Tadeusz Błażusiak: W Polsce mnie nie znają? Spokojnie, potrzeba czasu. Biegacze też byli kiedyś "głupi"

- Dakar dojrzewa we mnie. Jeszcze nie wiem, czy się zdecyduję. Nie mówię nie, nie mówię tak. Wszystko dzieje się tak szybko. Najważniejsze teraz, to dojść do siebie po chorobie - mówi Tadeusz Błażusiak, mistrz świata w super enduro.

Tadeusz Błażusiak to m.in: ośmiokrotny mistrz Polski w trialu, mistrz Europy w trialu, pięciokrotny zwycięzca legendarnych zawodów Erzbergrodeo (pięć razy z rzędu), pięciokrotny mistrz w Ameryki Północnej, złoty medalista Pucharu Świata w super enduro, czterokrotny złoty medalista X-Games (igrzyska sportów ekstremalnych) i mistrz świata w super enduro.

Urodził się w Nowym Targu i jeszcze jako nastolatek wyjechał za granicę. Dziś ma 32 lata, mieszka i trenuje w Andorze. Może dlatego w Polsce jest wciąż mało znany?

Dominik Szczepański: Kilka lat temu zobaczyłem cię w autobusie. A raczej twoją twarz na plakacie. Wziąłeś udział w akcji przeciwko wandalizmowi w komunikacji miejskiej. Poza tym nigdy nie widziałem cię na żadnym plakacie. W USA jesteś legendą sportów motorowych, w świadomości Polaków praktycznie nie istniejesz.

Tadeusz Błażusiak: W USA zainteresowanie sportami motorowymi jest większe niż w Polsce. Nie chcę stawiać się w roli eksperta, który diagnozuje przyczyny tej sytuacji, ale wydaje mi się, że potrzeba nam jeszcze trochę czasu. Musimy się oswoić.

A nie jest ci czasem przykro?

- Wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię, jestem w najlepszym teamie świata [KTM] z najlepszymi zawodnikami. Myślę, że w Polsce przyjdzie jeszcze czas na popularność sportów narodowych.

Trochę popularne już są, ale to przede wszystkim dzięki Robertowi Kubicy. Dzięki niemu tysiące Polaków najpierw zainteresowały się Formułą 1, a potem rajdami. O tobie dalej cisza.

- Jeszcze kilka lat temu jak ktoś w Polsce biegał, to pokazywało się go palcem i mówiło, że jest głupi. A teraz biega cała Polska. Im lepiej będzie nam się żyło na co dzień, tym bardziej będziemy się interesować różnymi sportami, bo po prostu będziemy sobie szukać rozrywki.

Skąd u ciebie wzięło się zainteresowanie motocyklami?

- To wszystko przez mojego ojca. Był muzykiem, grał na perkusji, potem zajął się własnym biznesem, ale motocykle były jego pasją. Nie mógł się jej poświęcić, bo musiał pracować, ale kiedy na świecie pojawiliśmy się z moim bratem Wojtkiem, to wciągnął nas w motocykle. Ojciec mówił, że jak się czegoś chce, to trzeba na to ciężko pracować. Te słowa towarzyszą mi całe życie. Mama wprowadzała do domu spokój, sprawiała, że w naszej rodzinie wszystkie dobrze działało. Wiedziała, że motocykle to cały nasz świat.

Cieszyła się, że jej synowie jeżdżą na motocyklach?

- Myślę, że cieszyła się przede wszystkim z tego, że mamy zajęcie, które oddala nas od innych pokus młodości. Pierwsze kontuzje przeżywała ciężko, jak każda mama, ale zawsze była z nami. Nigdy nie zamykała mnie w pokoju i nie zabraniała jeździć. Jak sobie coś złamałem, to martwiła się, ale potrafiła dojrzeć w tym wszystkim dobrą stronę.

Pamiętasz swój pierwszy motocykl?

- Miałem pięć lat, gdy ojciec przywiózł do naszego garażu malutką motorynkę. Na początku jeździłem na niej tylko w weekendy. Oprócz ojca towarzyszył mi starszy o pięć lat brat. Potem Wojtek zaczął startować w lokalnych zawodach. Jeździłem tam z nimi i patrzyłem. Bardzo mi się to podobało. Chciałem dorównać bratu. Aż złamał łokieć - poważna kontuzja wykluczyła go na dwa lata. Do dziś nie może łokcia w pełni wyprostować. Przez te dwa lata stałem się na tyle dobry, że zacząłem wygrywać mistrzostwa Polski juniorów. W tym czasie Wojtek uznał, że musi pomyśleć o czymś innym niż motocykle. Zajął się szkołą. Był przy mnie, kiedy zacząłem startować w zawodach rangi międzynarodowej. Bez niego nie dotarłbym tu, gdzie jestem dziś.

Teraz to wszystko wygląda jak logiczna opowieść, jakby tak się po prostu miało ułożyć, ale wtedy na nic podobnego się nie zanosiło. Życie lubi zaskakiwać i nie od razu jesteśmy w stanie przewidzieć, dokąd prowadzą wszystkie jego zakręty.

Pierwsze mistrzostwo Polski juniorów zdobyłeś w wieku 13 lat. Dwa lata później zostałeś mistrzem Polski seniorów. Jak to jest możliwe?

- Myślę, że to i tak późno, bo do 13 roku życia musiałem czekać na kartę motorowerową. Takie było prawo. Patrząc na poziom, myślę, że wygrałbym szybciej. Nie zrozum mnie źle, nie byłem żadnym ewenementem. Po prostu wtedy poziom w Polsce nie był aż tak wysoki. Kilku dobrych zawodników wprawdzie by się znalazło, ale to wciąż był poziom europejski, a nie światowy.

Na początku startowałem w trialu. To najwolniejsza i bardzo techniczna konkurencja. Nie jeździ się na czas, chodzi o pokonywanie trudnych przeszkód. Trzeba być bardzo uważnym. Potem przerzuciłem się na enduro i zacząłem ścigać się w ciężkim terenie. W enduro łączą się elementy motocrossu i trialu.

Byłeś bardziej utalentowany niż twoi rówieśnicy?

- Talent jest bardzo ważny. Jedni się po prostu do czegoś nadają, a inni nie, ale ci drudzy próbują i trenują tak mocno, że konkurują z tymi, którzy mają więcej talentu. Te różnice widać na poziomie sportu profesjonalnego, gdy każdy musi dotrzeć do swoich granic. Utalentowani te granice mają nieco dalej niż reszta. Gdyby talent nie istniał to my, którzy wkładamy w ten sport serce i prawie cały swój czas, osiągalibyśmy identyczne wyniki. A jednak różnice między nami istnieją i często nie są tak małe.

Jak to się stało, że wyjechałeś za granicę?

- Gdy wygrałem mistrzostwa Polski to ludzie uwierzyli, że może coś ze mnie być. Miałem szczęście, że jako małolat zostałem zauważony przez hiszpański zespół, który pokazał mi jak się rozwijać, trenować na najwyższym poziomie. Zauważył mnie na drużynowych mistrzostwach świata. Potem przez moment jeździłem we własnym teamie, a później dostrzegła mnie marka Gas Gas. Kiedy pierwszy raz wyjechałem za granicę, to zobaczyłem, jak wiele w Polsce jest jeszcze do zrobienia. U nas motorsport dopiero raczkował. Większość życia mieszkam za granicą. Stolicą trialu jest Hiszpania - ze względu na pogodę i lokalizację teamów. Gdy przesiadłem się na enduro, to wylądowałem w Andorze, bo tam ściągnął mnie mój kolega klubowy Cyril Despres.

Despres to pięciokrotny zwycięzca Rajdu Dakar. Startował też w enduro. Nie chciałbyś spróbować swoich sił w Dakarze?

- To może być jedna z naturalnych kontynuacji kariery po enduro. Dakar dojrzewa we mnie. Jeszcze nie wiem, czy się zdecyduję. Nie mówię nie, nie mówię tak. Nie wiem, co będzie za kilka lat. Wszystko dzieje się tak szybko. Bo spójrz: gdy zostałem zawodnikiem KTM, to decyzją zespołu wyjechałem do USA. Dostałem bilet i w drogę. Tam ścigałem się w serii endurocrossu przez osiem sezonów. W Kalifornii miałem bazę obok amerykańskiego wydziału KTM-u. Przemieszkałem tam kilka lat. Potem wróciłem do Europy, a do USA latałem tylko na starty. Teraz zadomowiłem się w Andorze. Mieszka tam wielu sportowców. To moi koledzy. Rozumiemy się, bo mamy podobne życia.

Nie tęsknisz za Polską?

- Lubię tutaj wracać, ale nie robię tego zbyt często. Uniemożliwia mi to kalendarz startów. Przyzwyczaiłem się już do życia na torbach. Miałem 23 lata, gdy wyjechałem do USA. Ale to takie miejsce, gdzie wszyscy jesteśmy jakby przyjezdni.

Twoje życie nie jest samotne?

- Trochę jest. Ciągle jestem w podróży, ale lubię to. Każdy sport ma swoją cenę. Nie zawsze jest możliwość wybrania swojego miejsca na świecie, ale mi się akurat udało i jestem z tego zadowolony. Lubię swoje życie. Pewnie, gdybym zabrał kogoś w trasę, to wydawałoby mu się z początku dziwne. Trzeba się do niego przyzwyczaić.

Jak wygląda twój trening?

- Przede wszystkim opiera się na jeździe motocyklem. To trening fizyczny i techniczny. Poza tym, fizycznie przygotowuję się również poza motocyklem, bo starty są wyczerpujące i trzeba być w formie, by nie tracić cennych sekund z powodu braku siły. Chodzę na siłownię. Dużo czasu spędzam na rowerze szosowym z kolegami, którzy robią to profesjonalnie. Mam więc z kim sobie potrenować. Kilkugodzinne zawody odchorowuję dzień albo dwa. To tak jakby kilka godzin grać w badmintona i do tego cały czas robić sprint.

Enduro to czysty sport? Nie ma złośliwości?

- W ogóle to motorsporcie trzeba mieć szacunek do swoich rywali. Przez to ma się szacunek do siebie i swojego zdrowia. Każdy zna siebie i swoje limity. Staramy się unikać nieczystych zagrań, bo inaczej łatwo sobie zrobić na motocyklu krzywdę. Zdarzy się, że łokieć się komuś zawieruszy, ale takich sytuacji nie ma wiele. Walczymy o każdą sekundę, ale rzadko zdarza się, że ktoś komuś zrobi krzywdę specjalnie.

Sławę zyskałeś na Erzbergrodeo, jednym z najtrudniejszych wyścigów świata, który odbywa się w wielkim, austriackim kamieniołomie.

- Pamiętam dobrze swój pierwszy start na Erzbergodeo. To specjalny dzień w mojej karierze. Przyjechałem jako zawodnik gotowy do zabawy, a skończyłem wygrywając te zawody. Tam się zaczęła moja historia z enduro. Olbrzymi kamieniołom zrobił na mnie wielkie wrażenie. Nikt się nie spodziewał, że wygram te imprezę, ale wszystko tak się potoczyło, że byłem najszybszy. A potem zrobiłem to jeszcze cztery razy, więc to chyba nie był taki przypadek.

Przyjechałeś do Polski na zawody Red Bull 111 Megawat, ale nie wystartowałeś, bo wcześniej zachorowałeś.

- Choroba ciągnie się za mną od końca sezonu halowego. Wtedy poczułem, że coś jest nie tak. Byłem bardzo zmęczony. Bardziej niż zwykle. Nie mogłem się odpowiednio zregenerować. Zacząłem szukać przyczyny.

Okazało się, że złapałem wirusa Epsteina-Barra (EBV), który całkowicie rozłożył mnie na sześć miesięcy. Po chorobie muszę odpocząć kilka miesięcy, żeby nie przemęczyć ciała. Za kilka tygodni powinienem wrócić do treningów. Zależy tylko jak długo będę potrafił się zmotywować, by przygotować się do występów na najwyższym poziomie.

A ile jeszcze tak można?

- Przede mną jeszcze kilka lat ścigania, bo cały czas sprawia mi to frajdę. Czasu dla siebie nie mam wiele, bo całe życie zorganizowałem wokół sportu. Ale spokojnie, mam jeszcze kiedy odpoczywać. Oby szło tak, jak idzie. I żeby zdrowie było.