Sport.pl

Tomasz Kowalski zaczynał od wyprawy za 50 euro. Potem zwiedził świat [SYLWETKA]

W 2003 roku wyruszył po raz pierwszy autostopem za granicę Polski. To była dwutygodniowa wyprawa za niecałe 50 euro. Rok później zdobył Mont Blanc (4810 m n.p.m.) i stwierdził, że może iść wyżej. Zwiedził sześć kontynentów i wszedł na sześć z dziewięciu szczytów Korony Ziemi, której zdobycie było jego dziecięcym marzeniem. W 2010 roku przeszedł 100-kilometrowy trawers masywu Mount McKinley w USA. 8 marca został uznany za zmarłego podczas zejścia z Broad Peaku.

- Czuję się tak, jakbym był jakimś młodym gitarzystą z początkującego zespołu i zagrał razem z Mickiem Jaggerem i Rolling Stonesami na pełnym stadionie Wembley - to zdanie z ostatniej notki Kowalskiego na blogu. Pisał o wyróżnieniu jakie go spotkało, czyli wspólnej wyprawie z  legendami polskiego himalaizmu - Krzysztofem Wielickim i Maciejem Berbeką. Notka pochodzi z 16 stycznia.

Podróżnik z wyboru

27-letni Tomasz Kowalski pochodzi z Dąbrowy Górniczej, ale od kilku lat mieszkał i pracował w Poznaniu, gdzie ukończył turystykę i rekreację na UAM. Ostatnio prowadził firmę podróżniczą Poco Loco Travel ("poco loco" to po hiszpańsku "trochę szalony"). Organizował trekkingi po Alpach, Andach, Alasce oraz Pamirze i Tien-Shanie.

- Prowadzenie firmy podróżniczej to moje wielkie marzenie - mówił dwa lata temu, gdy na gdyńskich Kolosach odbierał grant im. Andrzeja Zawady na zdobycie w rekordowym czasie pięciu siedmiotysięczników byłego ZSRR. Dostał od prezydenta Gdyni 15 tys. zł. Rok później na tej samej imprezie otrzymał "kolosowe" wyróżnienie w kategorii "Alpinizm". Zdobył ostatecznie cztery szczyty w zaledwie 28 dni. Z piątego zrezygnował ze względów bezpieczeństwa.

Jego firma oprócz wyjazdów nie tylko w górskie rejony organizuje eventy i prowadzi hostel. - To człowiek orkiestra. Niezwykle serdeczny i miły. Choć miał sukcesy w ultramaratonach i górach wysokich, zawsze skromny i uśmiechnięty - opowiadają o nim współpracownicy.

Nikt nie mówi w czasie przeszłym

Nikt nie chce mówić o nim w czasie przeszłym. - Wciąż nie tracimy nadziei, że usłyszymy dobre wieści - mówił jeszcze dwa dni temu Dominik Szmajda, podróżnik, twórca Nagrody im. Kazimierza Nowaka, który znał Tomka bardzo dobrze. Miesiąc temu podczas poznańskiego festiwalu podróżniczego "Na szage" Kowalski połączył się z widzami przez telefon satelitarny. - To był długo oczekiwany moment dla wszystkich uczestników imprezy - mówi Szmajda.

Kowalski nie tylko podróżował i prowadził firmę, ale prowadził też bloga magisterkowalski.blogspot.com.

"Turystyka i Rekreacja na UAM, oprócz ogromnego rozwoju intelektualnego, pozwoliła mi podróżować i rozwijać moją największą pasję jaką są góry i wszystko co z nimi związane. Rodzice i brat zaszczepili we mnie pasję do wspinaczki i podróży dzięki temu od najmłodszych lat miałem do czynienia z turystyką i górami" - czytamy na jego blogu.

Zwiedził świat, ale pozostał wierny górom

W 2003 roku wyruszył po raz pierwszy autostopem za granicę Polski. To była dwutygodniowa wyprawa za niecałe 50 euro. Rok później zdobył Mont Blanc (4810 m n.p.m.) i stwierdził, że może iść wyżej. Zwiedził sześć kontynentów i wszedł na sześć z dziewięciu szczytów Korony Ziemi, której zdobycie było jego dziecięcym marzeniem. W 2010 roku przeszedł 100-kilometrowy trawers masywu Mount McKinley w USA.

Mieszkał kilka miesięcy w Genui, Manchesterze, Nowym Yorku, Brisbane i kanadyjskim Squamish pracując w różnych, czasem dziwnych sytuacjach. - Ale dzięki temu miałem pieniądze na podróże i odkrywanie zakątków - mówił rok temu na Kolosach.

"Zawsze mam plan B i wierzę w szczęśliwe zakończenia. Uważam, że życie polega na spełnianiu marzeń. Swoich i cudzych" - czytamy na jego blogu. Dlatego każdy do końca wierzył, że i na Broad Peaku znalazł jakiś plan B.

Dramatyczne zejście

Na miejscu wyprawą kierował z bazy Krzysztof Wielicki. Pochodzący spod wielkopolskiego Ostrzeszowa himalaista jest zdobywcą Korony Himalajów i Karakorum.

Kowalski schodził ze szczytu jako ostatni. Jego tempo schodzenia, podobnie jak idącego przed nim Berbeki było dramatycznie wolne. Odcinek w dół do przełęczy, który zajmuje ok. godziny, im zajął ponad siedem. Kowalski przez radiotelefon zgłosił Wielickiemu problemy z oddychaniem i ogólne osłabienie. Miał zażyć lekarstwa według zaleceń. Dodatkowo, w czasie schodzenia z przedwierzchołka Rocky Summit wypiął mu się rak. Podczas ostatniej łączności o godz. 6.30 rano czasu lokalnego meldował problemy z jego ponownym zapięciem. To była ostatnia rozmowa z Kowalskim.

- Nadzieja umiera ostatnia - podsumowuje Artur Hajzer, który poprowadził w ramach programu "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" sześć wypraw.

6 marca o 21.30 Adam Bielecki, Amin Ullah i Shaheen Baig dotarli do bazy. - Późnym wieczorem, na polecenie kierownika wyprawy, z obozu IV na 7600 m zaczęli się wycofywać w dół Artur Małek i Karim Hayyat. Są poniżej obozu III na 7000 m - poinformował Artur Hajzer na facebooku Polskiego Himalaizmu Zimowego.

Ostatnia wyprawa

Czwórka Polaków - oprócz Kowalskiego i Berbeki Artur Małek i Adam Bielecki - zdobyła Broad Peak (8047 m n.p.m.) 5 marca ok. godz. 17.30. Małek i Bielecki dotarli do obozu IV (7400 m n.p.m.), Kowalski z Berbeką biwakowali pół kilometra wyżej. Ok. godz. 4 rano polskiego czasu, czyli od godz. 8 czasu lokalnego, urwał się z nimi kontakt.

- Obaj zostali uznani za zaginionych - poinformował wtedy Artur Hajzer, koordynator programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Trzy dni później, późnym popołudniem 8. marca, wyprawa opuściła bazę a dwójka zaginionych została przez jej kierownika uznana za zmarłych.

Tomasz Cylka