"Zew lodu. Ośmiotysięczniki zimą - moje prawie niemożliwe marzenie" - wychodzi książka wybitnego himalaisty Simone Moro

14 stycznia obchodziliśmy 10. rocznicę pierwszego zimowego wejścia na Sziszapangmę (8027 m n.p.m.). Dokonali tego Simone Moro i Piotr Morawski, po 17 latach braku sukcesów w zimowym himalaizmie. Właśnie wychodzi książka włoskiego bohatera tamtych wydarzeń "Zew lodu. Ośmiotysięczniki zimą - moje prawie niemożliwe marzenie". Specjalnie dla Was, mamy jej fragment, który był publikowany w czwartkowym ?Dużym Formacie?.

Książka Simone Moro powstała w ekstremalnych warunkach: podczas dramatycznej zimowej wyprawy na Nanga Parbat (8126 m .n.p.m.), jeden z najniebezpieczniejszych ośmiotysięczników. W czasie krótkich przerw we wspinaczce Simone Moro opowiada w niej o swoich wyczynach, które zelektryzowały himalaistyczny świat. W tym o wejściu na Mount Everest i zejściu z niego w 48 godzin oraz o trzech pierwszych zimowych wejściach na ośmiotysięczniki: Sziszapangmę (2005), Makalu (2009) i Gaszerbrum II (2011). Dzięki nim Moro to dziś jedno z najgłośniejszych nazwisk w himalaistycznym świecie.

Simone Moro jest włoskim zawodowym wspinaczem, alpinistą, himalaistą, autorem bestsellerowych książek. W 2012 roku skończył 44 lata, w tym czasie uczestniczył w 44 wyprawach. "Zew lodu" to opowieść o najbardziej fascynujących i najbardziej niebezpiecznych spośród nich.

Książkę można zamówić na stronie kulturalnysklep.pl. Jest też dostępna w formie e-booka.

14 stycznia minęła dziesiąta rocznica pierwszego zimowego wejścia na Sziszapangmę (8027 m n.p.m.). Dokonali tego Simone Moro i Piotr Morawski. Obaj szczyt próbowali zdobyć już w sezonie zimowym 2003/2004. Wtedy zabrakło im niewiele. O tamtych wydarzeniach Moro w swojej książce napisał:

„Od siedemnastu lat nikomu nie udało się zdobyć po raz pierwszy zimą nowego ośmiotysięcznika. Nad społecznością alpinistyczną zawisło jakieś fatum. Choć podjęto wiele prób w różnych składach narodowościowych, żadna nie zakończyła się sukcesem.

To Polacy rozpoczęli i wymyślili zimowe wspinanie na gigantach naszej planety w najbardziej srogich i bezwzględnych warunkach atmosferycznych. Ponieważ przez dobrze znaną sytuację polityczno-gospodarczą panującą w ich kraju nie uczestniczyli w zdobywaniu ośmiotysięczników w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w następnych dziesięcioleciach postanowili zapoczątkować nowy rodzaj podbojów i wertykalnych przygód na dużych wysokościach - himalaizm zimowy. Pomysłodawcą i liderem pierwszych, niezapomnianych wypraw w tym stylu, które zapoczątkowały wiele niezwykłych osiągnięć, był Andrzej Zawada.

Mount Everest, najwyższą i najlepiej znaną górę, zdobyto w pierwszej kolejności. Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy weszli na jej szczyt 17 lutego 1980 roku, używając tlenu i zdecydowanie skromniejszego sprzętu niż ten, jaki już wtedy był dostępny na Zachodzie. W 1984 roku przyszła kolej na Manaslu, w 1985 roku na Dhaulagiri i Czo Oju, w 1986  roku na Kanczendzongę, w roku 1987 na Annapurnę, aż wreszcie w 1988 roku Krzysztof Wielicki samotnie zdobył Lhotse. W sekwencji siedmiu ponadośmiotysięcznych szczytów przewijały się nazwiska Wielickiego i Kukuczki, bohaterów trzech pierwszych zimowych wejść.

Wszystkie wymienione szczyty zdobyto w pełni zimy, ale niektóre wyprawy wyruszyły z Polski w listopadzie albo na początku grudnia. Dzisiaj przywiązuje się do tego ogromną wagę, oczekując najwyższej przejrzystości i absolutnej uczciwości co do wyboru dat wyjazdu. Sezon zimowy trwa od 21 grudnia do 21 marca. W Alpach nikomu się nie śniło, żeby wyjeżdżać na zimowe wspinanie w innym terminie. W pionierskich himalajskich czasach pewne odstępstwo od tej normy było akceptowane, bo chciano udowodnić, że tamtejsze szczyty można w ogóle zdobyć zimą, ale dziś, zresztą podobnie jak w kwestiach używania tlenu i wspinania w różnych stylach, wymaga się szczególnej poprawności. Daty, zarówno wyjazdu na wyprawę, jak i osiągnięcia szczytu, muszą być podawane dokładnie. Zwolennicy statystyk lubią rozróżniać winter summit od winter expedition and summit w zależności od przedziału czasowego, w jakim zrealizowano wyprawę i osiągnięto szczyt.

Ta techniczna i bardzo zasadnicza dygresja nie ujmuje nic z tego, że zimowe wspinanie rozpoczęli i całkowicie zdominowali polscy alpiniści. Jakim sposobem? Dlaczego próby podejmowane w tym samym czasie przez innych, równie sławnych alpinistów, nie zakończyły się powodzeniem? Przyczyn mogło być wiele, ale jedno jest pewne - zapał i wytrwałość polskich wspinaczy odzwierciedlały cechy narodu poddanego przez całe wieki konieczności wyrzeczeń, które ukształtowały ich charakter i silną wolę. Nikomu innemu przy ograniczonych środkach, skromnym sprzęcie i w nieludzkich warunkach nie udawało się wytrwać w ścianie, uczepiwszy się tylko marzenia o zdobyciu szczytu. Różnica wynikała z nastawienia mentalnego i duchowego, nie zależała od siły mięśni czy umiejętności technicznych. Każde pokolenie jest inne, nowe nie zawsze zachowuje zapał i fizyczne siły poprzedniego. Na szczęście dobra materialne i wygody docierają coraz częściej również tam, gdzie przyzwyczajono się o nich tylko marzyć, wliczając kraje byłego bloku wschodniego, co przerwało triumfalną polską kawalkadę na ośmiotysięczniki zimą.

Ponadto bliskie daty śmierci dwóch wielkich postaci polskiego himalaizmu będących symbolem tamtych czasów - Jerzego Kukuczki na Lhotse w 1989 roku iWandy Rutkiewicz w 1992 roku - przypieczętowały koniec niepowtarzalnego pokolenia polskich wspinaczy, pozostawiając wciąż trudną do wypełnienia pustkę. W 2000 roku zmarł również Andrzej Zawada, ojciec najważniejszych wypraw zimowych rozpoczętych wyjazdem do Afganistanu w 1973 roku na 7492-metrowy szczyt Noszak w górach Hindukusz. Wraz ze śmiercią Zawady zakończyła się epoka dwudziestoletniej dominacji - nieograniczonej tylko do himalaizmu zimowego - alpinistów wychowanych w Tatrach.

Od 1988 roku, kiedy to Wielicki zdobył ostatni ośmiotysięcznik Lhotse, podejmowano daremne próby kolejnych podbojów. Himalaje i Karakorum odpierały wszystkie ataki i wszystkich śmiałków. Nikt nie dawał rady Ja sam, biorąc pod uwagę tragiczną wyprawę zimową z Anatolijem i Dmitrijem na Annapurnę w 1997 roku, dołączyłem do listy odepchniętych przez najwyższe góry. Po sukcesie na Marble Wall odzyskałem wiarę w siebie i znalazłem potwierdzenie moich predyspozycji do zimowego wspinania. Dlatego pod koniec 2003 roku postanowiłem skoncentrować się na Sziszapangmie, jednej z siedmiu gór, wtedy jeszcze niezdobytych zimą.

Najmniejszy ośmiotysięcznik stał się moim nowym celem. Lokalni mieszkańcy nazywają go Gosainthan, czyli Grań nad Trawiastą Równiną. Jego wierzchołek leży w Tybecie. Jest to jedyny szczyt powyżej ośmiu tysięcy metrów (8027 metrów) położony całkowicie na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej i ostatni zdobyty ośmiotysięcznik - Chińczycy nikomu nie wydawali pozwoleń, dopóki sami na niego nie weszli. Dokonali tego w olbrzymim zespole prowadzonym w stylu militarnym, wyprawa była liczna i z założenia zwycięska. Zimą na przełomie 2003 i 2004 roku nie tylko ja marzyłem o tej górze i o pierwszym historycznym wejściu. Uczestniczyłem w wyprawie z sześcioma alpinistami: czterema Polakami (Piotrem Morawskim, Darkiem Załuskim, Jackiem Jawieniem i kierownikiem wyprawy Janem Szulcem) oraz dwoma Kanadyjczykami. Jak na mój gust skład był zbyt liczny, ale obecność Polaków zmotywowała mnie i skłoniła do zaakceptowania planu połączenia sił. Za cel postawiliśmy sobie południową ścianę, najtrudniejszą, ale najlepiej nasłonecznioną. Mieliśmy do wyboru dwie drogi: pierwszą nazwaną imieniem Wielickiego (powinien i chciałby być z nami) i drugą hiszpańską, zwaną Corredor Girona, zaczynającą się kilkaset metrów dalej po prawej stronie.

Zimowych wyjazdów do Tybetu stanowczo nie polecam - susza i pustkowie. Droga z Nepalu prowadzi wzdłuż wilgotnych ścian skalnych, jest wyboista i często na długich odcinkach pokryta lodem. Po niekończących się robotach drogowych prowadzonych w porze letniej przejazd zimą przypomina grę w totka. Problemy i trudności pojawiają się, zanim jeszcze zobaczy się góry. W Tybecie, inaczej niż w Nepalu i Pakistanie, nie ma tragarzy. Na płaskowyżu położonym na wysokości 5000 metrów mieszkają tylko nomadzi. Zimą nie mają najmniejszej ochoty cierpieć przez wiele dni mrozu, transportując na swoich jakach bagaże nielicznych ekspedycji zapuszczających się w tamte okolice. Ceny rosną w tym czasie dwukrotnie albo i trzykrotnie, a w całym przedsięwzięciu jest mnóstwo niewiadomych.

Na pierwszym etapie wyprawy mieliśmy dość dużo szczęścia, a kiedy dotarliśmy do podnóża góry, warunki w ścianie zdawały się dobre. Również obrana taktyka zdobywania góry przez kolejne zespoły w systemie rotacyjnym okazała się skuteczna. Pamiętam, że na początku udało mi się wspiąć z 600 metrami liny przyczepionymi do uprzęży, które potem zawiesiłem na dwóch hakach w samym środku ściany. Tamtego dnia podjąłem się prowadzenia z przywiązaną liną. Mieliśmy ją zaporęczować, żeby ułatwić dalsze podejścia i zejścia. Zacząłem się wspinać szybko, miarowo uderzając czekanami i rakami. Nastromienie utrzymywało się w okolicach 55-60 stopni, ale lód był idealny.

W pewnej chwili Piotr i Darek krzyknęli, żebym się zatrzymał, bo skończyło się pierwsze dwieście metrów liny.

- Przywiążcie następne dwieście metrów, pójdę dalej - krzyknąłem przez radio.

- OK, ale nie będzie ci za ciężko? Dasz radę się wspinać?

- Tak, dam radę, przywiąż linę, będę szedł!

Operację tę powtórzyliśmy jeszcze dwa razy i kiedy całe 600 metrów liny, wciąż przywiązanej do mojej uprzęży, rozwinęło się wzdłuż stoku, pamiętam, że musiałem nieźle walczyć, by utrzymać się na czekanach, zakładając stanowisko, do którego miałem przymocować tak długą linę.

Tamtego dnia schodziliśmy usatysfakcjonowani i pełni optymizmu. Pierwsze problemy miały dopiero nadejść i nie były natury pogodowej ani technicznej. W zespole wynikły nieporozumienia. Wielicki musiał zrezygnować z udziału w wyprawie z przyczyn osobistych, ale zgodził się, żeby do naszej grupy dołączyło dwóch Kanadyjczyków w jasnym i zrozumiałym celu rozłożenia kosztów. Jeden z nich (wyprałem ich imiona z pamięci) uczestniczył w zimowej próbie zdobycia K2, drugi nie miał najmniejszego doświadczenia. Nie chciałbym być zbytnio kategoryczny, ale nie będę ukrywał rzeczy oczywistych czy swoich poglądów. Myślę, że tych dwóch nadawało się bardziej na niedzielne wspinanie niż do udziału w naszym projekcie. Byli za słabo przygotowani, również fizycznie, a planowane przez nich decyzje taktyczne ujawniały ich brak doświadczenia i skuteczności.

W rezultacie nastąpił rozłam w grupie, tak silny, że w ramach jednej wyprawy powstały dwie odrębne. Ja wspinałem się z Piotrem Morawskim, a równolegle z nami - Darek z Jackiem. Zmienialiśmy się na prowadzeniu i świetnie się rozumieliśmy. Kanadyjczycy wspinali się oddzielnie (niech to, naprawdę nie mogę sobie przypomnieć ich imion), ale głównie z powodu słabości młodszego i mniej doświadczonego członka zespołu nie robili wielkich postępów.

Na podejściu zdaliśmy sobie sprawę z problemu o wiele większego i bardziej niepokojącego niż ten, który mieli Kanadyjczycy. Nie mogliśmy znaleźć miejsca na pierwszy biwak. Obóz wysunięty rozstawiliśmy na morenie na 5500 metrów, obóz I u podnóża ściany na blisko 6000 metrów, a dalej nic. Wspinaliśmy się, ale nie widzieliśmy miejsca nawet na najmniejszy namiot, żeby móc podzielić wejście na etapy i wyruszyć nazajutrz. Zero. Musieliśmy zawrócić do obozu I, a potem podejść tą samą drogą z całym ekwipunkiem, gdyż nie znaleźliśmy półki na odpoczynek i zagrzanie herbaty.

Mijał kolejny tydzień wyprawy, robiliśmy postępy, ale Kanadyjczycy i niemożność rozstawienia obozu II zaprzątały nam głowy przez większość czasu. Przyszła nasza kolej. Ja z Piotrem mieliśmy wrócić w ścianę. Czekały nas kolejne metry liny do wciągnięcia, a nie zapowiadało się na to, by nastromienie drogi miało się zmniejszyć. Czasem wręcz się nasilało, zmuszając nas do wolniejszego i bardziej ostrożnego wspinania.

- Piotr! - krzyknąłem. - Chyba znalazłem miejsce na wyrąbanie małej platformy!

Krzyknąłem do Piotra przez radio, a on odkrzyknął do mnie. Zbliżał się wieczór i zaczęliśmy się zabierać do tysiącmetrowego zjazdu w ciemnościach wzdłuż poręczówek. Szybko wpiąłem się liną do dobrego stanowiska z dwóch haków.

- Piotr, możesz iść! Zacznę kopać, jak będziesz podchodził, żeby nie tracić czasu.

- OK, Simone, super, podejdę jak najszybciej, żeby ci pomóc.

Nawet mu nie odpowiedziałem, podwiesiłem na karabinku strasznie ciężki plecak i zacząłem kopać łopatą w śniegu. Niestety, prawie natychmiast natknąłem się na lód.

- Cholera jasna, tutaj też jest lód!

Przesunąłem się kawałek, znalazłem świeży śnieg, ale i tam szybko dokopałem się do lodu. Zacząłem walić czekanem, żeby poszerzyć półkę. Na razie nadawała się co najwyżej do siedzenia, a nie do rozstawienia chociażby najmniejszego namiotu. Uderzałem czekanem z zapałem, prawie złością. Musiałem się spieszyć. Zaszło słońce, robiło się coraz zimniej. Dołączył Piotr. Podczepił plecak i szybko zabrał się do kopania. Wtedy zatrzymałem się na chwilę, żeby złapać oddech. Zmienialiśmy się przy pracy, bo wysokość, zmęczenie i mróz robiły swoje. Lód był twardy jak skała, ale nasza półka powoli nabierała stosownych kształtów i rozmiarów. W pewnym momencie dokopaliśmy się do żywej skały.

- Kurwa mać, tylko nie to!

- Dawaj, Piotr! Kilka silnych uderzeń z lewej strony i może uda się rozstawić namiot. Wygrzebaliśmy ostatnie centymetry lodu i zaczęliśmy szykować namiot. Biwak okazał się wiszący: dwie trzecie namiotu zmieściło się na wykopanej półce, a jedna trzecia zawisła nad przepaścią. Spaliśmy w uprzężach, przywiązani do zewnętrznego punktu asekuracyjnego. Zakomunikowany przez radio „sukces” wywołał falę optymizmu w całym zespole. Spaliśmy dobrze, nie bolały nas głowy i nie mieliśmy koszmarów. Wschód słońca przywitaliśmy jak najpiękniejszy prezent od świata, a po śniadaniu przygotowaliśmy się do wyjścia i założenia pozostałych dwustu metrów poręczówek.

- Simone, dzisiaj ja pójdę pierwszy, ty prowadziłeś wczoraj - powiedział Piotr.

Stań tutaj i asekuruj mnie, powinienem się szybko uwinąć z tymi 200 metrami liny. Chyba nie będzie dużych trudności. Mam tylko nadzieję, że uda mi się dojść do skał i założyć dobre stanowisko. Wszystko poszło gładko. Piotr znalazł miejsce do wbicia haka tam, gdzie przewidywał, zaporęczował linę i wrócił do mnie. Napiliśmy się gorącej herbaty i zeszliśmy bezpośrednio do obozu wysuniętego. Byliśmy naprawdę zadowoleni, obóz na 7100 metrach mógł się okazać znaczącym krokiem do zdobycia ściany. W bazie zaczęliśmy snuć optymistyczne plany i rozpatrywać strategie, które pozwoliłyby nam uniknąć całej serii niepowodzeń blokujących od szesnastu lat himalaizm zimowy. Darek i Jacek słusznie podjęli decyzję, żeby również przenocować w małym namiocie w celu lepszej aklimatyzacji, po czym chcieli spróbować wejść wyżej. Liny poręczowe prawie się skończyły, co dało nam do zrozumienia, że będziemy musieli przejść ostatni odcinek z asekuracją lotną albo klasycznie.

Tak się też stało. Koniec końców dzięki niezłej pogodzie dwóch polskich uczestników wyprawy doszło do naszego namiociku, przenocowało i zaporęczowało 150 metrów liny od punktu, do którego wcześniej doszedł Piotr. Wszystko było już chyba przygotowane do poważnej próby szczytowej, a przynajmniej tak się nam wtedy zdawało. Przyszła nasza kolej. Piotr i ja byliśmy zdecydowani, przygotowani i skoncentrowani. Mieliśmy do pokonania osiemset metrów przewyższenia - z 7250 metrów na 8027 metrów, gdzie znajdował się szczyt - z częścią kuluaru wieńczącego południową ścianę bez poręczówek oraz całą grań do szybkiego przejścia w związku z dużą ekspozycją na wiatr. Wszystko było do zrobienia

Nocleg na 7100 metrach minął idealnie, byliśmy spokojni, nie myśleliśmy o tym, co nas czeka. Nie opuszczał nas optymizm, mieliśmy jeszcze siłę w nogach i dobrą motywację. Wyruszyliśmy o świcie, żeby nie ryzykować braku widoczności  w najdelikatniejszym miejscu podejścia. Poza tym potrzebowaliśmy słońca, żeby ogrzało nas po potwornie mroźnej nocy. Przy temperaturze poniżej czterdziestu stopni musieliśmy zakopać się w śpiworach po głowę, chuchając ciepłym powietrzem od środka. Niestety, szybko brakło nam tlenu i musieliśmy wystawiać głowy, żeby odetchnąć pełną piersią.

Tamtego ranka sprawnie dotarliśmy do najwyższego punktu osiągniętego przez Darka i Jacka. Tam kuluar zaciskał trzewia, oferując nam czasami co najwyżej półmetrową warstwę lodu do wbicia raków. Wspinaliśmy się powoli w terenie mikstowym, asekurując się na linie dynamicznej, specjalnie zabranej w tym celu z bazy. Mijały godziny, a kuluar zdawał się nie mieć końca. Najprawdopodobniej pomyliliśmy się o jakieś sto metrów, szacując drogę podejścia, położenie bazy i odległość poręczówek. Przez radio wymienialiśmy całkowite minimum komunikatów.

- Piotr, czy ten kuluar się kiedyś skończy!?

- Simone, jak tylko znajdziesz miejsce na stanowisko, zatrzymaj się, to cię zmienię.

Zrobiłem, jak prosił. Szybko ściągnąłem Piotra, żeby zmienił mnie na prowadzeniu w coraz węższym lodowym kuluarze. Lina sunęła w górę nieregularnie - znak, że trudności zmuszały go do odpoczynku. W każdym razie napierał do przodu, a przy każdym postoju miałem nadzieję, że to już ostatni wyciąg. Czas płynął nieubłaganie, minęło południe. Jakieś pół godziny później usłyszałem Piotra przez radio.

- Simone, możesz iść! Wreszcie wyszedłem z kuluaru, grań jest w słońcu. Mam piękny widok!

- OK, idę!

Wspiąłem się najszybciej jak mogłem, zdemontowałem ruchome punkty asekuracyjne osadzone przez Piotra i zobaczyłem, jak mój partner spogląda na mnie z końca kuluaru. Założyłem maskę z neoprenu chroniącą przed silnym mrozem - nie oszczędzał nosa ani policzków. Na goglach osiadła cienka warstwa lodu w wyniku różnicy między temperaturą atmosfery i wydychanego powietrza.

Ostatnie metry przebiegłem bez przystawania na zwyczajowy odpoczynek i z radością postawiłem pierwszy krok po drugiej stronie. Wyszliśmy z drogi hiszpańskiej, dokonawszy jej pierwszego zimowego powtórzenia. Naszym głównym celem było jednak wejście na szczyt Sziszapangma.

Byliśmy szczęśliwi, ale świadomi czekających nas jeszcze blisko pięciuset metrów przewyższenia i cholernie późnej pory. Natychmiast ruszyliśmy w stronę szczytu, omijając seraki i szczeliny. Szliśmy, ile sił w nogach, ale zmęczenie, wiatr i mróz dawały się mocno we znaki. Na 7750 metrach dostrzegliśmy szczyt dwieście metrów nad nami. Była godzina 15.30 Późno, bardzo późno.

- Cholera, nie możemy tak skończyć!

Piotr spojrzał na mnie bez słowa.

- Piotr, jest 15.30 za półtorej godziny zrobi się ciemno.

- Co robimy, Simone?

Zastygłem w bezruchu, na kilka sekund ponownie spoglądając w stronę szczytu.

- Bardzo bym chciał, żebyśmy tam dotarli, po tym wszystkim, co przeszliśmy - wyszeptał Piotr.

- Tylko że musimy zawracać, i to szybko. Trzeba zejść kuluarem, a zaraz się ściemni

- Racja, Simone. Przybij piątkę i tak odwaliliśmy kawał fantastycznej roboty.

Uścisnęliśmy się, poklepaliśmy po plecach, spojrzeliśmy sobie w oczy i zaczęliśmy schodzić.

Zejście było długie i męczące. Większość sił zużyliśmy podczas długiego dnia, teraz musieliśmy je dozować, by zdołać wrócić do namiotu choćby z małym zapasem. Doszliśmy do wyjścia z kuluaru jeszcze za dnia i ledwo zdążyliśmy zejść do ostatniego stanowiska przed zmrokiem. Potem zrobiło się naprawdę ciemno, ale pomogły nam poręczówki i latarki czołowe. Byliśmy spragnieni, zmarznięci, głodni i nie mogliśmy się doczekać naszego „luksusowego” namiotu na półce. Niesamowite, jak łatwo można zmienić perspektywę w różnych okolicznościach. Jeszcze kilka dni temu nasz namiot traktowaliśmy jak najbardziej niewygodny biwak na świecie, a tego wieczoru jawił się nam pięciogwiazdkowym hotelem. Wróciliśmy cali, zdrowi i zadowoleni. Od razu rozpuściliśmy lód, żeby łyknąć coś ciepłego. Więcej w nas było radości niż żalu czy zniechęcenia. Przeżyliśmy i zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby wejść na szczyt, ale przede wszystkim zrozumieliśmy, że nie marzyliśmy o czymś niemożliwym - zimowe wejście na ośmiotysięcznik znajdowało się w naszym zasięgu.

Nazajutrz zeszliśmy prosto do bazy, gdzie spotkaliśmy się z całym zespołem. Pogratulowali nam, uścisnęli i jeszcze tego samego wieczoru podczas wspólnej kolacji zaczęliśmy planować z Piotrem następne dni z myślą o drugiej próbie. Tymczasem prognozy podjęły decyzję za nas i druga próba nie miała szybko nastąpić. Nadchodziło nieuchronne pogorszenie pogody i zbliżał się umówiony termin powrotu jaków. Ostatnie dwa dni poświęciliśmy na pakowanie. Przeraźliwy wiatr nie dawał usnąć, szarpał namiotami i ciskał się o Sziszapangmę. W drodze powrotnej w okolicach tybetańskiej wioski Nyalam, oddalonej dwa dni drogi, odwróciliśmy się, żeby jeszcze raz spojrzeć na naszą górę. Pozdrowiliśmy ją w przekonaniu, że zakończymy to, co tak dobrze rozpoczęliśmy zimą 2003-2004 roku”.

Skomentuj:
"Zew lodu. Ośmiotysięczniki zimą - moje prawie niemożliwe marzenie" - wychodzi książka wybitnego himalaisty Simone Moro
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX