Sport.pl

Bielecki: Póki K2 i Nanga Parbat nie zostaną zdobyte w zimie, nie zaznam spokoju

Adam Bielecki wraz z Denisem Urubką i Alexem Txikonem mieli tej zimy zaatakować K2, jeden z dwóch ośmiotysięczników, które nie zostały jeszcze zdobyte zimą. Niestety w ostatniej chwili Chińczycy cofnęli pozwolenie na wspinaczkę z powodu zagrożenia atakiem terrorystycznym. To nie znaczy, że Bielecki na K2 w zimie już się nie pojawi!

Dominik Szczepański: Czujesz, że po wydarzeniach na Broad Peaku, jesteś na cenzurowanym?

Adam Bielecki: Przez kogo?

Przez środowisko wspinaczy i wszystkich tych, którzy zaangażowali się emocjonalnie w wydarzenia na Broad Peaku. Jedni cię wspierają, drudzy najchętniej wydrapaliby ci oczy, bo uważają, że zostawiłeś kolegów na śmierć. Będą patrzeć ci na ręce.

- Skupiam się na celach wspinaczkowych. Oczywiście nie jest dla mnie miłe, gdy czytam złe opinie na swój temat. Ale to nigdy nie jest wyrażane wprost, tylko zawsze za pośrednictwem mediów, często anonimowo. Z drugiej strony za pośrednictwem tych samych mediów dostaję wiele wyrazów sympatii.

To już chyba tak jest, że na krytykę nie naraża się tylko ten, kto nic nie robi. Dziś wydaje nam się niepojęte, że Artur Hajzer mógł być krytykowany. A był. Myślę, że musi minąć jeszcze trochę czasu, by wydarzenia na i wokół Broad Peaku ocenić obiektywnie.

Obiektywna ocena nie była do tej pory możliwa? Żółć się wylała tylko dlatego, że polskie piekiełko potrzebowało kozła ofiarnego?

- To, co działo się po wyprawie na Broad Peak, jest dla mnie objawem szerszego zjawiska. Środowisko wspinaczy nie jest wyjątkowe. Tak samo jak wszędzie pojawiają się u nas zawiść, rywalizacja, urażone ambicje, sympatie i antypatie. I po Broad Peaku to wszystko się zmaterializowało. Uważam, że jeśli chodzi o środowisko wspinaczkowe, to temat został zamknięty. Wszyscy jesteśmy bogatsi o to doświadczenie. Mam nadzieję, że wszystkie strony wyciągnęły wnioski i będziemy dzięki nim mądrzejsi.

Nie czujesz ostracyzmu? Nie odsunięto cię na bok?

- Tak naprawdę chyba nigdy go nie poczułem. Od powrotu z wyprawy na Broad Peak nie miałem ani jednej nieprzyjemnej sytuacji. Nikt mi nigdy nie powiedział w twarz, że jego zdaniem, jestem winny. Mam stały kontakt z Januszem Majerem, który przejął po Arturze Hajzerze program Polskiego Himalaizmu Zimowego. Rozmawiam z Jurkiem Natkańskim, prezesem Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, która wspiera moją wyprawę na K2 (wyprawa nie doszła do skutku ze względu na cofnięcie pozwolenia na wspinaczkę - red.). Jestem w dobrej relacji z Januszem Gołębiem, moim partnerem z zimowej wyprawy na Gaszerbruma I, z którym zdobyłem wtedy ten szczyt w zimie. Mam stały kontakt z Arturem Małkiem, z którym zdobyliśmy Broad Peak. Czuję się więc częścią środowiska. Dostałem oficjalne zaproszenie na udział w przyszłorocznej polskiej wyprawie na K2.

Mam nadzieję, że wszystko, co złe, mamy już za sobą. Nie zostałem wyeliminowany z polskiego światka wspinaczkowego. Poza tym nigdy tego nie chciałem.

K2, jeden z dwóch niezdobytych zimą ośmiotysięczników, to nie jest coś więcej niż - jak mawiał Artur Hajzer - kupa kamieni?

- Artur patrzył na góry zadaniowo, były dla niego wyzwaniami sportowymi. Czegoś więcej doszukiwał się w nich Wojtek Kurtyka, dla którego są to miejsca przepełnione mistyką. Jedno podejście nie wyklucza drugiego. Wejście na K2 jest dla mnie wyzwaniem sportowym, ale też szansą na niesamowitą przygodę.

K2 stało się dla mnie symbolem i kierunkiem, do którego od wielu lat konsekwentnie zmierzam. Myśl o tej górze zrodziła się wśród nieśmiałych planów, a potem nabierała kształtów wraz z kolejnymi wyprawami. Dojrzałem, by pojechać na K2 w zimie.

Jeśli nam się uda, a tej zimy padnie również Nanga Parbat, to zamkniemy epokę eksploracji ośmiotysięczników. Najpierw, między 1950 a 1964 roku, dokonywane były pierwsze wejścia na ośmiotysięczniki. Od 1980 roku trwa okres pierwszych zimowych wejść. Chcę, by ostatnie akcenty, należały w nim do Polaków, bo czuję się mocno związany z naszymi wyprawami z lat 80.

K2 to cel ostateczny himalaizmu?

- We wspinaniu jest nieskończona możliwość wymyślania kolejnych celów. Przecież trzeba jeszcze wejść w zimie na Mount Everest bez tlenu, czy na szereg ośmiotysięcznych szczytów, które nie należą do Korony Himalajów i Karakorum - chociażby na Lhotse Shar, Lhotse Middle czy Yalung Kang. One nie mają jeszcze zimowych wejść. Ale oczywiście wspinanie nie ogranicza się tylko do wejść zimowych.

Zima jest bardzo męcząca. Nie wyobrażam sobie, by co roku jechać na zimową wyprawę. Chciałbym więc zakończyć to zimowe wspinanie i skupić się na bardziej technicznym i przyjemnym. Zima jest bardzo satysfakcjonująca, ale piekielnie wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Wiem, że póki K2 i Nanga Parbat nie zostaną o tej porze roku zdobyte, to nie zaznam spokoju. I to ze względu na swoje ambicje, ale też z powodu oczekiwań sympatyków wspinania.

Skoro kończy się eksploracja w górach najwyższych, to jesteście już tylko sportowcami?

- Zależy od podejścia.

Jakie jest twoje?

- Czuję się i sportowcem i eksploratorem, bo odkrywanie jest dla mnie bardzo ważne. Spośród moich pięciu wypraw na ośmiotysięczniki tylko na K2 nie byliśmy jedyną wyprawą działającą na górze. I to nie jest przypadek, tylko moje świadome, konsekwentne działanie. Marzę, by wrócić na Kanczendzongę, ale nie na wierzchołek główny, tylko południowy. Tam piętrzy się ściana Talung, która nie ma jeszcze przejścia.

Kręci mnie jeżdżenie w mało znane łańcuchy górskie, szukanie nowych dróg, sprawdzanie tego, co kryje się za rogiem.

A to nie jest tak, że podcinasz gałąź, na której siedzisz? Jeśli skończy się himalaizm zimowy, z którym jesteś przede wszystkim kojarzony, to nie będzie ci trudniej znaleźć pieniędzy na kolejne wyprawy? Co, kiedy skończą się symbole takie jak np. zimowe K2? Jak wytłumaczysz ludziom, że warto cię wspierać finansowo?

- Zbieranie pieniędzy nie jest moją motywacją. Priorytetem są cele sportowe. Jak już się uda z zimowym K2, to będę się martwił, jak znaleźć pieniądze na kolejne wyprawy. Nie zamierzam robić kroku w tył. Staram się, by kolejne projekty były interesujące i ambitne dla mnie, ale też dla ludzi.

Jest różnica między celem ambitnym, a atrakcyjnym.

- Nie chcę poddawać się takiemu rozróżnieniu. Tak konstruuje swoje umowy ze sponsorami, żeby zachować pełną wolność w doborze kolejnych celów. To moja prywatna sprawa.

Nanga Parbat była atakowana w zimie 21 razy, a K2 tylko trzy. Z czego wynika ta dysproporcja?

- Zorganizowanie zimowej wyprawy na Nanga Parbat jest dużo łatwiejsze logistycznie. Trekking jest krótki, baza jest nisko położona. Samo dostanie się pod K2 zimą jest wyprawą samą w sobie.

Poza tym K2 to olbrzymie wyzwaniem wspinaczkowym, bo jest o 600 metrów wyższe od Broad Peaka i Gaszerbrumów I i II, a 480 m. od Nanga Parbat. Na szczyt nie da się tak po prostu wejść, czyli dochodzi dodatkowy problem - trudności techniczne na bardzo dużej wysokości.

Kiedy Denis Urubko zostanie Polakiem?

- Ma już prawo pobytu, pracujemy nad obywatelstwem. Mam nadzieję, że jeśli w następnym roku będzie jakaś wyprawa, to pojedzie na nią jako Polak.

Jakim jest liderem?

- Bardzo skoncentrowanym na celu i profesjonalnym w tym, co robi. Cel jest dla niego priorytetem, wszystkie działania są podporządkowane temu, by być skutecznym. Czasami czuć u niego wojskowy dryg - wszystko musi być dobrze zaplanowane. Denis ma olbrzymie doświadczenie wyprawowe. Był już na kilkudziesięciu wyprawach. To daje nam pewność. Poza tym jest fajnym kumplem.

Kto z Polski pojedzie z tobą za rok na K2?

- Jest kilka osób, które mogą myśleć o takiej wyprawie: Janusz Gołąb, Artur Małek, Denis Urubko, ja. Przez te kilka lat działania Polskiego Himalaizmu Zimowego dorobiliśmy się bardzo silnego drugiego szeregu. Jest Jarek Gawrysiak, Marcin Kaczkan, młody zdolny Kacper Tekieli, Grzegorz Bielejec, Marek Chmielarski, Piotr Tomala. Jest też moja siostra Agnieszka, która radzi sobie coraz lepiej w wysokich górach. Mamy osoby z pierwszego szeregu, ale też mocny drugi szereg. A z drugim szeregiem bywało przecież już tak, że to stamtąd pochodzili zdobywcy.