Sport.pl

Adam Bielecki wraca do zimowego himalaizmu. "Dojrzałem, by pojechać na K2 w zimie''

[WYWIAD ZOSTAŁ PRZEPROWADZONY PRZED ODWOŁANIEM WYPRAWY] Trzech wspinaczy jedzie w zimie na górę, która do tej pory opierała się wielkim ekspedycjom. W dodatku spróbują poprowadzić nową drogę na szczyt K2. - Mamy w tym swój plan. Góra stanie się naszym przyjacielem - mówi Adam Bielecki, który wraca do zimowego himalaizmu dwa lata po zdobyciu Broad Peaku.

[WYWIAD ZOSTAŁ PRZEPROWADZONY PRZED ODWOŁANIEM WYPRAWY. WIĘCEJ SZCZEGÓŁÓW POD TYM LINKIEM - KLIK]

Denis Urubko, Adam Bielecki i Alex Txikon tej zimy spróbują jako pierwsi w historii wejść zimą na K2 (8611 m.n.p.m.). To jeden z dwóch ośmiotysięczników (obok Nanga Parbat), który o tej porze roku nie został jeszcze zdobyty.

***

Dominik Szczepański: Wracasz do zimowego himalaizmu po przerwie. Czujesz, że po wydarzeniach na Broad Peaku, jesteś na cenzurowanym?

Adam Bielecki: Przez kogo?

Przez środowisko wspinaczy i wszystkich tych, którzy zaangażowali się emocjonalnie w wydarzenia na Broad Peaku. Jedni cię wspierają, drudzy najchętniej wydrapaliby ci oczy, bo uważają, że zostawiłeś kolegów na śmierć. Będą patrzeć ci na ręce.

- Skupiam się na celach wspinaczkowych. Oczywiście nie jest dla mnie miłe, gdy czytam złe opinie na swój temat. Ale to nigdy nie jest wyrażane wprost, tylko zawsze za pośrednictwem mediów, często anonimowo. Z drugiej strony za pośrednictwem tych samych mediów dostaję wiele wyrazów sympatii.

To już chyba tak jest, że na krytykę nie naraża się tylko ten, kto nic nie robi. Dziś wydaje nam się niepojęte, że Artur Hajzer mógł być krytykowany. A był. Myślę, że musi minąć jeszcze trochę czasu, by wydarzenia na i wokół Broad Peaku ocenić obiektywnie.

Obiektywna ocena nie była do tej pory możliwa? Żółć się wylała tylko dlatego, że polskie piekiełko potrzebowało kozła ofiarnego?

- To, co działo się po wyprawie na Broad Peak, jest dla mnie objawem szerszego zjawiska. Środowisko wspinaczy nie jest wyjątkowe. Tak samo jak wszędzie pojawiają się u nas zawiść, rywalizacja, urażone ambicje, sympatie i antypatie. I po Broad Peaku to wszystko się zmaterializowało. Uważam, że jeśli chodzi o środowisko wspinaczkowe, to temat został zamknięty. Wszyscy jesteśmy bogatsi o to doświadczenie. Mam nadzieję, że wszystkie strony wyciągnęły wnioski i będziemy dzięki nim mądrzejsi.

Nie czujesz ostracyzmu? Nie odsunięto cię na bok?

- Tak naprawdę chyba nigdy go nie poczułem. Od powrotu z wyprawy na Broad Peak nie miałem ani jednej nieprzyjemnej sytuacji. Nikt mi nigdy nie powiedział w twarz, że jego zdaniem, jestem winny. Mam stały kontakt z Januszem Majerem, który przejął po Arturze Hajzerze program Polskiego Himalaizmu Zimowego. Rozmawiam z Jurkiem Natkańskim, prezesem Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, która wspiera moją wyprawę na K2. Jestem w dobrej relacji z Januszem Gołębiem, moim partnerem z zimowej wyprawy na Gaszerbruma I, z którym zdobyłem wtedy ten szczyt w zimie. Mam stały kontakt z Arturem Małkiem, z którym zdobyliśmy Broad Peak. Czuję się więc częścią środowiska. Dostałem oficjalne zaproszenie na udział w przyszłorocznej polskiej wyprawie na K2, która odbędzie się, jeśli w tym roku nam się nie uda.

Mam nadzieję, że wszystko, co złe, mamy już za sobą. Nie zostałem wyeliminowany z polskiego światka wspinaczkowego. Poza tym nigdy tego nie chciałem.

Ile macie procent szans na wejście na K2?

- Gdy z Januszem Gołębiem i Arturem Hajzerem jechaliśmy na Gaszerbuma I, to dawano nam 5 proc. szans na pierwsze zimowe wejście. A nam się udało. Teraz na K2 mamy może ze 3 proc., ale dla mnie to nic nie znaczy.

Bo?

- A co to oznacza, że mamy kilka procent szans? Albo wejdziemy albo nie. Innego rozwiązania nie ma. Chcemy się przekonać czy rzeczywiście to K2 w zimie jest takie straszne i niemożliwe do zdobycia, jak mówią. A może się okaże, że jest w naszym zasięgu łatwiejsze, niż myślimy? Na pewno chcemy zrobić to wszystko bezpiecznie, bo żadna góra nie jest warta nawet paznokcia.

Nawet K2, jeden z dwóch niezdobytych zimą ośmiotysięczników? To nie jest coś więcej niż - jak mawiał Artur Hajzer - kupa kamieni?

- Artur patrzył na góry zadaniowo, były dla niego wyzwaniami sportowymi. Czegoś więcej doszukiwał się w nich Wojtek Kurtyka, dla którego są to miejsca przepełnione mistyką. Jedno podejście nie wyklucza drugiego. Wejście na K2 jest dla mnie wyzwaniem sportowym, ale też szansą na niesamowitą przygodę w dobrym towarzystwie i niezwykłym miejscu.

K2 stało się dla mnie symbolem i kierunkiem, do którego od wielu lat konsekwentnie zmierzam. Myśl o tej górze zrodziła się wśród nieśmiałych planów, a potem nabierała kształtów wraz z kolejnymi wyprawami. I w końcu jestem już blisko, by pojechać tam zimą. Udało się mi się zebrać wystarczające doświadczenie, zapewnić wsparcie finansowe, znaleźć dobry, mocny zespół. Dojrzałem, by pojechać na K2 w zimie.

Jeśli nam się uda, a tej zimy padnie również Nanga Parbat, to zamkniemy epokę eksploracji ośmiotysięczników. Najpierw, między 1950 a 1964 roku, dokonywane były pierwsze wejścia na ośmiotysięczniki. Od 1980 roku trwa okres pierwszych zimowych wejść. Chcę, by ostatnie akcenty, należały w nim do Polaków, bo czuję się mocno związany z naszymi wyprawami z lat 80.

K2 to cel ostateczny himalaizmu?

- We wspinaniu jest nieskończona możliwość wymyślania kolejnych celów. Przecież trzeba jeszcze wejść w zimie na Mount Everest bez tlenu, czy na szereg ośmiotysięcznych szczytów, które nie należą do Korony Himalajów i Karakorum - chociażby na Lhotse Shar, Lhotse Middle czy Yalung Kang. One nie mają jeszcze zimowych wejść. Ale oczywiście wspinanie nie ogranicza się tylko do wejść zimowych.

Zima jest bardzo męcząca. Nie wyobrażam sobie, by co roku jechać na zimową wyprawę. Chciałbym więc zakończyć to zimowe wspinanie i skupić się na bardziej technicznym i przyjemnym. Zima jest bardzo satysfakcjonująca, ale piekielnie wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Wiem, że póki K2 i Nanga Parbat nie zostaną o tej porze roku zdobyte, to nie zaznam spokoju. I to ze względu na swoje ambicje, ale też z powodu oczekiwań sympatyków wspinania.

Skoro kończy się eksploracja w górach najwyższych, to jesteście już tylko sportowcami?

- Zależy od podejścia.

Jakie jest twoje?

- Czuję się i sportowcem i eksploratorem, bo odkrywanie jest dla mnie bardzo ważne. Spośród moich pięciu wypraw na ośmiotysięczniki tylko na K2 nie byliśmy jedyną wyprawą działającą na górze. I to nie jest przypadek, tylko moje świadome, konsekwentne działanie. Marzę, by wrócić na Kanczendzongę, ale nie na wierzchołek główny, tylko południowy. Tam piętrzy się ściana Talung, która nie ma jeszcze przejścia.

Kręci mnie jeżdżenie w mało znane łańcuchy górskie, szukanie nowych dróg, sprawdzanie tego, co kryje się za rogiem.

A to nie jest tak, że podcinasz gałąź, na której siedzisz? Jeśli skończy się himalaizm zimowy, z którym jesteś przede wszystkim kojarzony, to nie będzie ci trudniej znaleźć pieniędzy na kolejne wyprawy? Co, kiedy skończą się symbole takie jak np. zimowe K2? Jak wytłumaczysz ludziom, że warto cię wspierać finansowo?

- Zbieranie pieniędzy nie jest moją motywacją. Priorytetem są cele sportowe. Jak już się uda z zimowym K2, to będę się martwił, jak znaleźć pieniądze na kolejne wyprawy. Nie zamierzam robić kroku w tył. Staram się, by kolejne projekty były interesujące i ambitne dla mnie, ale też dla ludzi.

Jest różnica między celem ambitnym, a atrakcyjnym.

- Nie chcę poddawać się takiemu rozróżnieniu. Tak konstruuje swoje umowy ze sponsorami, żeby zachować pełną wolność w doborze kolejnych celów. To moja prywatna sprawa.

Ilu was jedzie na K2?

-- Trzech: Alex Txikon, Denis Urubko i ja.

Miało być pięciu. Co z Artiomem Braunem i Dimitrijem Siniewem, którzy byli z wami na wiosennej wyprawie na Kanczendzondze?

- Ja, Denis i Alex jesteśmy zawodowymi wspinaczami, ale nawet dla nas zebranie funduszy było trudne. Artiom i Dima mają normalne prace, dla nich kolejny wyjazd na kilka miesięcy to po prostu zbyt wiele. Musieliby wziąć kolejny bezpłatny urlop i wydać swoje pieniądze, których najzwyczajniej nie mają.

Dla nas to smutne, bo pięcioosobowy skład sprawdził się na Kanczendzondze. Byliśmy skuteczni, ale też mieliśmy dużo radości ze swojego towarzystwa. Chcieliśmy powtórzyć to doświadczenie, ale brutalna rzeczywistość sprawiła, że chłopcy odmówili udziału w wyprawie.

To po co była zbiórka, którą założył Denis Urubko? Pisał, że pieniądze potrzebne są właśnie dla Brauna i Siniewa. Zebrał ponad 11 tysięcy dolarów.

- To był pierwotny cel. Po wycofaniu się chłopców wciąż brakuje nam pieniędzy na logistykę wyprawy i na to pójdą dolary ze zbiórki. Chcemy dosponsorować kilka osób, które pomogą nam pod K2 m.in. chłopaka, który będzie nam gotował w wysuniętej bazie, na wysokości 4600 metrów, w miejscu tzw. bazy włoskiej. Tragarze dojdą tylko do wysokości 3800 metrów. Siłą rzeczy będziemy musieli przetransportować sporo sprzętu wyżej.

Na ten sam problem z logistyką natrafiła wyprawa Krzyśka Wielickiego w 2002 roku. Do Karakorum poleciał wtedy duży zespół z Polski. Wiele osób znalazło się tam tylko po to, by nosić bagaże na tym pierwszym odcinku. My nie dysponujemy takimi środkami jak tamta ekspedycja, jesteśmy małym zespołem. Na szczęście kilkanaście osób z Polski i Kraju Basków zaoferowało nam pomoc. Pod K2 jadą głównie za swoje pieniądze, by pomóc nam przenieść sprzęt do bazy wysuniętej.

Ekspedycja Andrzeja Zawady w 1987 roku liczyła 24 alpinistów. Wyprawa Wielickiego z 2002 roku 14. Rosjanie w 2011 roku pojechali w 11 osób. Was jest trzech, w dodatku wybraliście najdłuższą drogę na szczyt. Jak chcecie sobie z tym poradzić?

- Przekonałem się, że mały zespół zyskuje na sile. Kilka przykładów. 2009 r., Makalu, pierwsze zimowe wejście, ekspedycja dwuusobowa, Simone Moro i Denis Urubko. 2011 rok, Gaszerbrum II, pierwsze zimowe wejście, trzy osoby, Simone Moro, Denis Urubko i Cory Richards. 2011 rok, Gaszerbrum I, pierwsze zimowe wejście, tak naprawdę trzy osoby, Janusz Gołąb i Adam Bielecki, którzy weszli na szczyt i pomagający im Artur Hajzer. Plus dwójka tragarzy wysokogórskich, którzy działali w niższych partiach.

Przekonałem się również, że jak grupa jest duża, to często pojawia się kombinowanie: jak się ustawić, kto pójdzie pierwszy do szczytu, kto przetoruje drogę, a może lepiej iść w drugiej turze? A kiedy zespół jest mały, to sprawa jest prosta: każdy musi dać z siebie 100 proc., bo inaczej nie ma szans na sukces. Widziałem to na Kanczendzondze, kiedy wydawało się, że to wspinaczka trudną technicznie drogą, na której trzeba powiesić tysiące metrów lin poręczowych, może nas przerosnąć. Wyzwanie wyzwoliło w nas dodatkową energię. Chcieliśmy pokazać, że potrafimy. Dostaliśmy emocjonalnego kopa i udało się. Tak to działa w małym zespole i ja wierzę w tę synergię.

Nanga Parbat była atakowana w zimie 21 razy, a K2 tylko trzy. Z czego wynika ta dysproporcja?

- Zorganizowanie zimowej wyprawy na Nanga Parbat jest dużo łatwiejsze logistycznie. Trekking jest krótki, baza jest nisko położona. Samo dostanie się pod K2 zimą jest wyprawą samą w sobie.

Poza tym K2 to olbrzymie wyzwaniem wspinaczkowym, bo jest o 600 metrów wyższe od Broad Peaka i Gaszerbrumów I i II, a 480 m. od Nanga Parbat. Na szczyt nie da się tak po prostu wejść, czyli dochodzi dodatkowy problem - trudności techniczne na bardzo dużej wysokości.

A co się przekonało, żeby jechać na K2 tej zimy?

- Pierwotnie szykowaliśmy się na polską wyprawę na K2. Miała być gotowa w tym roku, byłem gotowy, by pojechać. Denis też dostał zaproszenie i był gotowy. Kiedy dowiedzieliśmy się, że polska wyprawa odbędzie się dopiero za rok, to postanowiliśmy pojechać sami.

Rok temu, gdy pytano cię o wyprawę na K2, mówiłeś, że nie bardzo wierzysz w jej sens. I jeżeli nie pojawi się jakieś rewolucyjne rozwiązanie w sprzęcie albo bardzo dobra strategia, to nie pojedziesz. Co się zmieniło?

- Przekonał mnie wybór drogi.

Urubko wymyślił, że będzie się wspinać na północno-wschodniej grani. Atakujecie więc niezdobyty zimą ośmiotysięcznik w trójkę i w dodatku drogą, której nikt jeszcze nie próbował.

- To, że chcemy wchodzić nową drogą nie wynika z tego, że samo zimowe wejście na K2 to dla nas za mało. Wydaje mi się, że w tym wyborze drogi tkwi klucz do sukcesu.

Jakie są plusy waszego wyboru?

- Nasza droga prawie na całej długości jest perfekcyjnie osłonięta od wiatru. Samo K2 będzie nas od niego chronić. Najczęściej wiatry wieją tam z zachodu, czasami ze wschodu, rzadziej z południa, a od północy prawie nigdy. My, wspinając się od północnego-wschodu, będziemy mieć K2 w kierunku południowo-zachodnim. Góra stanie się więc naszym przyjacielem, który zatrzyma wiatry swoim cielskiem.

Druga sprawa - to chyba jedyna droga na K2, która ma charakter śnieżno-lodowy. Zimą preferujemy taki teren, bo wspinanie w skale wymaga większej precyzji manualnej. W momencie, kiedy mamy trzy pary rękawiczek, a na to zakładamy puchowe łapawice, to mamy ograniczoną możliwość manipulacji. Łapanie się krawądek skalnych jest problemem, zakładanie asekuracji z kości i friendów też. A czekan możemy złapać nawet w grubej łapawicy, jesteśmy też w niej w stanie wkręcić śrubę lodową. Wspinając się w takim terenie, jesteśmy mniej narażeni na odmrożenia. Dodatkowo postęp w technice wspinania w lodzie jest niesamowity: pojawiły się czekany o nowych kształtach i raki typu mono-point, które sprawiają, że czujemy się lodzie bardzo pewnie i takie śnieżno-lodowe drogi są dla nas komfortowymi ciągami komunikacyjnymi na górę.

Kolejna rzecz: teren śnieżno-lodowy umożliwia budowanie jam. Jedną z bardziej upierdliwych rzeczy we wspinaniu zimowym jest rozbijanie namiotów, bo musimy to robić za każdym razem na nowo. Za każdym razem, gdy wychodzimy z obozu, musimy namioty złożyć i zabezpieczyć. To wymaga ściągania łapawic, wiąże się z ryzykiem odmrożeń, zajmuje dużo czasu i jest wyczerpujące energetycznie. Jamę lodową kopie się raz. To dużo pracy, ale ona już tam zostaje. Co najwyżej trzeba odkopywać wejście. Jama jest cieplejsza, bezpieczniejsza, osłonięta od wiatru, zdecydowanie bardziej komfortowa niż namiot. Ja i Denis mamy doświadczenie w kopaniu takich jam.

Jaki macie plan na ostatni fragment drogi, tuż przed szczytem, gdy wyjdziecie z osłoniętego terenu?

- Chcemy go zobaczyć na własne oczy. Wtedy zdecydujemy. Pierwszy wariant to po prostu pójście do góry, na wprost. Trochę na prawo od linii, którą wybrali Polacy z wyprawy Janusza Kurczaba z 1976 roku. Do ataku szczytowego poszli wtedy Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż. Wydaje się, że tam jest kuluar śnieżno-lodowy, którym będzie można przejść do szczytu. W ostateczności możemy zrobić to, co Amerykanie w 1978 roku, czyli trawers pod serakiem do ''szyjki od butelki'''[źleb Bottleneck, który prowadzi na szczyt - przyp. dsz] i tamtędy wejść na wierzchołek. Znam ten teren, wiem, że to się da zrobić. Wszystko będzie zależało od ilości śniegu, lodu, trudności technicznych. Tak naprawdę nikt nie wie, co tam na nas czeka.

Idealnym rozwiązaniem byłoby iść na wprost, każdy z nas jest wspinaczem technicznym i tych trudności się nie boimy. Na krótkim odcinku jesteśmy w stanie się przebić na tej wysokości nawet przez kilkudziesięciometrową barierę skalną

Ekspedycja Zawady z 1987 roku miała tylko 10 dni dobrej pogody w ciągu trzech miesięcy działalności pod K2. Karakorum jest znane z tego, że ciężko tam nawet o kilka dni okna pogodowego. Wy wybraliście najdłuższy możliwy wariant drogi. To się nie kłóci?

- To nie jest tak, że ta droga ma same plusy. Nie wiemy, jak będzie ze stabilnością bariery seraków, którą musimy pokonać. Droga jest długa, ale dzięki temu, że jest idealnie osłonięta od wiatru, to liczymy, że będziemy w stanie wykorzystać krótkie okna pogodowe. Jeśli okno ma dwa dni, to powinno nam wystarczyć, by z przełęczy, z grani, gdzie zaczyna porządnie wiać, dojść do szczytu i wrócić. A dzięki temu, że jesteśmy osłonięci od wiatru, to liczymy, że nawet w gorszej pogodzie będziemy w stanie poruszać się w górę. Takie mam doświadczenie z Gaszerbruma I, gdzie nawet w gorszej pogodzie, pomimo wiatrów i mocnej śnieżycy, regularnie działaliśmy w niższych obozach do wysokości 7000 metrów. Liczymy, że tak też będzie na K2. Planujemy założenie pięciu obozów. Broad Peak atakowaliśmy trzeciego dnia od wyjścia z bazy, na Gaszerbrumie I to był czwarty dzień. Myślę, że na K2 potrzebujemy pięciu-sześciu dni.

Jaka jest granica warunków pogodowych, w których możecie działać?

- Średnia temperatura powietrza w zimie na szczycie K2 wynosi od -45 do -55 stopni Celsjusza. Średnia siła wiatru to -180 km/h. W takich warunkach nie jesteśmy w stanie przetrwać nawet kilku minut, dlatego musimy czekać na okna pogodowe.

Większym problemem niż temperatura jest wiatr, który potęguje zimno. Od temperatury jesteśmy w stanie się odgrodzić za pomocą sprzętu. Ważnym współczynnikiem jest z kolei temperatura odczuwalna. Wolę, żeby było minus 50 stopni i wiatr o sile 10 km/h, niż -30 stopni i wiało 60-70 km/h. Na Gaszerbrumie I w trakcie ataku szczytowego mieliśmy ok. minus 35-40 stopni Celsjusza, wiatr w porywach do 35 km/h. A to oznaczało, że temperatura odczuwalna wynosiła ok. -60 stopni Celsjusza. Dla mnie to jest granica.

Z moich doświadczeń wynika, że jesteśmy w stanie znieść podmuchy wiatru dochodzące do 40, może 45 km/h. Stały wiatr silniejszy niż 30 km/h to już zbyt wiele.

A co z nowości sprzętowych? Podczas wyprawy na Broad Peak mieliście gogle z wiatrakami. A teraz?

- Gogle z wiatrakiem ściągane z Ameryki działały świetnie, ale do wysokości 6500 m., a później po prostu zamarzły. Jestem coraz bardziej sceptyczny w stosunku do nowinek technicznych. Na K2 będziemy bazować na tym, co sprawdziło się na Broad Peaku i Gaszerbrumie I. Z nowości: chcę przetestować ogrzewane skarpetki. Na baterie. Mam też maskę, w jakiej w niskich temperaturach pracują polarnicy. Ale nie zdziwię się, jeśli nie zadziała. Przy tak dużym wysiłku i szybkim oddechu wiele rzeczy po prostu zawodzi.

Kiedy Denis Urubko zostanie Polakiem?

- Ma już prawo pobytu, pracujemy nad obywatelstwem. Mam nadzieję, że jeśli w następnym roku będzie jakaś wyprawa, to pojedzie na nią jako Polak.

Jakim jest liderem?

- Bardzo skoncentrowanym na celu i profesjonalnym w tym, co robi. Cel jest dla niego priorytetem, wszystkie działania są podporządkowane temu, by być skutecznym. Czasami czuć u niego wojskowy dryg - wszystko musi być dobrze zaplanowane. Denis ma olbrzymie doświadczenie wyprawowe. Był już na kilkudziesięciu wyprawach. To daje nam pewność. Poza tym jest fajnym kumplem.

Dotychczas w każdej wyprawie himalajskiej miałeś praktycznie nowy zespół. Teraz jedziesz drugi raz z ludźmi, których znasz ze wspólnej wspinaczki.

- Z Arturem Hajzerem byłem na dwóch wyprawach, a poza tym, rzeczywiście, miałem zawsze nowych partnerów. Gdyby tym razem było podobnie, to nie wiem, czy bym się zdecydował jechać na K2. Wiem, że chłopcy są mocni, ale też odpowiedzialni i bezpieczni. A poza tym są fajni. Na Kanczendzondze czułem, że jest bardzo profesjonalnie - bezpieczeństwo było naszym priorytetem. Po drugie, stanowiliśmy mocny zespół. To sprawiło, że nie musieliśmy uciekać od trudności technicznych. Mogliśmy pójść w teren dużo trudniejszy, po to, by nie przechodzić po niebezpiecznym serakiem.

I dla mnie i Denisa wiosenna wyprawa na Kanczendzongę była trudna, bo i ja - na Broad Peaku - i on - na Mount Evereście [zginął partner Urubki Aleksiej Bołotow - przyp. dsz] straciliśmy niedawno przyjaciół. Było czuć, że kwestia bezpieczeństwa jest bardzo istotna. Wiedziałem, że robimy rzeczy ekstremalne, ale też bezpieczne.

Jeśli nie zdobędziecie w tym roku K2, to kto z Polski pojedzie z tobą za rok?

- Jest kilka osób, które mogą myśleć o takiej wyprawie: Janusz Gołąb, Artur Małek, Denis Urubko, ja. Przez te kilka lat działania Polskiego Himalaizmu Zimowego dorobiliśmy się bardzo silnego drugiego szeregu. Jest Jarek Gawrysiak, Marcin Kaczkan, młody zdolny Kacper Tekieli, Grzegorz Bielejec, Marek Chmielarski, Piotr Tomala. Jest też moja siostra Agnieszka, która radzi sobie coraz lepiej w wysokich górach. Mamy osoby z pierwszego szeregu, ale też mocny drugi szereg. A z drugim szeregiem bywało przecież już tak, że to stamtąd pochodzili zdobywcy.