Sport.pl

Poradnik: Jak się w górach nie dać lawinie [WIDEO]

Unikaj zacienionych żlebów, zachowuj odstępy, zawsze miej przy sobie detektor, sondę i łopatę - radzimy, jak nie wpakować się pod lawinę i co zrobić, gdy jednak już dojdzie do wypadku


- Jest dwóch zasypanych, obaj z funkcjami życiowymi. Ruszamy! - daje znak Paweł Jakubiak, ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W trójkę wbiegamy w śnieżne pole. Dobrze, że na nogach mamy narty, inaczej grząski śnieg mocno utrudniłby nam poruszanie się i wydłużył poszukiwania. Idziemy szybkim krokiem z detektorami przy uchu, nasłuchując pierwszego sygnału. Jest! 26 metrów, 20, 19... Wreszcie sygnał jest coraz głośniejszy i częstszy. Zasypany jest 5 metrów od nas. Zwalniamy i dokładnie nad śniegiem szukamy miejsca, gdzie urządzenie pokazuje najmniejszą odległość. Zasypanie nie jest głębokie - poszkodowany powinien być pół metra pod śniegiem. Ale musimy wiedzieć precyzyjnie, zanim zaczniemy kopać. Wyciągamy sondy i nakłuwamy śnieg, by znaleźć dokładne miejsce. Po kilku próbach sonda nie trafia w twardy grunt, ale w coś miękkiego, sprężynującego. To musi być tu. Właśnie mija szósta minuta od początku naszych poszukiwań. Dobry czas, bo statystycznie pod śniegiem można przeżyć 18 minut. Ale pozostaje jeszcze kopanie. W dwójkę idzie nam to dość sprawnie. Po kolejnych czterech minutach jest już po wszystkim.

- Mam drugiego! - krzyczy z innej części lawiniska kolega, który podążył za drugim sygnałem. Tym razem to tylko ćwiczenia. Wykopaliśmy dwie skrzynki z nadajnikami, obłożone miękką matą mającą imitować ludzkie ciało.

Te sprytne urządzenia, które zakopuje się pod śniegiem, wykorzystywane są przy ćwiczeniach lawinowych. Nie zawsze łatwo je znaleźć. Ciężko wyobrazić sobie, jak trudne są poszukiwania w prawdziwym lawinisku, gdy dochodzą do tego nerwy i strach, że nie zdążymy.

Oceń zagrożenie

Przez ostatnich kilka dni w Tatrach obowiązywał 4. stopień zagrożenia lawinowego. W takich warunkach nie tylko poruszanie się w najwyższych partiach gór, ale też większość podejść do schronisk nie jest bezpieczna i lepiej górskie plany odłożyć. Choć wczoraj zagrożenie spadło do 3. stopnia, ratownicy przypominają, że to nie "dopiero trójka", a "już trójka". W górach zimą nie ma zagrożenia zerowego, a statystyki pokazują, że najwięcej wypadków lawinowych zdarza się przy stopniu 2., gdy turyści chętnie ruszają w góry.



Jak nie wpakować się w sytuację bez wyjścia, można dowiedzieć się na prowadzonych przez ratowników TOPR szkoleniach lawinowych (www.kursylawinowe.pl). Jeśli myślisz o zimowych górskich wycieczkach, chcesz spróbować turystyki narciarskiej albo zasmakować jazdy poza przygotowanym stokiem, takie szkolenie to podstawa.

Przedstawiamy kilka podstawowych zasad planowania zimowej wyprawy i zachowania się w wypadku lawinowym.

Wyjściu w teren wysokogórski i wyborze drogi zawsze towarzyszą pewne wątpliwości, a jeśli są zbyt duże, lepiej zawrócić. Jak to ocenić?

Na początek obowiązkowo sprawdzamy komunikat lawinowy TOPR i pogodę. Ważna jest nie tylko prognoza w momencie, gdy wyruszamy w góry, ale też to, co działo się w poprzednich dniach.

Największą ostrożność powinny wzbudzić intensywne opady świeżego śniegu (już 10-20 cm na dzień przy niekorzystnych warunkach) połączone z silnym wiatrem. Taka pokrywa jest niezwiązana i niestabilna. Dodatkowo wiatr przenosi śnieg, co tworzy miejsca wyjątkowo niebezpieczne (zwłaszcza poniżej przełęczy, przez które wiatr łatwo przerzuca śnieg). Lampka alarmowa powinna się też nam zapalić, gdy dzień wcześniej nastąpiło gwałtowne ocieplenie (w takich warunkach doszło do głośnego wypadku na Rysach).

Obserwuj śnieg. Nawiane fale na stoku albo chorągiewki szadzi (rosną pod wiatr) na pionowych tyczkach pokazują, skąd wiał wiatr (i gdzie mógł nanieść masy śniegu). Zastrugi na śniegu oznaczają natomiast, że kierunek wiatru gwałtownie się zmienił.

Poruszaj się bezpiecznie

Poruszaj się grzędami, formami wypukłymi. Podejście lub zjazd zagłębieniami terenu i żlebami, które kuszą niektórych narciarzy, to pakowanie się w kłopoty. W takich miejscach przeważnie zalega dużo nawianego śniegu, a ukształtowanie terenu sprzyja zsunięciu się śnieżnej pokrywy nawet przy niewielkim obciążeniu. Tak jest zwłaszcza na stokach o wystawie północnej (dociera tam mniej słońca, więc pokrywa jest słabo związana), a takie właśnie dominują po polskiej stronie Tatr.

Jeśli na bardzo stromych stokach (powyżej 40 stopni nachylenia) lawiny schodzą same, to powinno być dla nas sygnałem, że na łagodniejszym zboczu wystarczy podcięcie pokrywy przez narciarza.

Warto zwracać też uwagę na głucho bębniące odgłosy i pęknięcia przy wchodzeniu na śnieg. Jeśli maszerujemy większą grupą, wymieniajmy się nawet drobnymi spostrzeżeniami - być może jedna osoba zauważy coś, na co reszta nie zwróciła uwagi.

Duże znaczenie ma też to, jak się poruszamy. Pokrywa śnieżna jest delikatna, więc powinniśmy obchodzić się z nią ostrożnie. Najmniejszy nacisk na śnieg wywieramy, podchodząc na nartach (bo nasz ciężar rozkłada się na większą powierzchnię). Turysta podchodzący pieszo obciąża stok mocniej. Również zjazd powinien być możliwie delikatny i płynny. Szybki, ostry skręt to nacisk równy pięciokrotnej masie narciarza, upadek - dziesięciokrotnej.

Poruszając się w grupie, pamiętajmy o zachowaniu ok. 10-metrowych odstępów.

Bez detektora ani rusz

Wybierając się zimą w wysokie partie gór, wyposaż się w zestaw lawinowy, czyli detektor, sondę i łopatę. Z takim sprzętem szanse na przeżycie w lawinie wynoszą 1:3, podczas gdy w akcji ratowniczej z użyciem helikoptera, systemu recco czy psów lawinowych tylko 1:10.

To dlatego, że czas przeżycia zasypanego według statystyk wynosi 18 minut, więc w większości przypadków uratować mają go szansę tylko współtowarzysze wyprawy. Służby ratownicze często potrzebują na przybycie na miejsce wypadku ok. 45 minut (zwłaszcza przy niekorzystnej pogodzie), a wówczas działania mogą ograniczać się już tylko do szukania ciała. Statystyki są brutalne - po 30 minutach połowa zasypanych umiera.

Bez detektora, sondy i łopaty poszukiwania mogą trwać jednak godzinami. - Nie wystarczy taki sprzęt mieć. Trzeba umieć się nim posługiwać, bo detektor sam nie znajdzie za nas zasypanego. Ważne też, by każdy miał komplet sprzętu. Zdarzały się przypadki, że w góry ruszała grupa ludzi, w której jedna osoba miała detektor, druga sondę, a trzecia łopatę - przypomina Jan Krzysztof, naczelnik TOPR, który w czasie szkoleń na Hali Gąsienicowej tłumaczy, jak szukać zasypanego.

Sprzęt lawinowy ma jedną wadę - cenę. Detektor kosztuje ok. 1 tys. zł (sonda i łopata to przy tym drobny wydatek), ale w Zakopanem można go wypożyczyć (np. w wypożyczalni Tatra Trade przy Rondzie Kuźnickim, cena kompletu: 40 zł za dobę).

Takie wyposażenie to podstawa, ale jest jeszcze kilka innych lawinowych wynalazków. Najbardziej skutecznym (ale też najdroższym) jest plecak z systemem ABS albo Snowpulse, czyli z zamontowanym ładunkiem sprężonego powietrza. Gdy czujemy, że porywa nas lawina, odpalamy taki ładunek, dzięki czemu mamy sporą szansę (ponad 90 proc.) utrzymać się na powierzchni śniegu.

Można wyposażyć się też w system Avalung - rurkę, która rozdziela powietrze wdychane od wydychanego, a przez to wydłuża czas przeżycia pod lawiną.



Obserwuj lawinisko

Przed wyjściem w góry koniecznie musimy sprawdzić, czy baterie w detektorach nie są wyczerpane, i przeprowadzić test urządzeń.

Jedna z osób ustawia wówczas swój detektor na tryb nadawania (pozostałe przestawiają je na odbiór) i przechodzi koło pozostałych osób rozstawionych w kilkumetrowych odstępach. Urządzenie powinno pokazać odległość. Potem zmiana. Osoba, która miała włączone nadawanie, przestawia detektor na odbiór, a pozostałe włączają nadawanie i ponownie sprawdzamy sygnał.

Wszyscy powinni mieć detektory włączone w trybie nadawania (pod kurtką, by w razie zasypania detektor nie został zerwany).

Nie ma się co oszukiwać - spadając z lawiną, niewiele już możemy zrobić. Wjeżdżając w niestabilny teren, powinniśmy jednak odpiąć paski zabezpieczające narty, wysunąć ręce z pasków przy kijkach, by w razie czego móc je odrzucić, oraz odpiąć pas biodrowy plecaka. Wszystkie te elementy wyposażenia w lawinie działają jak kotwica, utrudniając utrzymanie się na powierzchni. Warto też wokół ust i nosa zawiązać chustkę.

Jeżeli już doszło do najgorszego i któryś z uczestników wyprawy został zasypany, natychmiast wezwij ratowników (zawsze miej w komórce zapisany numer alarmowy TOPR: 601100300), a samemu rozpocznij poszukiwania. Przeszukaj obszar, gdzie szanse znalezienia są największe - poszukiwać powinniśmy od miejsca, gdzie ostatni raz widzieliśmy zasypanego w dół w polu o kształcie odwróconego "V". Na lawinisku staraj się zachowywać cicho - być może uda się usłyszeć głos zasypanego. Rozglądaj się - może zauważysz wystającą rękę, but, czubek czekana (tak w 2007 r. ratownikom udało się namierzyć himalaistę Artura Hajzera, który spadając z lawiną z grani Ciemniaka, zdołał wyciągnąć w górę rękę z czekanem).

Działaj szybko i precyzyjnie

Osoby poszukujące niezwłocznie przełączają swoje detektory w tryb odbioru. Początkowo poruszamy się po lawinisku szybko, obracając detektor w różnych płaszczyznach, by znaleźć pierwszy sygnał. Gdy to się uda, idziemy za wskazówkami na wyświetlaczu detektora (nie ruszając już urządzeniem). Podobnie jak samolot podchodzący do lądowania, im bliżej jesteśmy celu, tym poruszamy się wolniej i precyzyjniej.

Ostatnie 5 metrów pokonujemy już bardzo ostrożnie, przesuwając detektorem nad samym śniegiem. Ważne, by nie kręcić urządzeniem, a trzymać je przed sobą w jednej płaszczyźnie.

Gdy namierzymy miejsce, gdzie odległość do zasypanego jest najmniejsza, rozpoczynamy sondowanie.

Sondę wbijamy w śnieg prostopadle do powierzchni lawiniska, spiralnie co ok. 25 m. Gdy natrafimy na zasypanego, pozostawiamy sondę w tym miejscu i rozpoczynamy kopanie. Statystycznie większość zasypanych znajduje się na ponad 1 m głębokości, co oznacza, że do przerzucenia mamy od tony do trzech ton śniegu.

Ważne, by jak najszybciej odkopać twarz i klatkę piersiową poszkodowanego, by umożliwić mu swobodne oddychanie.

Pod lawiną organizm ulega ogromnemu wychłodzeniu. Po odkopaniu okryj poszkodowanego suchym ubraniem, folią NRC, podawaj ciepłe i słodzone płyny (ale nie alkohol!). Przede wszystkim nie hamuj dreszczy (np. ogrzewając dłonie ofiary) - to najlepszy mechanizm organizmu, by się rozgrzać.

Korzystałam z materiałów opracowanych przez ratowników TOPR.