Dramat Broad Peak. Wielicki: Nie ma już żadnych szans

Dwaj z czterech zdobywców ośmiotysięcznika Broad Peak - Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski - zaginęli podczas zejścia. - Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma już żadnych szans - powiedział rmf24.pl, kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki.

Krzysztof Wielicki, który w 1980 roku jako pierwszy człowiek zimą wszedł na najwyższy szczyt świata Mount Everest (8848 m), poprowadził tegoroczną ekspedycję na Broad Peak (8051 m).

Początkowo wydawało się, że zakończy się ona sukcesem. Aż czterej himalaiści: Adam Bielecki, Artur Małek, Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, weszli na wierzchołek, po czym natychmiast z powodu zapadających ciemności rozpoczęli odwrót.

Miłośnicy gór wiedzą, że zejście bywa bardziej niebezpieczne niż wejście. Wycieńczeni wysiłkiem i wysokością wspinacze gubią drogę, nie mają sił, by iść.

Tak było też teraz. Z Karakorum nadchodziły coraz gorsze wieści. Tomaszowi Kowalskiemu i Maciejowi Berbece odcinek ze szczytu do przełęczy zamiast dwóch godzin zajął siedem. Było wiadomo, że tylko Bielecki i Małek spędzą noc w obozie IV.

Wielicki: Kowalski był bardzo słabiutki

O 6:30 rano w środę Tomasz ostatni raz skontaktował się z bazą przez radio. Mówił, że podczas zejścia miał trudności z oddychaniem, upadł, spadł mu rak. Wiemy, że Maciej - gwiazda polskiego himalaizmu lat 80., 58-letni ratownik TOPR - schodził niewiele szybciej.

- On był już bardzo słabiutki, on już mówił cicho... Wiedział, że jedyny ratunek to, gdyby udało mu się zejść niżej, na przełęcz. [...] On co chwilę, co pół godziny mówił, że dalej nie pójdzie i że będzie biwakował - mówi rmf24.pl Wielicki.

Ze słów Wielickiego wynika, że Kowalski nie doszedł nawet do przełęczy. Podczas rozmów z kierownikiem wspinacz, co ''pół godziny mówił'', że nie będzie szedł dalej. Chciał biwakować. Był wyziębiony. Wielicki podejrzewa, że Kowalski zaczął schodzić, jednak z powodu osłabienia, mógł spaść.

- Tomek nie doszedł nawet do przełęczy. Został tam wysoko. To już kilkadziesiąt godzin - powiedział Wielicki dla TVN 24.

Wielicki: Macka już nie odnajdziemy

Maciej Berbeka szedł przed Tomaszem Kowalskim. Wielicki wciąż nie wie, dlaczego najstarszy uczestnik ataku szczytowego nie łączył się z nim przez radio. Podczas wejścia kierownik rozmawiał z nim tylko raz, kiedy radio przekazał Berbece jeden z kolegów.

Berbeka po nocy spędzonej na przełęczy zaczął schodzić w kierunku biwaku szturmowego (7400 m).

- Rano zaczął schodzić na naszą stronę. Ale potem - jak zespół ratowniczy był już blisko, w połowie drogi -  [Kowalski] zameldował, że przestał go [Berbekę] widzieć - mówi Wielicki.

Co mogło się z nim stać?

- Dwie rzeczy. Ja myślę, że Maciek był też wyczerpany, bo też bardzo wolno schodził. Tą całą grań 10 godzin, to dużo. Można się potknąć, wpaść do szczeliny albo też polecieć dalej. To jest wysoka ściana, 1800 metrów - dodaje Wielicki.

- Maćka już nie odnajdziemy. Musiał gdzieś spaść - powiedział Wielicki w rozmowie z TVN 24.

Wspinaczka z mroczkami w oczach

Warunki na tych wysokościach, szczególnie zimą, nawet przy dobrej pogodzie, jaka panowała między 4 a 6 marca (Krzysztof Wielicki w SMS-ie z bazy określił ją jako "Hawaje"), są ekstremalne. Nie śnieg, ale jego brak jest zimą wrogiem wspinaczy. Wywiane połacie ścian tworzą lodową skorupę, po której wspinanie się i schodzenie są trudne. Wiatr, czasem ponad 100 km na godzinę, uniemożliwia nie tylko stanie, ale nawet złapanie powietrza. Wspinaczka na tych wysokościach to mozolne przestawianie nóg i łapanie oddechu. Każde potknięcie, wbicie czekana czy skok przez szczelinę są okupione mroczkami przed oczami.

Wrogiem wspinaczy jest też noc. Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski musieli nocować, osłaniając się od zimna w jakimś zagłębieniu i grzejąc własnymi ciałami.

Rano mimo wysiłku pakistańskich tragarzy, którzy ruszyli do góry, nie udało się wypatrzyć Polaków. Najprawdopodobniej wpadli do szczeliny albo, jak przypuszcza Artur Hajzer, himalaista i szef projektu Polski Himalaizm Zimowy: - Z wycieńczenia upadli, usiedli gdzieś za kamieniem i nie dali rady już wstać.

- Musisz umieć ocenić, czy starczy ci siły na zejściu - to bardzo indywidualna sprawa - mówi polska himalaistka Kinga Baranowska, zdobywczyni ośmiu ośmiotysięczników. Czy dwaj wspinacze źle ocenili siły?

Bielecki i Małek bezpieczni

Wczoraj do popołudnia wszyscy mieliśmy jeszcze cień nadziei. Wielicki informował, że Karim Hayyat i Artur Małek będą czekać jeszcze noc na kolegów. Późnym wieczorem na polecenie kierownika zaczęli się jednak wycofywać z obozu IV na 7600 m. Trudno to napisać, ale nie było wyjścia. Heroiczna decyzja Małka, by kolejną noc spędzić w tzw. strefie śmierci, powyżej 7000 m, wydawała się samobójcza. Dziś zamyka się okno pogodowe. Wiatr zamieni się w huragan, temperatura spadnie do minus 40, a może nawet 50 stopni. W tych warunkach wycofanie się z obozu na 7600 m jest niemożliwe.

Wczoraj o 21.30 czasu miejscowego Adam Bielecki, Amin Ullah i Shaheen Baig dotarli do bazy. Oni są już bezpieczni.

Wojciech Fusek, dsz, rmf24.pl, tvn24.pl