Dramatyczne zejście Grazianiego i Benoist'a z Annapurny

Dominik Szczepański
24.11.2013 23:10
A A A
Yannick Graziani i Stephane Benoist

Yannick Graziani i Stephane Benoist (millet.fr)

Historia Yannicka Grazianiego i Stephane'a Benoist'a to opowieść o wyzwaniu, determinacji, woli życia i przyjaźni. Ich powrót ze szczytu Annapurny zamienił się w dramatyczną walkę o przetrwanie. - Byłem tak wycieńczony, że prawie nie mogłem iść. Yannick robił wszystko za mnie. Partnerstwo w górach sprawia, że 1+1 nie równa się 2, tylko 2,5 albo i 3 - mówi Benoist.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

- Odkryłem swoją granicę na tej wysokości. Jeśli zrobię kiedyś coś cięższego, to myślę, że zginę - powiedział po samotnym zdobyciu południowej ściany Annapurny Ueli Steck. Szwajcar wszedł na wierzchołek 9 października.

O wyprawie Stecka więcej przeczytasz tutaj >>

15 dni później jego drogę jako pierwsi powtórzyli dwaj francuscy wspinacze Yannick Graziani i Stephane Benoist, ale wejście to dopiero połowa sukcesu. A może nawet mniej?

Francuskie porachunki

Atak szczytowy Grazianiego i Benoist'a to opowieść o determinacji, walce o życie i partnerstwie. I o Annapurnie (8091 m.n.p.m), bo i o niej trzeba trochę napisać. Co czwarty wspinacz nie wraca tam z ataku szczytowego. Do marca 2012 roku na wierzchołku stanęło 191 osób. 52 zginęły próbując, a dziewięć schodząc.

Historii z Annapurny jest mnóstwo. Wspomnijmy o dwóch, które są kluczowe dla opowieści o wejściu Grazianiego i Benoist'a.

1) Francuzi zdobyli ją jako pierwsi

Wysoką karę zapłacili w 1950 roku pierwsi zdobywcy Annapurny - Maurice Herzog i Louis Lachenal. Było to zresztą pierwsze wejście na ośmiotysięcznik w historii. Przez kilkanaście dni wraz z dwoma kolegami toczyli walkę o życie, bo góra ''nie chciała'' ich wypuścić. Herzog stracił wszystkie palce u rąk i u nóg.

2) Niedokończona francuska droga

Jean-Christophe Lafaille i Pierre Beghin chcieli w 1991 roku wytyczyć nową drogę południową ścianą. Francuzi zawrócili z wysokości 7400 m. Beghin zginął podczas zejścia. Odpadł od ściany zabierając ze sobą większość sprzętu, którego przygotowani na szybkie, lekkie wejście wspinacze i tak nie mieli wiele przy sobie. Lafaille został sam. Jakimś cudem udało mu się zejść bez asekuracji po nachylonej pod kątem 75 stopni ściance. Niżej znalazł 20 metrów cienkiej liny. Zaczął spuszczać się na niej, jednak spadający kamień złamał mu rękę. Bezsilny czekał na pomoc, która nie nadeszła.  Przeleżał dwa dni i resztką sił zmusił się, by zawalczyć o życie. Schodził trzymając linę jedną ręką i pomagając sobie zębami. Wyczerpany dotarł do bazy, gdzie stacjonowała słoweńska wyprawa. Nie wyszli po niego, bo warunki były zbyt trudne. Nie spodziewali się, że wróci i zdążyli już poinformować jego żonę Weronikę o śmierci.

Dokończyć drogę sprzed lat

Yannick Graziani i Stephene Benoist atakowali Annapurnę w przeszłości, ale nie udało im się. Dokończenie drogi Beghina-Lafaille było wielkim marzeniem Grazianiego. Przygotowali więc kolejną wyprawę. Zanim ruszyli do ataku szczytowego drogę jako pierwszy w historii przeszedł Ueli Steck. Zajęło mu to 28 godzin.

- Dla mnie to rewolucja. Ale spodziewałem się. Popatrzcie na to, co Steck wyprawiał w Alpach. Kiedy spotkaliśmy się w Katmandu, wiedziałem, że był gotowy zrobić coś niesamowitego - mówi Benoist w rozmowie planetmountain.com.

Osobiście wolał drogę japońską, która biegnie po prawej stronie trasy, którą w tym roku wybrali.

- Kończy się ona centralnym wierzchołkiem, który jest nieco niższy od głównego. Yannick bardzo chciał dokończyć linię Beghina-Lafaille'a. Jest trochę bardziej himalajska, no bo wiedzie na najwyższy punkt góry. W tym roku zdawała się też być bardziej wykonalną, bo na japońskiej drodze było bardzo krucho, mało tam było lodu - mówi Benoist.

Swój atak szczytowy zaczęli jednak na drodze japońskiej, bo wiedzieli, że znajdą tam dobre miejsce biwakowe. Takie, które chroniłoby ich od spadających skał i lawin.

Pierwszą noc spędzili na wysokości 6050 metrów. Drugą 650 metrów wyżej, w tym samym miejscu, w którym spali trzy lata wcześniej. Pogoda się załamała. Musieli czekać dwa kolejne dni, aż się przejaśni.

Nadszedł piąty dzień ataku szczytowego. Ruszyli w nocy. Benoist ubrał wszystko, co miał, bo było coraz zimniej. Szli szybko. Powyżej 7000 metrów trafili na trudności techniczne.

- To była wspinaczka na poziomie M6 [skala wspinaczki w terenie mieszanym lodowo-skalnym. Więcej o skali można poczytać tutaj >>]. Na takiej wysokości jeszcze nigdy nie wspinałem się w takim terenie - opisuje Benoist.

Po kilku godzinach walki stanęli na małej lodowej półce. 30 metrów niżej zauważyli podobną platformę, która wydawała się lepsza. Tam spędzili noc, na wysokości ok. 7200-7250 metrów.

Nawet walec parowy ma kiedyś dość

Przez dwa kolejne dni pogoda była świetna. Pokonywali kolejne metry.

- Ósmego dnia obudziliśmy się oszołomieni. Wysokością i zimnem. Całą noc wierciliśmy się namiocie. Na ogół Yannick jest szybszy, ale tym razem ja byłem gotowy wcześniej. Wzięliśmy ze sobą tylko jeden plecak i linę. Yannick musiał jeszcze wrócić do namiotu, bo zapomniał okularów - opowiada Benoist.

Czekał na partnera jakieś 150 metrów od szczytu. Teren był nieprzyjemny. - Idealny, żeby źle stanąć i spaść.

Wspinali się ostrożnie, Graziani zaproponował, żeby związać się liną. Być może czuł zmęczenie, bo miał w nogach więcej niż jego partner. Spacer tam i z powrotem tak blisko szczytu zdarza się niezmiernie rzadko. Dotąd szli zgodnie, równym tempem, ale Graziani zaczął słabnąć.

- Tam, wysoko, jestem metodyczny. Przeczytałem książki Reinholda Messnera i staram się wspinać jak on. Liczę kroki, staram się odzyskać oddech i idę dalej. Jak walec parowy. [Benoist użył wyrażenia "streamroller", które służy również do opisu osoby, której nic nie jest w stanie zatrzymać, bo pokonuje wszystkie przeszkody spotkane po drodze - przyp. red] - mówi wspinacz.

Do szczytu zostało 50-70 metrów. Benoist, który przecierał tego dnia drogę, miał dość. Graziani poszedł pierwszy. Na szczyt doszli ok. 11.

- Było dziwnie. Są trzy wzniesienia. Nie wiedzieliśmy, które jest najwyżej, więc weszliśmy na dwa z nich, spędziliśmy tam 20 minut i zaczęliśmy schodzić. Yannick kończył tego dnia 40 lat. Podczas zejścia związał się ze mną, chociaż tam jest taki fragment, który lepiej iść samemu - mówi Benoist.

Obecność

- Obaj czuliśmy, że ktoś jest tam z nami. Yannick nawet do kogoś mówił. Byliśmy na wysokości 7550-7600 metrów, wyżej niż się spodziewaliśmy o tej porze. Musiałem odpocząć. Yannick chciał schodzić po ciemku, ale nasze baterie w latarkach czołowych wyczerpały się - opowiada Benoist.

Musieli biwakować. Przez noc niewiele odpoczęli. Graziani przygotowywał liny do zjazdów. Szukali lodu, żeby punkt zjazdowy był stabilniejszy. Przez cały dzień udało im się dotrzeć do wysokości 6700 metrów. Zagotowali śnieg i odpoczęli godzinę. Mieli już ruszać, ale nadeszła noc.

- Była piękna. Księżyc świecił jasno. Mogliśmy iść, ale ja byłem wykończony. Miałem infekcję płuc, ale nie wiedziałem o tym. Nie mogłem zrozumieć, co się ze mną dzieje. Oddech miałem dość klarowny. Nie miałem objawów obrzęku - tłumaczy Benoist.

O 3:00 rozpoczęli kolejne zjazdy na linach. Aby przygotować liny Graziani użył światła kuchenki gazowej.

- Usiedliśmy później. Tak zastało nas słońce. Yannick zrobił wszystko. Byłem kompletnie wyczerpany. Zabrał nawet część moich rzeczy. Ja starałem się tylko nie stracić równowagi i nie spaść. Yannickowi udało się wezwać helikopter.

Do pokonania mieli jeszcze czterometrową szczelinę lodową. Musieli skakać. Graziani obił sobie żebra. Cało wrócili do bazy.

1+1=3

- Co dało ci siłę, by przetrwać tyle dni i iść dalej? - pyta dziennikarz planetmountain.com

- Nasza determinacja. I partnerstwo. Z Yannickiem znamy się od dziecka. Jest niezwykle doświadczony. Ma niesamowity instynkt i wolę przetrwania. Zdecydowałem, że pozwolę mu decydować i nie żałuję. Zejście było najtrudniejszą częścią wyprawy. To był test. Cały czas wątpiliśmy. W każdej chwili mogliśmy popełnić błąd. Kiedy szliśmy w górę, to wydawało mi się, że wszystko idzie świetnie. To taka iluzja. 200 metrów przed szczytem jesteś zaczarowany. To miejsce fatalnego przyciągania. Wspinasz się już osiem dni i nie chcesz odpuścić. W partnerstwo we wspinaczce wierzę coraz bardziej. Jeśli zespół działa dobrze, to 1+1 nie równa się 2, tylko 2,5 a może nawet 3. Rodzi się coś wyjątkowego. - odpowiedział Benoist.

Helikopter zabrał wspinaczy do szpitala w Katmandu. Benoist odmroził sobie mocno palce.

- Czas mija powoli przez te odmrożenia. Patrzę na nie i czekam, aż tkanka zacznie się odradzać. Jestem trochę zmęczony tymi czarnymi rzeczami na końcach palców. Muszę poczekać jeszcze 15 dni. Zobaczymy, jak się będą miały sprawy, czy operacja będzie potrzebna. Ale z drugiej strony jestem bardzo zadowolony z tego, czego dokonaliśmy. Cena była wysoka. Ale to część gry - kończy Benoist.

Yannick Graziani jest przewodnikiem górskim z Chamonix. Jego wcześniejsze sukcesy to pierwsze wejście na północny wierzchołek Chomolonzo (ok. 7200 m.) w 2005 r. (nominacja do ''Złotego Czekana'', wejścia na Pumari Chhish (7350 m.) w 2007r., Nemjung południową ścianą (7140 m.) w 2009, Makalu południowo-wschodnią granią w 2004.

Stephane Benoist jest przewodnikiem górskim z Nicei. Jego wcześniejsze sukcesy to zdobycie Thalay Sagar (6904 m.) od północy (nominacja do "Złotego Czekana w 2003 r.). W 2008 roku poprowadził nową drogę południową ścianą Nuputse (nominacja do ''Złotego Czekana''

Dominik Szczepański

Komentarze (25)
Zaloguj się
  • cromio

    Oceniono 318 razy 292

    Dziękuję Gazecie za tekst, dziękuję himalaistom za filozofię wspinania. Już myślałem, że cały wysokogórski światek ogarnięty jest tylko szaleństwem wyników a dawna górska solidarność, odpowiedzialność i przyjaźń odeszły w niepamięć.

  • tece92a

    Oceniono 215 razy 71

    Miałem kota, który z lubością wdrapywał się na drzewa a potem wrzeszczał na całą okolicę,żeby go zdejmować.

  • xerathus

    Oceniono 74 razy 34

    Skończcie już z tym wallenrodyzmem himalajskim. Ten dziennikarskie pierdy o heroizmie, przyjaźni to tanie kawałki dla żądnej sensacji gawiedzi. Media chętnie żerują na trupach wspinaczy.
    Polecam lekturę "Ucieczka na szczyt". Historia himalaizmu i to nie tylko polskiego, to pasmo bezpardonowej rywalizacji, wyrzeczeń, strachu i goryczy.
    I zostawcie ludzi z Broad Peak w spokoju, bo gó... wiecie. Kukuczka zaliczył 4 ośmiotysięczniki z czterema trupami na koncie, Rutkiewicz zostawiłam troje ludzi na K2. Koniec końców ją też zostawiono na Kanczendzondze. Messner zostawił brata....
    Himalaje to nie hollywoodzki film katastroficzny ze szczęśliwym zakończeniem.
    Czas się obudzić!

  • konsulhonorowypernambuco

    Oceniono 260 razy 24

    Zastanawiam się, co o tym wydarzeniu myśli Adam Bielecki. Mniemam, że będąc tam zamiast Yannicka Grazianiego wróciłby sam.

  • arhangel

    Oceniono 16 razy 6

    Polski himalaizm
    odzwierciedla niestety filozofię i nastawienie polskiego społeczeństwa

    żadne pióro czy kamera nie oddadzą tego lepiej

    kto i kiedy uczynił nas takimi ?

  • badjuk

    Oceniono 4 razy 4

    'steamroller', nie 'streamroller'

  • malwina666

    Oceniono 2 razy 0

    Fajny tekst, ale autor ma problem z podstawami statystyki. Jeśli na szczyt weszło 191 osób, a 61 zginęło w trakcie ataku szczytowego lub schodząc ze szczytu, to nie znaczy, że "co czwarty wspinacz nie wraca tam z ataku szczytowego"!!

    61 trzeba podzielić nie tylko przez liczbę osób, które zdobyły szczyt i przeżyły, zdobyły szczyt i zginęły lub zginęły w trakcie ataku, ale też przez dodaną do tego (o wiele większą) liczbę osób, które zaatakowały szczyt, nie zdobyły go i nie zginęły!

  • roy-cohn

    Oceniono 123 razy -3

    Bielecki - ucz się.

    Chociaż chyba już za późno...

  • leszekzgd

    Oceniono 235 razy -3

    A co na to nasz "miszcz" Bielecki - specjalista w zostawianiu ludzi na górze?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX