Sport.pl

Nanga Parbat. Simone Moro: Wejście na grań Mazeno będzie kluczowym momentem

- Co z tego, że na razie idzie sprawnie, skoro nie wiemy, co nas spotka powyżej 7000 metrów? Do tej pory wszystko szło idealnie, ale jeśli nasza droga jest tam zlodowaciała, to sprawy się skomplikują - mówi off.sport.pl Simone Moro, który od kilku tygodni atakuje Nanga Parbat.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Ekspedycja Simone Moro przybyła pod Nanga Parbat w ostatnich dniach 2013 roku. Oprócz Włocha, który jako pierwszy wszedł wcześniej na trzy zimowe szczyty pod górę w Pakistanie przyjechał też Niemiec David Goettler i Włoch Emilio Previtali. Ten drugi nie będzie atakował szczytu - na ekspedycji jest odpowiedzialny za sprawy medialne i komunikację.

Pod Nangą jest jeszcze jedna wyprawa - to Polacy: Tomasz Mackiewicz, Jacek Teler, Paweł Dunaj i Michał Obrycki. Było ich więcej, ale do domów wrócili już Marek Klonowski i Michał Dzikowski.

Obie wyprawy osiągnęły już wysokość powyżej 6000 metrów. Teraz czekają w bazie w Lattabo na wysokości 3500 metrów, aż pogoda się poprawi.

Postępy wypraw śledź w naszej relacji na żywo >>

Dominik Szczepański: Jak się mają sprawy na Nanga Parbat?

Simone Moro: Spędzamy czas w bazie, bo zaczęły się mocne opady śniegu. To już drugi dzień jak sypie. Przybyło 10-15 centymetrów świeżego śniegu. Jednak nie narzekamy, bo to czas, w którym możemy odpocząć od wspinaczki. Pogoda nie poprawi się przez najbliższe dni. Wczoraj zjedliśmy obiad z członkami polskiej wyprawy, a dziś zaprosili nas w miejsce, gdzie spróbujemy zrobić prowizoryczną saunę.

W tym roku po raz pierwszy na poważnie wspinasz się od strony Rupal na drodze Schella. Jak ci się tutaj podoba? Jak porównujesz to miejsce z drogami od strony Diamir?

Bardzo spodobała mi się ta droga, bo wygląda bezpiecznie jak na zimowe warunki. Jednocześnie jednak jest niesamowicie długa. Myślę, że to chyba najdłuższa trasa na szczyt Nanga Parbat. 65-70 proc. drogi znajduje się po stronie Rupal. Pozostała część trasy, która wiedzie na szczyt, znajduje się po stronie Diamir. To bardzo kompleksowa droga.

A trudna?

Do tej pory nawet nie. W tym roku jest niezwykle sucho, o wiele bardziej niż rok temu. Tomek Mackiewicz powiedział, że rok temu z obozu 2 był w stanie po prostu dojść do grani Mazeno, bez większych trudności. W tym roku musieliśmy zaporęczować część tej samej drogi, bo z powodu twardego lodu była bardzo techniczna. Ale nawet pomimo tego nie jest bardzo ciężko, podoba mi się tutaj.

Jak wysoko dotarliście przed załamaniem pogody?

To było ok. 6350-6400 metrów. Byliśmy już bardzo blisko grani Mazeno. Grań łączy się z naszą drogą w najniższym punkcie na wysokości ok. 6800 metrów, ale my pewnie spróbujemy wejść na nią nieco wyżej, na wysokości 6900-7000 metrów. To więc całkiem prawdopodobne, że jednego dnia spróbujemy dojść z naszego obozu 2 na grań Mazeno. To będzie kluczowy moment.

Dlaczego?

Jesteśmy bardzo ciekawi jak wygląda druga strona góry. Kiedy tam dojdziemy, to przekonamy się czy dalsza droga to wspinaczka w śniegu czy w lodzie. Spodziewamy się śniegu. Jeśli tak będzie, to powinno być łatwiej. Droga będzie dłuższa, ale łatwiejsza. Jeśli powyżej 7000 metrów droga zlodowaciała, to sprawy się skomplikują.

Czyli wasze kolejne wyjście w górę nie przerodzi się jeszcze w atak szczytowy?

Na pewno nie. Przynajmniej jeszcze jeden raz musimy wyjść do góry i wrócić do bazy zanim pomyślimy o ataku szczytowym. Ocena stanu warunków na grani Mazeno jest szalenie ważna. Musimy tam założyć bezpieczny obóz, spędzić w nim jedną czy dwie noce, złapać trochę aklimatyzacji na tej wysokości. Kiedy wrócimy, to będziemy wyglądać dobrej pogody, która powoli nam spróbować zdobyć górę. Nie spieszymy się. Jak na razie wszystko idzie idealnie. Teraz mamy wprawdzie duże opady śniegu, ale myślę, że to minie.

Przed wyjazdem mówiłeś, że macie 10-15 proc. szans na zdobycie szczytu. Co powiesz teraz, po trzech tygodniach spędzonych na Nanga Parbat?

Powiem, że szanse są na poziomie 10-15 proc. Jeszcze wczoraj może bym dał się ponieść optymizmowi, ale skoro teraz mocno sypie, to będzie trochę trudniej, bo zasypie naszą drogę w górę. Trzymam się mojej oceny szans sprzed wyprawy, bo co z tego, że nawet dość szybko jesteśmy w stanie dotrzeć do grani na 7000 metrów, jeśli za nią wszystko jest jeszcze tej zimy nieodkryte i spowite tajemnicą?

Co zapamiętasz z tej wyprawy? Jest w niej coś wyjątkowego?

Dla mnie ważne jest to, że po raz pierwszy pojechałem na wyprawę z Davidem Goettlerem i Emilio Previtalim. Znam ich od dawna, zwłaszcza Emilia, ale w takim miejscu jeszcze z nimi nie byłem. Cieszę się z tego towarzystwa, bo okazało się, że nie ma między nami presji, świetnie się rozumiemy, a to wprawia nas w dobre humory. A druga ważna rzecz to sąsiedztwo polskiej ekspedycji.

Jak się dogadujecie z Polakami?

Współpraca idzie idealnie. Widzimy się codziennie, staramy się pomagać sobie na górze. Chcemy też wspinać się razem. Nie ma między nami żadnej konkurencji. Wiemy, że mamy większe szanse zdobyć Nanga Parbat jeśli będziemy działać wspólnie.

Istnieje plan, że będziecie się wspólnie wspinać?

To w zasadzie już się dzieje. Zaczynamy wspinaczkę mniej więcej w tej samej chwili, wpinamy się do lin na przemian. Zanim zaczęliśmy się wspinać, Polacy zrobili za nas masę dobrej roboty poręczując kilka kilometrów drogi. Teraz my mogliśmy się trochę odwdzięczyć, kiedy zabezpieczyliśmy trudną technicznie część powyżej 6000 metrów. W mojej ekspedycji tak naprawdę wspinają się dwie osoby. W polskiej dwie-trzy, więc w sumie jest nas piątka, która może prowadzić drogę dalej. Taka cyfra jest charakterystyczna dla jednej letniej wyprawy. Jest nas mało, więc jakoś razem musimy sobie poradzić z tą górą.

Zamarznięty świat Nanga Parbat. Zobacz zdjęcia z wyprawy >>