Diuna zostałaby zabrana na przymusową kwarantannę. Mogłaby tego nie przeżyć. Albo po prostu służby graniczne mogły ją uśpić. Chcieliśmy uciekać z Delhi, bo w Indiach ciężko tam żyć psem. Słoń, krowa, świnia, każde zwierzę biegające po ulicach dużego miasta jest lepiej traktowane niż pies. My dużo pracujemy z Diuną, jej socjalizacja jest dla nas ważna. Tymczasem w Delhi psa nie zabiera się  do metra, do autobusu. Jest brudno, nie ma trawników. Nie da się tam mieszkać z psem, z którym trzeba dużo biegać. Dlatego musieliśmy coś zmienić. Mieliśmy jeszcze trzy miesiące - tyle trwało oczekiwanie na papiery Diuny, tyle też ważne były jeszcze nasze wizy. Postanowiliśmy pojechać w Himalaje. Wcześniej myśleliśmy, żeby może po prostu pojeździć sobie po Indiach, ale temperatury były tak wysokie, a warunki podróżowania z psem tak trudne, że nie dało się tego zrobić.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluPrzemek Bucharowski i Diuna fot. 3wilki.pl

Czyli prawdziwa podróż zaczęła się z konieczności.

P: Nie jesteśmy typowymi podróżnikami, bo oni zazwyczaj mają jakiś plan, sponsorów, media, dobrze zorganizowane zaplecze. Nasza podróż wynikała z tego, że byliśmy w czarnej dupie. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co ze sobą zrobić.

A: Ja byłam w takim stanie, że codziennie płakałam.

P: Opracowaliśmy więc plan: uciekamy w Himalaje na trzy miesiące. Zawsze chcieliśmy być blisko tych gór. Mieliśmy doświadczenie górskie, wspinaczkowe, trekkingowe.

Ale co ze sprzętem?

P: Jadąc do Indii zostawiliśmy w Polsce większość naszego zimowego sprzętu. To miał być typowo skałkowy wyjazd. Nie mieliśmy ciepłych śpiworów. Zabraliśmy ze sobą typowe backpakerskie śpiwory, dające komfort przy +7C. Nie mieliśmy też namiotu. W Delhi kupiliśmy najtańszy chiński namiot, 3kg no-name. Sklepów outdoorowych jest tam zaledwie kilka, a namiot był trzy razy droższy niż w Polsce. W Indiach namiot to produkt luksusowy. Na śpiwory zabrakło pieniędzy i miejsca w plecaku, więc marzliśmy przez trzy miesiące.

Jak dostaliście się w Himalaje? Mówiliście, że nie da się wsiąść z psem do środków transportu.

P: Wynajęliśmy samochód z kierowcą. Nie jest to bardzo drogie, ale musieliśmy podreperować nasz budżet.

W jaki sposób?

P: Wystąpiliśmy w filmie Bollywood. Byliśmy statystami w produkcji, która niedawno pojawiła się na rynku europejskim. Film nazywa się ''Biegnij, Milka, biegnij''. To historia mężczyzny, który w latach 60. był wschodzącą gwiazdą indyjskiej lekkoatletyki, ale powinęła mu się noga na igrzyskach olimpijskich w Rzymie i wylądował na czwartym miejsca. To opowieść o niespełnionej hinduskiej aspiracji.

Jak na Bollywood, to fabuła nietypowa.

P: Film był w miarę ambitny, a my wystąpiliśmy jako klakierzy. Stadion w Delhi został zamieniony w stadion rzymski. Trzeba było siedzieć na trybunach i klaskać.

A: Siedzieć, wstawać, klaskać, zmieniać miejsca.

P: Tylko że film był niskobudżetowy. Producentów nie stać było na to, żeby zatrudnić kilkadziesiąt tysięcy statystów. Osób więc było 300. Zapełniliśmy mały sektor. To byli backpackersi, którzy właśnie przyjechali do Delhi, żony Hindusów - głównie Amerykanki i Australijki, które zawsze chciały wystąpić w bollywoodzkim filmie, ale wcześniej, ze względu na specyfikę tego miejsca, nie miały okazji.

Dużo zarobiliście?

P: Po 1500 rupii na głowę, czyli ok. 90 złotych. Tylko że 1500 rupii to jest 15 dni mieszkania w wiosce w Himalajach. Przez mieszkanie mam na myśli wynajęcie sobie pokoju w górskiej chacie z kamienia i jakiś posiłek, np. miskę soczewicy. W Delhi kupi się za to co najwyżej trzy butelki wina. Pieniądze starczyły nam na taksówkę w jedną stronę. Dojechaliśmy do Munsiari. To trochę takie indyjskie Zakopane. Leży na granicy z Nepalem i Chinami. Tam zaczynają się Himalaje Garhwalu. Plan był taki, żeby przez trzy miesiące iść na zachód i przejść 500 km.

A: Staraliśmy się omijać turystyczne miejsca. Chcieliśmy żeby było jak najbardziej dziko i jak najbardziej samodzielnie.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluAgata Włodarczyk i Diuna fot. 3wilki.pl

Jak wam się to udało?

P: Było ciężko. Szliśmy dwa miesiące, cały czas ze sobą.

A: Ze sobą to nie znaczy, że razem w trójkę, ale przede wszystkim ze sobą samym w głowie. Dla mnie to było coś bardzo ważnego. W Warszawie masz pracę, internet, książki i możesz uciec. Nawet nie wiesz, że uciekasz. Nie musisz siedzieć we własnej głowie, mierzyć się ze sobą. Możesz to odsunąć. Zawsze są ludzie, rozmowy, coś do zrobienia. Tam nie ma niczego do zrobienia. Wstaje się rano, składa namiot, pakuje plecak, przypina psa i idzie. Przez drogę nawet nie rozmawia się ze sobą, bo ścieżki są tak wąskie, że idzie się gęsiego, a nie obok siebie. Przez 10 godzin jest się samemu.

Co to zmienia w człowieku?

A: Czuję, że dojrzałam pierwszy raz w życiu. Poza tym bardzo zbliżyliśmy się do siebie z Przemkiem. I z Diuną. Wiemy, że możemy na siebie liczyć i na sobie polegać.

Jak wyglądał wasz dzień?

P: Trzeba wstać, wyjść z namiotu, rozgrzać się, rozpalić ognisko. Po pewnym czasie skończył nam się gaz, a w Garhwalu nie ma gdzie kupić kartuszów do kuchenki. Trzeba było żyć jak pasterze w Himalajach. Nazbierać sobie opału, rozpalić ognisko, ugotować ryż z soczewicą. Potem spakować się, pójść. Przeczekać burzę. Przez dwa miesiące prawie codziennie padało. Codziennie było załamanie pogody. Potem znaleźć miejsce na rozbicie namiotu i rozpalenie ogniska. Zmieniała się sceneria. Szliśmy 500 km. Przeszliśmy 12 dolin himalajskich. Do góry, w dół, do góry, w dół. Pokonaliśmy w pionie 63 km. To tak jakbyśmy weszli siedem razy na Mount Everest, ale nie z poziomu bazy, tylko z poziomu morza. Nie zakładaliśmy, że to będzie taki wyczyn. Po prostu szliśmy. Miałem tylko swój stary telefon. Czasem udało mi złapać zasięg, to wysłałem jakieś zdjęcie czy kawałek tekstu. Raz zniknęliśmy na miesiąc. Nikt nie wiedział, co się z nami dzieje, a my nie mieliśmy kontaktu ze światem.

Pachnie trochę monotonią. Góra, dół, góra, dół, wstawanie, pakowanie, nie odzywanie się do siebie, bo nie ma jak.

P: Trochę tak. Ale mimo tego każdy dzień jest inny. Co dziennie widzisz coś innego, przeżywasz inne rzeczy...

A:...gubisz się, masz śmierć w oczach.

P: Ale to rzeczywiście jest powtarzalne. Trzeba mieć reżim, trzymać się w kupie.

Jak znajdowaliście drogę w górach?

P: Mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie chcemy dojść. Jeśli chodzi o przewodniki, to są beznadziejne. Istnieją może 2-3 książki, które nazywają się przewodnikami po Himalajach Indyjskich i są tam sekcje poświęcone Garhwalowi. Himalaje są ogromne. Jak w Tatrach widzisz jakiś punkt, to wiesz, że dziś tam dojdziesz. Jeśli w Himalajach widzisz jakiś punkt, to dojdziesz tam może w tydzień, bo dolina wije się, trzeba kluczyć. No i w tych książkach fragment, który opisywał dwutygodniowy trekking mieścił się na jednej stronie. Czyli bardzo ogólnie i nieprecyzyjnie.

A: Mapki pokazywały trekking od - do, ale nie uwzględniała rozstajów dróg.

P: Nie mieliśmy GPS-a, telefon nie zawsze działał. Mapy były bardzo słabe. Najlepiej było zasięgnąć języka w wiosce. W każdej był sklep, ukryty w jakiejś chacie. Trzeba się było dogadać na migi. W sklepie na ogól była osoba, która była najlepiej wykształcona z całej wioski i umiała najwięcej po angielsku. Tam dowiadywaliśmy się gdzie pójść, jak się nazywa kolejna wioska. Na mapach ich nie było, ale one istnieją.

Często się gubiliście?

P: Często. Zagubienie na ogół trwało kilka dni. Średnio trzy, żeby się odnaleźć. Mieliśmy kilka historii mrożących krew w żyłach. Któregoś dnia weszliśmy sobie na taki szczyt - Khuliya. Chcieliśmy przejść przez lodowiec Namik i trasa wydawała się bardzo prosta. Ale zgubiliśmy się na tym szczycie. I nie mogliśmy zejść. Gubiąc się, schodziliśmy wzdłuż cieku wodnego. Na początek to była łacha śniegu, która potem przerodziła się strumyk. Widzieliśmy, że w dole jest wioska. Tylko że do tej wioski dostaliśmy się cztery dni później. Ciek, ledwo płynący, zamienił się kawałek dalej w strumyk, strumyk w rzekę, a rzeka spadała 100-metrowym wodospadem z urwiska. Nie mogliśmy stamtąd zjechać, bo nie mieliśmy liny. Musieliśmy wybrać alternatywną drogę. Przeszliśmy do kolejnej doliny wspinając się kilka godzin przez las rododendronów, tam znów się zgubiliśmy. I tak było kilka razy. Wszystko w bajecznej scenerii Nanda Devi. W Himalajach nie ma  szlaków turystycznych. Nic nie jest zaznaczone. Tam są na ogół stare tybetańskie szlaki, gdzie kilkaset lat temu kursowały karawany z Garhwalu do Tybetu. Szlaki powyżej 3000 m.n.p.m. giną . Są albo zasypane śniegiem albo ich już nie widać. Łatwo się zgubić. I nam się udało.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluDiuna i Agata Włodarczyk fot. 3wilki.pl

To te nerwowe chwile, a te dobre?

P: Ja kocham góry i mnie bardzo ciągną. A codziennie widzieliśmy jakieś szczyty: Nanda Devi, Nanga Khat, Nanda Kot, Trisul, Bhagirathi, Shivling. To nie są bardzo znane góry, ale przepiękne. Mimo że gubiliśmy się, było ciężko, codziennie krew, pot i łzy, upadki, załamania pogody, to codziennie przejaśniało się i było widać góry.

Jak radziliście sobie psychicznie?:

P: To może ty opowiedz Agata.

Ale to w Delhi płakałaś codziennie, w Himalajach już nie płakałaś?

A: W Himalajach mi przeszło. Pierwsze dwa tygodnie to była euforia - wow, wyjechaliśmy, jest pięknie, są góry, jest chłodniej, mili ludzie, taniej. A później już było trudniej. Myśleliśmy: Boże, mamy jeszcze dwa miesiące, codziennie trzeba wstawać, iść, codziennie wyrypa. A potem się okazało, że minął tydzień, dwa tygodnie, trzy, miesiąc, zaraz trzeba wracać. Kiedy człowiek spotkał się z samym sobą, to przestało się tęsknić za internetem, za robieniem tysiąca rzeczy. Widzieliśmy piękno w tych górach i chcieliśmy tam zostać.

A pamiętasz ten ostatni wieczór, kiedy zeszliście ze szlaku?

A: Tak, bo miałam wtedy wypadek. Byliśmy w Gangotri, to takie skrzyżowanie Zakopanego z Częstochową. Miasteczko leży nad rzeką Bhagirathi, która uważana jest za początek Gangesu. Hindusi przyjeżdżają tam milionami. Kąpią się, modlą, czerpią brudną wodę w butelkach jako prezent dla swojej rodziny. Stamtąd szliśmy do Gaumukh, lodowca, spod którego wypływa źródło Gangesu. Bardzo prosty trekking. 18 km po płaskim. Kamienista droga, ale super utrzymana. Jak wracaliśmy, to Diuna mnie pociągnęła, miałam ciężki plecak i się przewróciłam. Złamałam obojczyk. Ból był straszny. Spojrzałam na rękę i wyglądała inaczej, dziwnie wisiała. Obojczyk był przesunięty. W tym miejscu nie ma służb ratowniczych, nikogo nie było pobliżu, a telefon nie miał zasięgu. Przemek przywiązał do siebie psa i zniósł dwa plecaki. Zostało nam 15 km, szliśmy je prawie cały dzień, ale jakoś doszliśmy. To był nasz ostatni dzień w Himalajach.

Czyli pech.

A: No właśnie nie do końca. Jak wracaliśmy, to strumyczki urosły, poziom wód podniósł się. Okazało się, że do gór dotarł monsun. Miesiąc za wcześnie. Prawie 6000 ludzi zginęło. Gdyby nie wypadek, to pewnie bylibyśmy wtedy gdzieś w górach.

P: W Polsce nikt o tym nie mówił. To był czerwiec 2013. Media na świecie nazwały to himalajskim tsunami. Porównywały to uderzenie do tsunami, które dwa lata wcześniej uderzyło w wybrzeże. 100 000 ludzi zostało odciętych od świata. Dosłownie. Bo konsekwencją opadów deszczu były lawiny błotne i skalne w Himalajach. Zmiotły wszystko na swojej drodze. Wioski, drogi, stare tybetańskie szlaki. Wszystko zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Lodowce stopniały przez opady deszczu. Wielkie rzeki jak Ganges wezbrały i przepływając przez miasta zrywały mosty i drogi np. w Rishikesh, które położone jest daleko od gór. Wojsko musiało ewakuować ludność Himalajów śmigłowcami. Ten wypadek Agaty to był sygnał, że zbliża się coś niedobrego.

A: A może to Diuna, która mnie pociągnęła? Może coś czuła, może nas paradoksalnie uratowała? Kiedy błądziliśmy pod szczytem Khuliya i wpakowaliśmy się w wodospad i urwisko, to Diuna usiadła i nie chciała dalej iść. Obojczyk mi opatrzyli, a w Polsce musiałam go zoperować.

Podróż dużo zmienia?

A: Kilka dni temu szłam ulicą, patrzyłam na wyprzedaże. Weszłam nawet do lumpeksu w poszukiwaniu fajnych ciuchów, bo potrzebowałam bluzki z długim rękawem, bo zima idzie. Bluzki nie było, ale zobaczyłam super spódnicę. Tanią i w ogóle super. Przymierzyłam ją, ale nagle stwierdziłam: ojej, ale ja jej przecież nie potrzebuję. To jest to, co zmienia się w głowie. Żeby rzucić pracę, mieszkanie i pojechać w podróż nie potrzebuje się tysiąca rzeczy. Wystarczy jedna decyzja, ta najważniejsza. Ona pociąga za sobą kolejne. I to już jest łatwe.

Pod warunkiem, że jest się w podróży. Co jest po powrocie?

P: Wróciliśmy wcześniej niż planowaliśmy. Wyszło pół roku zamiast całego. No i tak: nie ma pracy, nie ma samochodu, bo sprzedaliśmy, nie ma mieszkania, bo wynajęliśmy na cały rok. Więc wróciliśmy do niczego.  Zaczynamy od zera. Teraz jesteśmy na etapie szukania pracy. Staramy się dzielić na razie doświadczeniami z podróży. Agata napisała kilka artykułów, jeździmy po festiwalach górskich i podróżniczych, mamy prelekcje.

I co mówicie?

P: Że podróżowanie z psem jest trudne, ale możliwe.

To czas podsumować. Fajnie było?

A: Mimo tego, że było ciężko, czasami groźnie, to było najlepsze, co nam się w życiu przytrafiło i chcemy dalej podróżować w taki sposób.

Zdjęcia z wyprawy Agaty Włodarczyk, Przemka Bucharowskiego i Diuny w Himalaje GarwahluAgata Włodarczyk i Diuna fot. 3wilki.pl

Macie plany?

P: Tak, na kolejny rok. Chcemy jechać do Mongolii. Mamy pół roku na zaplanowanie wyprawy. Chcemy dostać się na rowerach, to ponad 8 tysięcy kilometrów. Oczywiście Diuna jedzie z nami. Będzie miała przyczepkę, żeby jej nie przemęczyć. Rower jest dla nas tylko środkiem transportu. W Mongolii chcemy przejść przez Ałtaj. W tym roku nasz trekking miał 500 km. A teraz chcemy zrobić 1000, wejść z Diuną na najwyższy szczyt Mongolii, zrealizować kilka tematów reportażowych, zrobić dobre zdjęcia, będzie to baza do naszej książki o nomadach i podróżowaniu z psem. No i tym razem idziemy nie tylko dla siebie - naszymi działaniami będziemy wspierać fundację psów ratowniczych Irma. Wyprawa ma trwać nawet osiem miesięcy. Albo wrócimy rowerami albo koleją transyberyjską. Samolotem nie chcemy, bo dla nas droga też jest celem.

Ciężko jest znaleźć sponsorów?

P: Ciężko. Nasza wyprawa jest trudniejsza logistycznie, potrzebujemy sprzętu rowerowego, sprzętu outdoorowego. Wszystko nam się rozpadło w Himalajach, nawet markowe produkty. Potrzebujemy też łączności satelitarnej, żywności liofilizowanej, karmy dla psa. Himalaje Garhwalu z psem przeszliśmy jako pierwsi ludzie na świecie.  Rzeczywistość podróżnicza w Polsce jest ciężka. Tak naprawdę pomagają małe firmy outdoorowe lub niezwiązane z tą branżą. Wyobraź sobie, że żaden producent psiej karmy w Polsce nie jest zainteresowany naszym projektem. Ale nie poddajemy się. Mamy siebie, jesteśmy watahą. Marzenia się spełniają, trzeba tylko dużo marzyć!

Komentarze (85)
Pies uratował ich przed himalajskim tsunami? [Ludzie z pasją odc. 5]
Zaloguj się
  • Dorota Lech

    0

    Dodam jeszcze, że Munsiyari w żadnym stopniu nie przypomina Zakopanego! Polecam szanownej trójce trochę lepiej poznać indyjskie góry, doliny i tamtejsze miasta. Garhwal to nie jedyne Himalaje w Indiach.

  • Anna Górska

    0

    Życzę powodzenia w następnych wyprawach! Spełnienia marzeń i realizacji celów, bezpiecznej podróży!
    Odnosząc się do ostatnich słów artykułu dotyczącego sponsorów. Niestety w Polsce i świecie jest taka tendencja, na ekstramalne podróże - wyszedłem na szczyt, szedłem po śniegu nic oprócz niego nie widziałem, nie zwiedziłem, oprócz odmrożeń i przełamywania barier psychicznych i szczytu nic nie przywiozłem, ale omal 3 razy nie zginąłem, ugryzł mnie jadowity wąż z mojej głupoty i braku wiedzy (bo skąd miałem wiedzieć, że takie gatunki tu występują?)...niestety pokazuje to też to, jakich mamy odbiorców w Polsce, coraz mniej nam zależy na wiedzy, liczą się tylko emocje - a one niestety są jutro ich nie ma.. niestety tendencję też pokazuje sam autor zachęcając do wysyłania "ekstramalnych" opisów podróży.. coraz mniej miejsca dla merytoryczności, wiedzy, opowieści o ludziach, zwyczajach, przyrodzie.. Daj Boże, że kiedyś podróżowanie wróci do korzeni poszerzania horyzontów również w zakresie wiedzy!

  • wlodek21

    Oceniono 2 razy 2

    Powodzenia dla całej trójki w kolejnych wyprawach. My jeździliśmy z naszym psem tylko w polskie góry, na więcej nie bylo nas stać, ale wspominam te wyjazdy z wielką przyjemnością.

  • apas13

    Oceniono 20 razy 14

    Pewnie zostanę rozszarpany przez miłośików oczyszczających przezyć i duchowych przemian, ale czy ja naprawdę jestem jedyna osobą, która dostrzega, że to nie jest opis wspaniałej przygody tylko totalnego braku odpowiedzialnosci?
    W młodości zjeździłem całą Europę i najdalsze zakatki Azji, więc nie jestem gosciem piszacym zza biurka o czymś, o czym nie ma pojęcia. Zdarzyło mi sie także emigroważ z Polski z calą rodzina - wliczajac w to psiura. Bylo to prawie dziesięć lat temu, gdy psa zabieraliśmy z Polski i jakos wtedy udało nam sie bez problemu dowiedzieć, jakie dokumenty są potrzebne by go wywieźć i - w razie potrzeby - wwieźć. Zrobiliśmu Maxowi badania w Puławach i wszystkie inne niezbedne papiery - tyle, ze zamiast polegac na wpisach w Internecie, pomolestowaliśmy urzednikow w Ministerstwie Rolnictwa (zdaje się, albo jakims innym) aż przysłali nam komplet dokumentów opisujacych regulacje UE w sprawie wwozu i wywozu psów oraz kotów. A my jechaliśmy 'tylko' na Wyspy Brytyjskie (część Unii, ale z punkyu widzenia weterynaryjnego wymagania, jak przy opuszczaniu Unii).
    Dalej - jak można decydować się na prace na drugiej stronie Ziemi, w totalnie obcej kulturze na podstawie rozmowy z facetem, o którym sie NIC nie wie poza tym, co on sam powidział o sobie przy piwku? Ok, jadę sam, jestem mlody i naiwny. Ok, zabieram z soba partnerkę - równie mloda i naiwną. Ale gdy ma z nami jechac istota, za którą wzięliśmy odpowiedzialnosć - to zwyczajnie NIE WOLNO dopiero na miejscu przekonywać się, że tubylcy psów nie lubia, że nie ma gdzie z nimi spacerować, że są upały... NIE WOLNO!!!!
    A potem wspaniały, oczyszczajacy trekking w Himalajach. Na ryżu i soczewicy. Pies, rozumiem - też wegetarianin, taki z tych bardziej swiadomych?
    A co, gdyby po trzch miesiącach wynik z Puław przyszedł zły i psa nie dało by się wwiexć spowrotem BEZ przymusowej kwarantanny? Zostalibyściee w Indiach czy jednak zaryzykowali zostawienie zwiarzaka na kwarantannie, której mógłby nie przeżyć? Dla własnej wygody "duchowego oczyszczenia i przemiany z soczewicą w tle"? A co, gdyby zamiast obojczyka pies w ramach ostrzeżeń przed tsunami złamał tej pani przy upadku nogę, albo krąg szyjny, uniemozliwiajac zejście gdzieś, gdzie jest zasięg?! Mielibyśmy gdzieś w Himalajach dwa trupy młodych i rzutkich miłośników soczewicy ze szkieletem psa przywiązanym do jednego z nich - no bo jesteście watahą, nie?
    Opis tej całej imprezy to opis braku odpowiedzialnosci i szczęścia sprzyjajacego głupcom. Dobrze, ze się pojawił. Ale kompletnie nie rozumiem, czemu ktokolwiek się waszą głupotą zachwyca...

  • magda1977

    Oceniono 3 razy 1

    Super artykuł :) podziwiam i życzę kolejnej ciekawej podróży, oczywiście bezpiecznej :)

  • rypalski

    Oceniono 5 razy -1

    a moze wystarczy tych niebezpiecznych podrozy ... nie mozna bez konsekwencji ciagle stawiac wyzwanie losowi ... w koncu szczescie przestanie dopisywac i zaplacicie wysoka cene za ten nierozwazny tryb zycia ...
    Nie lepiej odzyskac cieple i mile mieszkanie dla was i waszego kochanego psa ? Czy normalne zycie bez wyzyawania , bez walki z natura nie bylo by prawdziwym szczesciem dla was i waszego psa ?

  • woytek60

    Oceniono 7 razy 5

    mysle ze jestescie niezle stuknieci :) kocham was

  • felekstankiewicz

    Oceniono 4 razy 4

    W Indiach sa jeszcze Himalaje Zachodnie,jedzie sie do Kisztwaru,lub do Manali,piekne tereny trekingowe polecam

  • felekstankiewicz

    Oceniono 9 razy -3

    GRATULACJIE jestescie wspaniali.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX