Motocykle 3D: Jazda na krawędzi. Poznajcie Guya Martina

Guy jest mechanikiem, wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego i jest wiecznie uśmiechnięty. Guy jest też szalony, bo trzeba być szalonym, żeby ścigać się na motocyklu po publicznych drogach na wyspie Man z prędkością ponad 300 km/h. I tak od ponad stu lat.

 

Richard de Aragues w dokumentalnym debiucie z 2011 r. nakręcił film, który w samej Wielkiej Brytanii zarobił 2 mln funtów. Ale tylko pozornie temat szalonego wyścigu drogowego to samograj. Tourist Trophy Isle of Man organizuje się od 1907 r. Dzięki specjalnym przepisom na wysepce pośrodku Wysp Brytyjskich przez dwa tygodnie publiczne drogi wyłącza się z ruchu, wyznacza 60-kilometrową pętlę i rozgrywa pięć wyścigów, które ściągają turystów kibiców z całego świata. De Aragues stworzył świetne kino, które ogląda się z zapartym tchem, momentami ze śmiechem, momentami z przerażeniem, dzięki dobrym wyborom, technice pozwalającej oglądać z każdego ujęcia nie tylko bohaterów, ale też pokazać co oni widzą siedząc na superbike'u i dużej ilości reżyserskiego szczęścia.

Idealnie wybrał bohatera. Martina poznajemy jako być może najbardziej barwną postać wyścigu, uwielbianego przez kibiców, który aż osiem razy stawał na podium wyścigów TT, ale nie wygrał żadnego. To nie on jest zresztą - co się potem okaże - sportowym bohaterem TT 2010, ale na główną postać filmu nadaje się doskonale. Szczęście reżysera polega na tym, że trafił na niezwykle dramatyczną edycję wyścigu, która fabularnie wypadła nie gorzej niż niejeden sensacyjny dramat.

Siłą dokumentu jest kontrast, który przyciąga uwagę, a w filmie de Araguesa kontrastu jest mnóstwo. W jednej ze scen ciche nabożeństwo w kamiennym kościele jest przerwane przez ryk przejeżdżających motocykli, których - poza pojawiającą się na sekundę rozmazaną smugą - właściwie nie widać. Potężne maszyny fascynują, bo kompletnie nie pasują do zielonych łąk, niskich domków i spokojnych na co dzień ulic brytyjskiej prowincji. Wyścig, który na kilka dni zmienia oblicze wyspy, wydaje się nierzeczywisty. Z innej bajki jest Ian Hutchinson, żartujący z kamerą, gdy na pierwszym planie widzimy jego okręconą śrubami i żelastwem nogę, zmasakrowaną kilka dni wcześniej. Nierzeczywista jest ich jazda, śmiertelnie niebezpieczna. Bo drugim bohaterem filmu, nieco ukrytym za czupryną Martina, jest śmierć. Czarna legenda TT to nieco ponad cztery ofiary na każdy kilometr trasy w ciągu ponad stu lat.

Tytuł filmu (w oryginale TT3D: Closer to the Edge) nie jest przesadzony, skoro tuż za krawężnikiem jest urwisko, albo półmetrowy kamienny murek, na który spacerowicz nie zwróciłby uwagi. Niczym nie wyróżniającego się zakrętu Ballagarey w miejscowości Glen Vine kierowca jadący 70 km/h nawet nie zauważy. Dla motocyklistów pędzących trzy- lub czterokrotnie szybciej, nieco pod górkę, co sprawia, że nie widać kiedy trzeba przechylić maszynę na bok, by się nie rozbić szybciej to legendarne miejsce. W wyścigach torowych wypadając z trasy, wypada się z wyścigu, podczas TT wypadnięcie z trasy może skończyć się śmiercią.

- Stałam, rozglądałam się, chłonęłam atmosferę i wszystko dookoła - opowiada w filmie Brigdet Dobbs, żona Paula jednego z uczestników. - Przeszła mi przez głowę głupia myśl, jak bardo tęskniłabym za tym wszystkim, gdyby coś się stało „Dobbsiemu”. A godzinę później...

 

Kuba Dybalski