Kitesurfing. Victor Borsuk: Dla kite'a poświęciłem wszystko

- W eliminacjach na Hawajach trafiłem na komin powietrzny. Wyleciałem ponad 30 metrów w górę. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. 11 piętro. Pode mną widziałem latawce - opowiada siedmiokrotny mistrz Polski w kitesurfingu Victor Borsuk.
"W pogoni za wiatrem. Powered by Virgin Mobile" to malownicza opowieść o podróży w stronę pasji i pokonywania własnych słabości. Filipiny, Hongkong, Wietnam - to tam wybrał się wielokrotny mistrz Polski Victor Borsuk, by stworzyć materiał o wietrznych wybrzeżach i codziennym życiu kitesurfera.
Film jest dostępny online pod tym adresem >>
***

Dominik Szczepański: Jak zostać zawodowym kitesurferem?

Victor Borsuk: Na początku trzeba przede wszystkim bardzo chcieć. Kiedy miałem 14 lat to ojciec, z wykształcenia nawigator morski, spytał mnie, czy chcę się zawodowo zajmować kitesurfingiem. Nie wiedziałem wtedy, z czym to się wiąże. ''Będziesz więcej wyjeżdżał i więcej uczył się w domu” - wytłumaczył.

Czyli super.

- Wcale nie, bo ja nie chciałem się więcej uczyć w domu. Szybko złapałem taką zajawkę na kite'a, że to stało się dla mnie najważniejsze w życiu. Każdą wolną chwilę poświęcałem na oglądanie filmików. Studiowałem każdy trik klatka po klatce. Zamontowałem sobie w domu obrotowy drążek do ćwiczeń. Wiele razy z niego spadłem. Skręciłem kostki, straciłem przytomność. Poświęciłem na trening setki godzin. Doszło do tego, że w pewnym momencie nie miałem nawet o czym rozmawiać z kolegami w klasie, bo nikt poza mną nie pływał na kite'cie.

Stałeś się odludkiem.

- Poświęciłem wszystko dla zajawki, bo chciałem być jak najlepszy. Odrzuciłem wszystkie używki. Odciąłem się. Ale wymyśliłem sposób, żeby zbliżyć się do kolegów z liceum. Zaczęliśmy robić salta. Wkrótce połowa osób z mojej klasy potrafiła zrobić salto od ściany.

Kiedy zaczynałeś, kitesurfing nie był zbyt znany w Polsce.

- To było ekspresowe dorastanie. Od 17 roku życia zacząłem utrzymywać się sam. Kitesurfung był wtedy totalną niszą. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałem nad morze i zobaczyłem kilka latawców. No i tych gości, którzy skakali 10 metrów nad wodą. Chciałem być jak oni. Zacząłem startować na pierwszych zawodach, potem media zaczęły się interesować tym sportem. Od kogoś dostałem sprzęt, trapez, ktoś sfinansował mi wyjazd. Zostałem wicemistrzem Polski. Pojawiły się pierwsze propozycje sponsoringowe.

Zabiegałeś o nie?

- Tak, bo bez nich nie da się uprawiać kitesurfingu na poziomie, który mnie interesował. Próbowałem dostać się do sponsorów, na początku oczywiście chałupniczo. Pytałem kogoś, kto znał kogoś, czy ten ktoś nie zna kogoś. Pamiętam pierwsze prezentacje w PowerPoincie. Tragedia. Musiałem się wszystkiego nauczyć. Ludziom wydaje się, że jak się jest najlepszym, to żyje się ze sponsorów. A to tak nie działa. Najpierw trzeba stworzyć spójny wizerunek.

Kitesurfing nie istnieje bez sponsorów?

- Jeśli chcesz być zawodowcem, walczyć o największe cele, to muszą być sponsorzy. Zawsze marzyło mi się, żeby wyjeżdżać, a sam bym nie dał rady. Szkoda, że państwo nam nie pomaga. Gdyby nam pomagało to wierzę, że mielibyśmy grono wspaniałych zawodników. Powstał związek kitesurfingu, który jeszcze próbuje się przebić. Kitesurfing miał zadebiutować w na letnich igrzyskach w Rio, wszystko było prawie pewne, ale w ostatniej chwili zrezygnowano. Został windsurfing i super, bo to też świetny sport. Na pewno wsparcie by się przydało, ale rozumiem, że nie jesteśmy sportem olimpijskim i że musimy sobie radzić sami.

Na co dzień prowadzę obozy dla młodych kitesurferów. Uczę dzieciaki, jak do tego wszystkiego podejść. Chcę, żeby świadomie weszli w ten sport. Mówię im, żeby postawili się z drugiej strony: co takiego muszą sobą reprezentować, żeby ktoś chciał im pomóc?

Uczysz ich zamiast samemu trenować?

- Miałem kiedyś kontuzję. Bark wypadł mi ze stawu. To bardzo trudny moment dla sportowca, bo nie możesz nawet podnieść ręki do góry. Zaczęło brakować mi kasy, żeby skończyć studia. Kończyły mi się wszystkie kontrakty reklamowe. Byłem bezużyteczny, bo nie mogłem robić tego, do czego przygotowywałem się od dzieciństwa. Miałem lekką depresję. Rehabilitowałem się przez 1,5 miesiąca na południu Polski. Nic się nie działo. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę być zależnym jedynie od sportu, bo jedno pęknięcie wyklucza mnie z niego. Zacząłem tworzyć różne pomysły na biznes. Grałem kartami, które były mi dane - zacząłem organizować pierwsze obozy dla dzieci, potem wyjazdy po całym świecie - mam grupy ludzie, z którymi jeżdżę do Brazylii albo na Karaiby i pomagam im uczyć się pływać na kite'cie.

Próbowałem też innych biznesów. Nad polskim morzem otworzyłem „Zochę Czyściochę” - dziewczyny przebrane w  stylu pin-up girls jeździły i czyściły kampery i przyczepy. Odbiór był różny, niektórzy myśleli, że to usługi matrymonialne (śmiech).

W międzyczasie wykurowałem się, wróciłem do pływania, wygrałem jeszcze kilka mistrzostw Polski. Ale co najważniejsze - złapałem szerszy kontekst. Zacząłem myśleć biznesowo. Prawda jest taka, że każdy grosz trzeba liczyć, bardzo łatwo jest przedobrzyć. Teraz jestem w stanie postawić się z drugiej strony i popatrzeć na siebie.

Praca z młodzieżą sprawia ci frajdę?

- To wdzięczna droga - dostałem coś od losu, teraz chcę dać coś od siebie. Mówię im, jak pływać na wielkich falach, jak trenować, jak sobie to wszystko poukładać w głowie, jak znaleźć sponsorów. Fajnie patrzeć, jak ktoś nie popełnia tych samych błędów co ja. Naderwałem wszystko co mogłem, zanim się nauczyłem trenować. Tak samo było ze startowaniem w zawodach. Wszystkim się wydaje, że na początku trzeba zrobić najtrudniejszy trik. Wręcz przeciwnie.  No bo jak się nie uda, przewrócisz się, to stracisz czas i będziesz bardzo zdenerwowany. Proste pytanie: masz przeciwnika, cztery boje i wieże sędziowską. Kiedy wpływasz to robisz trik tak, żeby twój przeciwnik go widział?

Pewnie nie.

- A ja uczę, że musi widzieć. Jak widzi, to się boi. Narasta w nim presja, łatwiej może popełnić błąd. Jak wjeżdżasz to możesz go nawet lekko zablokować, żeby musiał na ciebie patrzeć. Jeśli w ciebie wpadnie, to zostanie zdyskwalifikowany. To psychologiczne podejście. Przerobiłem to wszystko na sobie. Wiele razy patrzyłem na rywali, stresowałem się i przegrywałem.

Gdzie zaczynałeś?

- Na Helu, ale w zasadzie całe polskie wybrzeże się nadaje do pływania. W wielu miejscach woda jest po pas, a to pozwala czuć się bezpiecznie. Wiek nie gra roli. Uczą się nastolatkowie, ale ostatnio miałem kursantów, którzy skończyli 70 lat.

70?

- Ci są bardzo zdeterminowani. Nic im nie grozi, bo przy dzisiejszych systemach bezpieczeństwa dwoma palcami pozbywasz się latawca i nic więcej cię nie obchodzi. 70-latkom nauka zajmuje nieco więcej czasu, bo trzeba skoordynować ręce z nogami. W najgorszym wypadku nałykają się trochę wody.

Pytałeś, co ich pcha do kitesurfingu w tym wieku?

- Tak. Przychodzi w życiu moment, w którym wydaje ci się, że jesteś za stary na nowe sporty. A w kitesurfingu jesteś w stanie robić zauważalne postępy. Zaczynasz skakać, więc widzisz, że nauka daje efekty. Emerytura dla wielu jest celem podróżniczym, bo ludzie czekali na nią i odkładali pieniądze, a podróże można łatwo połączyć z kitesurfingiem. No i ta nutka adrenaliny - jesteś sobie sam panem. Masz deskę i latawiec, pędzisz, zostawiasz za sobą fale. Zresztą, niektórym nawet morza nie trzeba. Są twardziele, którzy próbują pływać na jeziorach. Spędzają dużo czasu nad prognozami, śledzą warunki, by szybko się spakować i wyjechać. Fajna odskocznia od rzeczywistości.

Jak żyje się zawodowemu kitesurferowi w Polsce?

- W kraju mogę pływać przez 4-5 miesięcy. Od maja do września. W tym roku w styczniu pojechałem na Puchar Azji do Wietnamu. W międzyczasie kręciłem film „W pogoni za wiatrem. Powered by Virgin Mobile''. Mogłem połączyć trening z marzeniem o filmie, który mógłby opowiedzieć o tym, jak wygląda moje życie. Starałem się nie wybielać, nie robić z siebie bohatera. Mam nadzieję, że to się udało.

W Azji na zawodach warunki były bardzo trudne, tworzyło się coś, co przypominało biały szkwał. Wylatywaliśmy na 20 metrów do góry i nie do końca byliśmy pewni, co się stanie przy lądowaniu. W czasie pierwszego starcia uderzyłem  żebrami o wodę tak mocno, że prawie wyplułem płuca. Przez chwilę byłem odurzony.

To były najbardziej ekstremalne warunki, w jakich pływałeś?

- Nie. Jak miałem 16 lat, to startowałem w Pucharze Świata. Przejeżdżałem cały świat, żeby przegrać na starcie zawodów. Ale to był bardzo potrzebna szkoła życia. Pojechałem na zawody na Hawajach. W eliminacjach trafiłem na komin powietrzny. Wyleciałem ponad 30 metrów w górę. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. 11 piętro. Latawce pode mną. Główny turniej odbywał się na 10-metrowych falach, a ja miałem doświadczenia z Bałtyku, gdzie 2 metry to już dużo. A tam - ogromne, oceaniczne fale przybojowe. Nie było widać ich końca. Rozbijały się albo o wulkaniczną, czarną skałę tworzącą rafę koralową albo o 15-metrowe klify. Między nimi tylko kilkunastometrowy przesmyk, w który trzeba trafić. Wjeżdżałem na pierwszą falę pionowo do góry, nakryła mnie, zaczęła mnie topić. Na skuterach wodnych podpłynęli ratownicy, rzucili mi deskę, złapałem się i musieliśmy się zmierzyć z 10-metrową, załamującą się falę. Udało się. Oddali mi latawiec. Był pocięty na kawałeczki. Wtedy miałem moment, że nie chciałem już startować w zawodach. Ale to minęło (śmiech).

Wracając do tego, jak spędzam rok, to po wizycie w Azji wróciłem do Polski i przygotowywałem film. Bardzo lubię montować, dużo się nauczyłem przy chłopakach, którzy robią cuda z materiałem. W międzyczasie przygotowywałem się do zawodów i obozów na Helu. Potem mam wolne dwa miesiące. Jadę do Brazylii, potem do Azji.

Mieszkasz w plecaku.

- Tak, ale dbam o relację z bliskimi osobami. Mam czas dla siebie. Potrafię się spakować na miesiąc w 20 minut i to daje do myślenia. Fajnie byłoby mieć swoje miejsce.

A to, że robisz tyle rzeczy naraz nie przeszkadza ci karierze? Gdybyś skupił się tylko na pływaniu, to może wskoczyłbyś do ścisłej, światowej czołówki.

- Kiedyś skupiałem się tylko na Pucharze Świata. Miałem ogromne parcie, udało się mi stanąć na podium. Poznałem czołówkę, ale po tej poważnej kontuzji przyszła refleksja. Po pierwsze, walka w Pucharze Świata bardzo dużo kosztuje. Te pieniądze trzeba gdzieś znaleźć. No i teraz - albo próbuję prowadzić biznes, rozwijać się filmowo, robić obozy dla dzieci albo skupiam się tylko na sporcie, ale też do końca przecież nie mogę, bo muszę gdzieś poszukać na to środków. Wybieram więc kompromis - dzięki sponsorom mogę startować w Pucharze Azji i w Pucharze Polski i robić swoje rzeczy. Myślę, że gdybym skupił się na Pucharze Świata, to bym coś tracił.

Co?

- Kontakt z dzieciakami, które później do mnie piszą. Widzę jak robią postępy i cieszy mnie, że mogę im w tym pomagać. Widzę, jak dorastają. Czuję, że coś tworzę. Tak samo jest z filmami. Wcześniej robiłem projekt na Górze Żar, teraz projekt z Virgin Mobile. Coś po sobie zostawiam. Fajnie byłoby robić coś takiego co roku.

Jak zacząć pływać na kite'cie?

- Trzeba zapisać się na kurs. Dobrych ruchów nauczy tylko profesjonalista. Trzeba oduczyć się paru odruchów, nauczyć się podłączania linek, obsługi systemu bezpieczeństwa. Na kursie nauczysz się skręcać i będziesz wiedział, czy ci się to podoba. W 95 proc. przypadków będzie się podobało.

Na czym polega trening kitesurfera?

- Najważniejsza w każdym sporcie jest koordynacja ruchowa. Są różne ćwiczenia, które ci w tym pomagają i wzmacniają mięśnie głębokie. To one odpowiadają za stabilizację ciała. Prosty przykład: kładziesz deskę na wałku i stajesz na niej. Opierasz się o ścianę i zaczynasz balansować. Ludzie, kiedy tracą równowagę, zaczynają machać rękoma. A wystarczy ugiąć trochę nogi, obniżyć środek ciężkości i wyrównać pozycję. Osoby, które dawno nie uprawiały żadnego sportu, tracą ten balans. I później w trakcie nauki nowych dyscyplin częściej się przewracają.

Dzieci dużo biegają, wspinają się po schodach, deskach, rurkach, kombinują. Potem przychodzi moment, że dorastają, zaczynają pracować i zapominają, że podstawą jest równowaga. Inny przykład: ludziom wydaje się, że nie nauczą się żonglować. A normalnie zajmuje to tydzień. Wystarczy poznać technikę. Kiedy żonglujesz, to mocniej działają oba płaty mózgowe, czujesz się lepiej, zauważasz różnicę w codziennym życiu.

A co robić przez te kilka miesięcy, gdy w Polsce nie da się pływać?

- Można przedłużyć sobie sezon na wake'u. Ja 6 dni na 7 trenuję w domu. Mam prosty drążek zamontowany we framudze. Robię dziennie 100 podciągnięć. Do tego 100 pompek i 100 razy przyciągam biodra do drążka. To jest podstawa, na której buduję formę. Pół godzinki dziennie. Do tego warto ćwiczyć koordynację ruchową. Można kupić specjalny wałek w internecie, ale znam też ludzi, którzy napełniają butelkę wodą, na nią kładą deskę i wychodzi na to samo. I tak spędzam osiem miesięcy w roku.

Zainteresowanie kitesurfingiem jest teraz duże?

- W Polsce ludzi interesuje jeden sport. To piłka nożna. Sportami ekstremalnymi interesują się pasjonaci. Czasami ktoś jeszcze, ale tylko wtedy, kiedy jakiś Polak odnosi sukces i ma dobrych sponsorów, którzy pomogą mu się wypromować. Zresztą, takich przykładów nie trzeba szukać w sportach ekstremalnych. Spójrzmy na skoki narciarskie - nieporównywalnie mniej osób oglądało je przed sukcesami Adama Małysza. A teraz każdy zna się na skokach, wie wiele o ich historii. A to przecież też sport, którego mało kto ma szansę spróbować. Czyli mocna abstrakcja.

A jednak na kitesurfing zrobił się modny.

- Młodzi ludzie czują, że dobrze jest być kitesurferem, tak samo jak dobrze jest być snowboarderem. To dobrze postrzegane. W Polsce trudno uprawiać surfing, a kite'a może spróbować właściwie każdy. Stąd medialny sukces.