Polska wyprawa na Broad Peak. Kowalski: Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem obóz III

- Bielecki i Małek dzień przed atakiem nie łączą się z bazą. Nie robią tego też w dzień ataku, co przyprawia kierownika o dodatkowe siwe włosy. Sam jestem przerażony podchodząc do obozu III i widząc rozłożony namiot,  mimo że miał być złożony - pisze Tomasz Kowalski, członek polskiej wyprawy na Broad Peak (8051 m.n.p.m). Wspinacz opisuje też swój atak szczytowy.

Broad Peak to jeden z trzech ośmiotysięczników niezdobytych zimą. Pozostałe dwa to Nanga Parbat i K2. Polska ekspedycja w składzie: Krzysztof Wielicki (kierownik wyprawy), Adam Bielecki, Tomasz Kowalski, Maciej Berbeka i Artur Małek w ostatnich dniach próbowała dwa razy wejść na szczyt (17 i 18 lutego) - obie próby nie powiodły się, choć Polacy dotarli na wysokość 7820 metrów. Teraz himalaiści przebywają w bazie, czekając na kolejne okno pogodowe. Jak zapowiadał Adam Bielecki, do domu wrócą albo po wejściu na szczyt albo wraz z nastaniem wiosny.

W pierwszym ataku udział wzięli Adam Bielecki i Artur Małek. Polscy himalaiści postanowili wejść na szczyt bezpośrednio z wysokości 7100 m, gdzie założony został obóz trzeci. Dzień wcześniej mieli połączyć się z kierownikiem wyprawy Krzysztofem Wielickim. Nie udało się. Wielicki nie miał z nimi kontaktu również w dniu ataku. W tym czasie do obozu trzeciego docierała druga para naszych wspinaczy - Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski.

Relacja pochodzi z facebooka Polskiego Himalaizmu Zimowego >>

Brak kontaktu z bazą, przerażenie w obozie III

- Po fatalnej, wietrznej nocy podchodzimy z Maćkiem i Karimem z camp 2 w celu dotarcia do obozu 4 (biwak szturmowy na 7400 m - przyp. red). Karim po kilku długościach liny zdradza zatrucie żołądkowe i wycofuje się na dół, zabezpieczając po drodze camp 2. W tym samym czasie Adam z Arturem ruszają do ataku dopiero o 7:00 z powodu kompletnej dupówy, która trzyma ich przez pierwsze 3 godziny ataku. Niestety nie łączą się z bazą na umówioną godzinę poprzedniego wieczoru, ani przez cały dzień ataku co przyprawia kierownika o dodatkowe siwe włosy. Sam jestem przerażony podchodząc do obozu 3 i widząc rozłożony namiot mimo, że planowanie miał być złożony. Ostatecznie z miejsca obozu 3 dostrzegam dwie postacie jakieś 200m pod przełęczą, a chwilę potem sam zespół łączy się z bazą i postanawia zawrócić z powodu zbyt później godziny oraz ogólnego zmęczenia - pisze Kowalski.

Najwyżej od 25 lat

Kowalski i Berbeka postanowili ruszyć w ich kierunku. Na wysokości 7300 metrów leżał zostawiony wcześniej sprzęt, z którego założono później obóz szturmowy - ostatni przystanek przed szczytem.

- Razem z Maćkiem ruszamy w dobrej pogodzie do depozytu na 7300 i tam spotykamy się z chłopakami, którzy schodzą do trójki na noc. Wyglądają na zmęczonych i co kilkaset metrów w zejściu muszą siadać, ale ostatecznie są zadowoleni z progresu. Prawda jest taka, że osiągnęli ok. 7800m, czyli wysokość, której żadna wyprawa od ataku Maćka Berbeki z 1988 nie osiągnęła! - dodaje Kowalski.

Przywołuje tutaj wyprawę z 1988 roku, kiedy Maciej Berbeka wraz z Aleksandrem Lwowem próbowali zdobyć K2. Z powodu złej pogody zdecydowali się szturmować szczyt Broad Peaka. Lwow zawrócił 100 metrów poniżej przełęczy. Berbeka poszedł sam i wieczorem stanął na, jak się później okazało, przedwiechołku, tzw. Rocky Summits (8035 m). Do szczytu zabrakło mu więc 17 metrów. Aby jednak tam się dostać, potrzebowałby ok. godziny, by przejść drogę eksponowaną granią.

Zaczynam tracić czucie w palcach. Brniemy do góry w zamieci

- Po kolejnej bezsennej nocy na 7300 m Berbeka i Małek chcieli zaatakować szczyt przed załamaniem pogody.

- Niestety mały namiocik szturmowy oraz spowolnione wysokością ruchy powodują, że z namiotu wychodzimy dopiero ok. 5 rano. Nadzieja na ślady chłopaków i świetlistą nocą szybko umarła i idziemy po omacku wybierając drogę zapamiętaną dnia poprzedniego. Dwukrotnie trawersujemy za daleko w lewo, raz wracamy na dobry szlak, drugi raz obchodzimy szczelinę i łączymy się okrężną drogą. Razem ze wschodzącym słońcem psuje się pogoda. Zaczyna wiać, robi się dużo zimniej. Maciek proponuje zawróć, ja namawiam go na próbę dotarcia do poręczówek nad szczeliną, a może i przełęcz. Po kolejnej godzinie zaczynam tracić czucie w palcach u stóp i rąk, żadne próby rozgrzania nie pomagają. Brniemy dalej w zamieci do góry, nie mogę dogonić już Maćka, który jest ok 40m przede mną. Tym razem ja daję za wygraną nie widząc szans na poprawę pogody i samopoczucia. Wołam Maćka i wspólnie decydujemy się na zejście. Jak się później okazało, dokładnie w tym samym miejscu co pierwszy zespół - pisze Kowalski.

Wykończeni wracają do bazy

- Schodzimy do camp 4, który zabezpieczamy, a ponieważ jest stosunkowo wcześnie decydujemy się na zejście do bazy. W trójce spotykamy chłopaków, którzy na nas czekali (dzięki!) i razem ruszamy na dół. Niestety jesteśmy z Maćkiem zupełnie wykończeni i na ostatnich nogach, dochodzimy już pod koniec dnia do bazy. Podsumowując, obydwa zespoły osiągnęły tę samą wysokość ok 7700-7800m. W pierwszym zespole o braku sukcesu zaważyły trudy dwudniowego podejścia w złej pogodzie oraz późny atak z niskiego obozu 3. W przypadku drugiego zespołu zaważyła pogoda, która niestety nie sprawdziła się z przewidywaną - kończy Kowalski.

Tomasz Kowalski

 

Tomasz Kowalski Tomasz Kowalski PHZ

KW Warszawa, 27 lat. Organizator i uczestnik kilkunastu wypraw górskich w m.in Alpach, Andach, Alasce oraz Pamirze i Tien-Shanie. W 2010 roku przeszedł 100km trawers masywu Mount McKinley. W 2011 roku, w ciągu jednego sezonu zdobył cztery siedmiotysięczniki leżące na terytorium byłego Związku Radzieckiego za co otrzymał wyróżnienie w konkursie Kolosy. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej, mieszka w Poznaniu.

dsz, PHZ

Broad Peak to jeden z trzech ośmiotysięczników niezdobyty zimą. Pozostałe dwa to Nanga Parbat i K2. Polska ekspedycja w składzie: Krzysztof Wielicki (kierownik wyprawy), Adam Bielecki, Tomasz Kowalski, Maciej Berbeka i Artur Małek w ostatnich dniach próbowała dwa razy wejść na szczyt (17 i 18 lutego) W pierwszym udział wzięli Adam Bielecki i Artur Małek. Polscy himalaiści postanowili wejść na

szczyt bezpośrednio z wysokości 7100 m, gdzie założony został obóz trzeci. Dzień wcześniej mieli połączyć się z kierownikiem wyprawy Krzysztofem Wielickim.

Nie udało się. Wielicki nie miał z nimi kontaktu również w dniu ataku. W tym czasie do obozu trzeciego docierała druga para naszych wspinaczy - Maciej

Berbeka i Tomasz Kowalski.



Brak kontaktu z bazą, przerażenie w obozie III

- Po fatalnej, wietrznej nocy podchodzimy z Maćkiem i Karimem z camp 2 w celu dotarcia do obozu 4 (biwak szturmowy na 7400 m - przyp. red). Karim po kilku

długościach liny zdradza zatrucie żołądkowe i wycofuje się na dół, zabezpieczając po drodze camp 2. W tym samym czasie Adam z Arturem ruszają do ataku

dopiero o 7:00 z powodu kompletnej dupówy, która trzyma ich przez pierwsze 3 godziny ataku. Niestety nie łączą się z bazą na umówioną godzinę poprzedniego

wieczoru, ani przez cały dzień ataku co przyprawia kierownika o dodatkowe siwe włosy. Sam jestem przerażony podchodząc do obozu 3 i widząc rozłożony namiot

mimo, że planowanie miał być złożony. Ostatecznie z miejsca obozu 3 dostrzegam dwie postacie jakieś 200m pod przełęczą, a chwilę potem sam zespół łączy się z

bazą i postanawia zawrócić z powodu zbyt później godziny oraz ogólnego zmęczenia. Razem z Maćkiem ruszamy w dobrej pogodzie do depozytu na 7300 i tam

spotykamy się z chłopakami, którzy schodzą do trójki na noc. Wyglądają na zmęczonych i co kilkaset metrów w zejściu muszą siadać, ale ostatecznie są

zadowoleni z progresu. Prawda jest taka, że osiągnęli ok. 7800m, czyli wysokość, której żadna wyprawa od ataku Maćka Berbeki z 1988 nie osiągnęła! - pisze

Kowalski.

Przywołuje tutaj wyprawę z 1988 roku, kiedy Maciej Berbeka wraz z Alek Lwow próbowali zdobyć K2. Z powodu złej pogody zdecydowali się spróbować szutrmować

szczyt Broad Peaka. Lwow zawrócił 100 metrów poniżej przełęczy. Berbeka poszedł sam i wieczorem stanął na, jak się później okazało, niższym szczycie góry,

tzw. Rocky Summits (8035 m). Do szczytu zabrakło mu więc 17 metrów. Aby jednak tam się dostać, potrzebowałby ok. godziny, by przejść drogę eksponowaną

granią.

Zaczynam tracić czucie w palcach. Brniemy do góry w zamieci

- Po kolejnej bezsennej nocy na 7300 budzimy się o 2 w nocy w celu ataku przed planowanym załamaniem pogody po południu. Niestety mały namiocik szturmowy

oraz spowolnione wysokością ruchy powodują, że z namiotu wychodzimy dopiero ok 5 rano. Nadzieja na ślady chłopaków i świetlistą nocą szybko umarła i idziemy

po omacku wybierając drogę zapamiętaną dnia poprzedniego. Dwukrotnie trawersujemy za daleko w lewo, raz wracamy na dobry szlak, drugi raz obchodzimy

szczelinę i łączymy się okrężną drogą. Razem ze wschodzącym słońcem psuje się pogoda. Zaczyna wiać, robi się dużo zimniej. Maciek proponuje zawróć ja

namawiam go na próbę dotarcia do poręczówek nad szczeliną, a może i przełęcz. Po kolejnej godzinie zaczynam tracić czucie w palcach u stóp i rąk, żadne próby

rozgrzania nie pomagają. Brniemy dalej w zamieci do góry, nie mogę dogonić już Maćka, który jest ok 40m przede mną. Tym razem ja daję za wygraną nie widząc

szans na poprawę pogody i samopoczucia. Wołam Maćka i wspólnie decydujemy się na zejście. Jak się później okazało, dokładnie w tym samym miejscu do pierwszy

zespół - dodaje Kowalski


Zejście do bazy

- Schodzimy do camp 4, który zabezpieczamy , a ponieważ jest stosunkowo wcześnie decydujemy się na zejście do bazy. W trójce spotykamy chłopaków, którzy na

nas czekali (dzięki!) i razem ruszamy na dół. Niestety jesteśmy z Maćkiem zupełnie wykończeni i na ostatnich nogach, dochodzimy już pod koniec dnia do bazy.
Podsumowując, obydwa zespoły osiągnęły tę samą wysokość ok 7700-7800m. W pierwszym zespole o braku sukcesu zaważyły trudy dwudniowego podejścia w złej

pogodzie oraz późny atak z niskiego obozu 3. W przypadku drugiego zespołu zaważyła pogoda, która niestety nie sprawdziła się z przewidywaną - kończy

Kowalski.


Co dalej? Polska wyprawa prowadzi działania w Karakorum od kilkudziesięciu dni. Teraz muszą poczekać na kolejne okno pogodowe. Jak zapowiadał Adam Bielecki, do domu wrócą albo po wejściu na szczyt albo wraz z nastaniem wiosny.



dsz, PHZ