Adam Pustelnik: jestem cholernie szczęśliwy, że w ogóle żyję

Adam Pustelnik w 2011 roku dokonał pierwszego powtórzenia drogi "Orbayu" na Naranjo De Bulnes w Hiszpanii. W sierpniu tego samego roku, podczas prowadzenia nowej drogi na tej ścianie uległ wypadkowi. Na wysokości 20 m urwał się chwyt i wypadły trzy przeloty. Wspinacz uderzył w półki skalne, w wyniku czego doznał poważnych złamań. O wypadku i powrocie do wspinania z Adamem rozmawia Piotr Turkot.

Dołącz do nas na Facebooku

Piotr Turkot (wspinanie.pl): Dotąd świadomie prowadziłeś swoją karierę, najpierw wspinanie sportowe, potem stałeś się bardziej all round'owym wspinaczem. Ten wspinaczkowy "ciąg" przerwał nagle wypadek. W jaki sposób dla takiego świadomego wspinacza i człowieka to wydarzenie zmieniło podejście do wspinania, w ogóle do życia. Jak z perspektywy czasu to postrzegasz?

Adam Pustelnik: Pierwsza rzecz po wypadku to uczucie, że jestem cholernie szczęśliwy, że w ogóle żyję! To o wiele ważniejsze od tego, jakie drogi można by było porobić, jakie można było mieć projekty. Najważniejsze, że mogę teraz chodzić, że jestem sprawny. Natomiast z punktu widzenia wspinania... Wiesz, w tym momencie wszystkie plany wspinaczkowe odstawiłem zupełnie na bok. Nie chcę robić żadnych projektów, bo doskonale wiem, że jak tylko sobie o czymś pomyślę, to zacznę się w to bardzo mocno angażować. A teraz najważniejsze jest, żebym doszedł do siebie.

Jestem też w takim momencie, kiedy mogę poświęcić chwilę czasu na to, żeby ułożyć sobie jakoś życie. Nie jestem typem wspinacza, którzy potrafi żyć jak hipis, cały czas w samochodzie, wszystko podporządkowane jest wspinaniu etc. Chcę mieć dom, swoje miejsce i chciałbym właśnie w tym momencie nad tym popracować.

Właściwie jedyną rzeczą, o której teraz myślę w sensie wspinaczkowym, to ta związana z układaniem dróg na największe zawody, na Mistrzostwa Świata w Paryżu. W tym roku mam taką możliwość i będę robił wszystko, żeby to zrealizować. To mój cel, to zresztą będzie mnie również mobilizować do intensywnej rehabilitacji.

piotr pustelnik, orbayu, naranjo de bulnes, adam pustelnik

No właśnie powiedz, jak wygląda twoja rehabilitacja?

Tak sobie myślę, że ta rehabilitacja to jest jeden wielki trening. Dowiaduję się np. o grupach mięśni, o których nie miałem pojęcia, że w ogóle istnieją (śmiech). Mam wrażenie, że wielu z nas (przynajmniej w tym środowisku, w którym ja się wspinam) tego nie wie. Mamy też grupy mięśni w ogóle nie rozwiniętych, a które mogą nam się przydać w zwykłym codziennym działaniu (śmiech).

Z tego względu ta cała rehabilitacja jest w pewnym sensie treningiem, ale ja w zasadzie już dwa tygodnie, po tym jak przyjechałem do Konstancina, zacząłem się podciągać i wykonywać trening stopniowo przygotowujący pod wspinanie wytrzymałościowe, w dużym cudzysłowie wytrzymałościowe. Robię dużo ćwiczeń objętościowych, jednocześnie nic trudnego. Ćwiczę mięśnie grzbietu, brzucha, robię ćwiczenia na równowagę, dalej pływanie, rozciąganie, podciąganie na chwytach, na drążku... Średnio 5 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu.

Jak myślisz, kiedy zaczniesz już trening stricte wspinaczkowy?

Nie mam zielonego pojęcia... Jak wyjdę z Konstancina w przyszłym tygodniu to dam sobie jeszcze chwilę czasu i potem spróbuję pojawić się kilka razy na ściance, zacząć się jakoś tam ruszać. Przede wszystkim pod tym kątem, żeby zobaczyć, czy z uszkodzonym nerwem piszczelowym mogę coś więcej robić. Nie czuję jakichś wyraźnych ograniczeń ruchowych, ale wiem, że nie powinienem szarżować. Zdaję sobie sprawę, że do treningu wspinaczkowego, jaki wcześniej robiłem, pewnie szybko nie wrócę, ale jakieś jego elementy będę starał się wdrażać już w ciągu najbliższego miesiąca mam nadzieję.

Czyli o planach wspinaczkowych nie będziemy rozmawiać, zapytam o coś innego. Patrząc wstecz, z dystansu, jakie wspinaczkowe wydarzenia/przejścia w przeciągu ostatnich 10 lat (i wcześniej) są dla ciebie najcenniejsze? Masz taką drogę, o której myślisz: "o dzięki Bogu, już to zrobiłem, bo jakbym nie mógł się już wspinać, to by mi został porachunek" (śmiech).

Wiesz, tak było (śmiech). Jak już trochę do siebie doszedłem po wypadku, to tak naprawdę cieszyłem się bardzo, że jednak zdążyłem zrobić Orbayu. Jak bym nie zrobił, to bym siedział i myślał: "ja pierniczę, jeden dzień więcej i już może by się udało" (śmiech).

A w sportowym wspinaniu, na pewno Action Directe było zawsze moim marzeniem. Odkąd zacząłem w ogóle trenować to myślałem o tej drodze. We wspinaniu wielowyciągowym zrobienie Silbergeier, jako początek przygody z trudnym, wielowyciągowym wspinaniem. To było coś wyjątkowego, naprawdę spore wyzwanie - żeby już za pierwszym razem rzucić się na głęboką wodę i być skoncentrowanym na tylu wyciągach, niełatwych technicznie. Silbergeier pod względem psychicznego przygotowania, od strony mentalnej, było chyba jednak trudniejsze niż w przypadku Orbayu.

Natomiast z górskich rzeczy... Pierwszy wyjazd w Yosemite był bardzo istotny. Otworzył nowy rozdział w moim wspinaniu. W zeszłym roku myślałem nawet, że fajnie byłoby wrócić do Doliny.

Pełen wywiad z Adamem Pustelnikiem możesz przeczytać TUTAJ.