Bielecki: Gdy zobaczyłem światło na grani, przeraziłem się

- Dopiero gdy byłem w pobliżu namiotu, zobaczyłem światło czołówki na grani, i wtedy się przeraziłem. Wiedziałem, że coś poszło nie tak, że nikt z kolegów nie powinien znajdować się na grani - opowiadał na konferencji prasowej zdobywca Broad Peaku Adam Bielecki.

Szczegóły ataku [RELACJA UCZESTNIKÓW]

We wtorek odbyła się konferencja prasowa z członkami wyprawy zimowej na Broad Peak. Szczyt, po raz pierwszy zimą, zdobyło czterech polskich alpinistów, ale dwóch z nich nie zeszło. Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka na zawsze pozostali pod szczytem.

- Maciek z Tomkiem byli zespołem drugim - opowiadał Adam Bielecki. -  Była propozycja by zrezygnować przed przedwierzchołkiem, ale nie mieliśmy pretekstu by zawrócić. Była świetna pogoda, mieliśmy czołówki, czuliśmy się dobrze. Prognoza pogody też była dobra - dodał.

Jak przyznał Wielicki, na przełęczy przed szczytem w łączności telefonicznej zasugerował, że jest późno i może lepiej zawrócić. Przekonany do ataku szczytowego był Berbeka. - Zdałem się na jego doświadczenie - przyznał Wielicki.

W trakcie dojścia do szczytu alpiniści rozdzielili się. Pierwszy szczyt zdobył Bielecki. - Na szczycie okazało się że mam przestawioną częstotliwość.

Bielecki: Gdy zobaczyłem czołówkę na grani, przeraziłem się

Schodząc mijał kolegów, rozmawiał z nimi. - Artur powiedział że jest dobrze. Maciek się trochę skrzywił i kiwną głową. Powiedziałem mu, że bardzo się cieszę, że po latach zdobędzie ten szczyt. Z Tomkiem rozmawiałem najdłużej. Powiedział, że czuje się ok - mówił Bielecki.
- W zejściu rozdzieliliśmy się, ale byłem przekonany, że wszyscy są w świetnym stanie, podobnym jak ja. Wiedziałem, że Artur, mój partner, poradzi sobie technicznie z zejściem. Jeszcze za dnia udało mi się pokonać dwie trzecie grani. Dało mi to olbrzymią przewagę w zejściu, bo w ciemnościach tempo zejścia spadło dwukrotnie.
- Na przełęczy widziałem w tyle światło. Domyśliłem się, że za mną idzie Artur. Dopiero gdy byłem w pobliżu namiotu zobaczyłem czołówkę na grani i wtedy się przeraziłem. Wiedziałem, że coś poszło nie tak, że nikt z kolegów nie powinien znajdować się na grani - odpowiadał Bielecki.

Pierwszy zdobywca szczytu przestał widzieć Małka, ale o drugiej w nocy drugi z Polaków dotarł do obozu czwartego.

- Dawałem Arturowi znaki świetlne, gotowałem wodę. Po północy wyszedłem po niego. Nie było mnie w namiocie pół godziny przeszedłem 50 metrów i uznałem, że to nie ma sensu. Zawróciłem. Na szczęście niedługo potem Artur się pojawił, nawiązaliśmy kontakt głosowy i ok 2 może 2:10 doszedł do namiotu. Czekaliśmy razem na Maćka, wierzyliśmy, że w każdym momencie może się pojawić - mówił Bielecki.

Opowieść Małka. "40 minut zmieniałem baterie"

- Podchodziliśmy w trójkę, dopiero krótko przed szczytem przyspieszyłem i odskoczyłem trochę chłopakom - opowiadał Artur Małek.
- Gdy schodziłem, Tomek mi proponował wspólne wejście szczyt i nakręcenie tam filmu. Odpowiedziałem mu, że nie mam siły na to, żeby się nie wygłupiał, szedł na szczyt, robił zdjęcie i schodził jak najszybciej.
- Maciek widząc, że będę będę schodził sam, zaproponował, żebyśmy schodzili w trójkę, związani liną. Odpowiedziałem mu, że jak poczekam na nich choćby 5 minut to zamarznę. Widziałem, że Tomek jest w lepszym stanie fizycznym i psychicznym ode mnie.
Małek wytłumaczył, czemu Bielecki stracił z oczu światło jego czołówki. - Adam przestał mnie widzieć, bo 40 minut zmieniałem baterię z czołówki. Trudno mi to szło, złamałem nóż, potem włożyłem baterie na odwrót - opowiadał.
- Po dojściu do namiotu byłem bardzo zmęczony. 20 minut leżałem w całym ekwipunku, z rakami i czekanem. Potem zaczęliśmy gotować, Adam już wcześniej przygotował mi coś do picia.
- Rano wyszedłem na przeciw chłopakom. Słyszałem w radiu komunikaty z bazy, że Maciek schodzi. Moja wędrówka zakończyła się po 30 minutach, kiedy się odwróciłem i zobaczyłem że stoję tylko 30 metrów od namiotu.

Wielicki: Odbyłem z Kowalskim sześć-siedem rozmów

Kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki zdradził szczegóły schodzenia Kowalskiego ze szczytu. - Pierwszy zgłosił się Tomek. Po godzinie od zdobycia szczytu, powiedział, że nie widzi Maćka. Mówił, że jest bardzo słaby, że nie może iść. Zaniepokoiłem się bardzo - opowiadał Wielicki. -  Przez całą noc odbyłem z nim sześć, siedem rozmów. Mówił, że jest słaby, że nie może iść, porusza się po dwa kroki. Miał pierwsze objawy obrzęku płuc. Człowiek wtedy strasznie się męczy.
Raz mówił, że widzi Maćka, raz nie widzi. Zgłosił mi, że chcą biwakować, w końcu schodził dalej. Prowadziłem go tak do rana, był na grani. Ostatnia łączność z nim była o 6.30 - dodał.

Bielecki: Będę się wspinał dalej

- Nawet przez głowę mi nie przeszło, że mógłbym teraz przestać się wspinać. Musiałbym zanegować prawie całe dotychczasowe życie - wyznał na koniec Adam Bielecki.