Sport.pl

Nanga Parbat. Bielecki: Ten wypadek nie miał prawa się zdarzyć

- Wypadek był kropką nad ''i''. Przypomniał mi: przecież nie tak chciałeś wchodzić na tę górę - mówi Adam Bielecki, który zakończył zimową ekspedycję na Nanga Parbat.

Bielecki wspinał się z Jackiem Czechem. Ich celem było pierwsze zimowe wejście na leżący w Pakistanie ośmiotysięcznik Nanga Parbat (8125 m n.p.m.). Po dwóch tygodniach wyprawy dołączyli do międzynarodowego zespołu Alexa Txikona, Daniele Nardiego i Alego Sadpary.

13 stycznia Bielecki miał groźny wypadek. Kilka dni później wraz Czechem zdecydowali zakończyć ekspedycję.

Rozmawiamy 18 stycznia wieczorem. Po dwóch trekkingu dotarłem do bazy Diamir. Bielecki i Czech właśnie kończą się pakować. Adam pokazuje dłoń. – Muszę zmienić jeszcze dzisiaj opatrunek, ale dotknij – mówi.

Jest ciepła, nie wygląda dobrze. Jakby przeciągnął ją po asfalcie.

Dominik Szczepański: Ile poleciałeś?

Adam Bielecki: 80 metrów.

Zdążyłeś o czymś pomyśleć?

Adam: Nie pamiętam samego upadku, pierwsza świadoma myśl była zupełnie spokojna: lina się urwała, lecę. Jestem wspinaczem, latałem już nieraz, więc na początku nie było strachu. Ale właśnie biłem swój życiowy rekord. Wcześniej najwięcej spadłem 40 metrów.

Potem przyszła druga myśl, podszyta irytacją: dlaczego lecę tak długo? Trzecia myśl, pełna strachu: lecę głową w dół, niedobrze. Czwarta: zatrzymałem się, asekuracja drugą liną zadziałała, uff.

Droga Kinshofera w tym fragmencie przypomina skocznię narciarską. Skrzy się od lodu.

Adam: Gdyby druga lina nie wytrzymała to pewnie przeleciałbym przez próg ‘’skoczni’’ i wylądował gdzieś na lodowcu, 1500 metrów niżej. Życie uratowała mi dodatkowa asekuracja.

Jacek Czech: A moim zdaniem to, że lina poręczowa urwała się pod tobą, uratowało życie również komuś innemu. Na drodze Kinshofera tylko my asekurowaliśmy się dodatkowo. Gdyby padło na kogoś z innego zespołu, pewnie by nie żył.

Jak doszło do tego wypadku?

Adam: Trzeba zacząć od początku.

Do bazy Diamir pod Nanga Parbat dotarliśmy pod koniec grudnia. Byliśmy pełni mocy, bo wcześniej spędziliśmy 18 dni w Chile. 14 spośród nich na wysokości powyżej 4000 metrów. Trzy noce przespaliśmy na 6800 m, tuż pod szczytem Ojos del Salado. Byliśmy świetnie zaaklimatyzowani. Plan był więc taki, że od razu po dotarciu do bazy wchodzimy w ścianę i atakujemy szczyt.

Jacek: Podczas pierwszego wyjścia doszliśmy z ciężkimi plecakami na wysokość 5700 metrów. W sześć godzin. Nikt wcześniej tutaj nie zrobił nic podobnego w zimie. Gdyby pogoda dopisała, to myślę, że byłbym w stanie pomóc Adamowi dojść jak najwyżej. A on miał w sobie tyle mocy, że mógłby na tym szczycie stanąć. Czułem się jak lis goniący zająca. Ale pogody nie było. Musieliśmy wrócić do bazy. Mijały dni i traciliśmy aklimatyzację. Zdecydowaliśmy, że spróbujemy dojść na wysokość 7000 metrów, założyć tam obóz i odzyskać naszą siłę. A może nawet zaatakować szczyt. Ale coś było nie tak.

Co?

Jacek: Osłabłem. Może przez wrażenie tej ogromnej mocy odpoczęliśmy o jeden dzień za krótko i spakowaliśmy zbyt wiele do plecaków. W połowie drogi wysiadłem. Zwolniłem. Adam czekał na mnie. Chyba tylko dzięki woli jego oczu udało mi się do niego dojść. Zostawiliśmy depozyt i zawróciliśmy.

Bardzo mnie to osłabienie zaskoczyło. Pierwszy raz w życiu poczułem, że jest mi naprawdę zimno. Może to była jakaś infekcja.

Adam: A ja myślę, że to mogło być zwykłe osłabienie. Dużo się wspinaliśmy razem w tym roku. O ile ja jestem bardziej przyzwyczajony do stylu wyprawowego, ciągłego przemieszczania się i spędzania długich tygodni w trudnych warunkach, o tyle Jacek jeszcze dobrze tego nie zna. Myślę, że po prostu za bardzo schudł.

Dla ciebie to nie było męczące?

Adam: Kiedy dotarliśmy pod Nanga Parbat, to poczułem się jak w domu. Jestem przyzwyczajony do zimy, mam swoje patenty. Czułem się mocny.

Ale Jacek osłabł. Może aklimatyzacja na drugim końcu świata to nie był dobry pomysł dla waszego zespołu?

Jacek: Myślę, że pomysł był dobry i plan mógł się udać. Po powrocie do Polski musimy przeanalizować, co się stało z moim organizmem. Może wystarczyło odpocząć jeden dzień więcej?

Adam: To mogło się udać, ale musieliśmy działać szybko, bo każdego dnia w bazie czuliśmy się coraz słabsi. Teraz, mimo czterech wyjść w górę na drodze Kinshofera jestem słabszy, niż kiedy przyjechałem z Chile.

Dla nas sprawa była prosta – docieramy do bazy Diamir, jest pogoda, wchodzimy. Nie ma pogody – nici z naszego planu.

Dlaczego założyliście, że akurat na przełomie grudnia i stycznia pogoda umożliwi wam atak szczytowy?

Adam: Sprawdziłem to. Przez dwa ostatnie lata w tym okresie była dobra pogoda. A rok temu warunki były wręcz fenomenalne. Tej zimy jeszcze nie było dnia, w którym można by zaatakować szczyt.

Może trzeba było przygotować plan B na wypadek, gdyby tej pogody nie było? Przyjechaliście bez sprzętu, który umożliwiłby poręczowanie drogi Kinshofera i zakładanie kolejnych obozów.

Adam: Plan optymalny byłby taki: zaaklimatyzować się w Chile, zabrać ze sobą dodatkowe liny i zespół, który pomógłby poręczować górę. Z różnych względów nie planowaliśmy takiego rozwiązania.

Z jakich względów?

Adam: Urodził mi się syn i nie chcę przegapić jego pierwszych kroków. Poza tym do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy zamkniemy budżet wyprawy.

Jacek: Jestem instruktorem wspinaczki i muszę wracać do kursantów. Nie pracuję od pięciu miesięcy. Płacimy tutaj kilka tysięcy dolarów miesięcznie, a w Polsce te pieniądze się same nie zarabiają.

Ale jednak połączyliście siły z zespołem Alexa Txikona, Daniele Nardiego i Alego Sadpary. Chcieliście spróbować zaatakować szczyt w innym stylu, mimo tego że wasz plan nie wypalił. Jak długo planowaliście zostać?

Adam: To łączenie sił to już była improwizacja, której Himalaje nie znoszą. Odeszliśmy od naszego pierwotnego planu. Jeszcze przed przyjazdem wiedziałem, że na drodze Kinshofera będzie działał zespół Alexa. I że będziemy współpracować. Nie da się udawać, że tej drugiej drużyny nie ma. Ustaliliśmy wstępne warunki współpracy. Mieliśmy zacząć od tego, że ich linami zaporęczujemy ściankę Kinshofera, najtrudniejszy technicznie fragment drogi na szczyt Nanga Parbat. Wyszliśmy w górę z Danielem. Założyłem stanowisko na wysokości 5800 metrów. Świadomie odchyliłem się, obciążyłem linę poręczową. Pękła.

Uważam się za bezpiecznego wspinacza. Moim celem nie jest bycie dobrym himalaistą, ale starym himalaistą. Mam szereg zasad, których w górach przestrzegam. Jest ich dużo, ale najważniejsze to: nie wspinać się pod serakami, zawsze wiązać się na lodowcu, nigdy nie korzystać ze starych lin poręczowych. Ta ostatnia zasada jest szczególnie ważna, bo niejeden wspinacz zginął, gdy stara lina urwała się pod jego ciężarem.

Więc tym bardziej irytujące jest dla mnie, że kiedy wspinam się zgodnie z zasadami, to urywa się pode mną nowa lina poręczowa, którą właśnie zainstalowałem. To nie miało prawa się zdarzyć. Przeżyłem, bo dwie wkręcone w lód śruby wytrzymały. Wytrzymała też druga lina, którą się asekurowałem.

Gdzie był wtedy Daniele?

Adam: 55 metrów pode mną. Był w większym szoku niż ja. Musiałem go uspokajać, bo praktycznie nic mi się nie stało. Miałem nawet pomysł, żeby iść dalej, ale on absolutnie się na to nie zgodził. Miał rację, bo przecież mogłem być w szoku i dopiero na drugi dzień coś mogło zacząć mnie boleć.

Masz opatrunki na ręce.

Adam: Nie pamiętam dokładnie momentu wypadku. Chyba złapałem linę. Bez rękawiczki. Oparzyła mi palec, a potem wyrwała go ze stawu. Lecąc, obtłukłem rękę.

Jestem wspinaczem, palce są dla mnie tak samo ważne jak dla pianisty czy skrzypka. Mogę chwycić czekan bez jednego palca, ale nie było sensu ryzykować dalszej wspinaczki. Oparzenie to rana termiczna, mróz źle na nią działa. Być może po powrocie do Polski rehabilitacja zajęłaby rok, a palec nie byłby sprawny? Nie mogę na to pozwolić.

Ile czasu zajęło ci podjęcie decyzji, że kończycie wyprawę?

Adam: U mnie każda decyzja to zawsze proces. Wszyscy myśleli, że to już na pewno koniec, a ja potrzebowałem trzech dni, żeby wszystko przemyśleć, zobaczyć, co będzie działo się z ręką, sprawdzić prognozę pogody. Porozmawiać z innymi zespołami. Tomek Mackiewicz zaproponował mi nawet, że mógłbym wspinać się z nimi. To było bardzo miłe.

Ale to rozmowa o pokusach. Mieliśmy przed przyjazdem swój plan i liczyliśmy się z tym, że może się nie udać. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę.

Jacek: Mamy podwinięte ogony, ale wracamy z tarczą. Miło spędziliśmy czas w bazie. Przed wyjazdem media w Polsce wypytywały nas: będziecie współpracować z innymi zespołami? Czy to będzie wyścig? Kiedy przyjechaliśmy, przyszła do nas Tamara Lunger i przyniosła nam kawiarkę i paczkę włoskiej kawy.

Adam: Jak w ogóle może wyglądać w zimie wyścig na Nanga Parbat? Czy ja mam wyjść z bazy w złej pogodzie, bo ktoś inny może być szybszy? Każdy musi mieć swój plan i w niego wierzyć.

Hasło wyścig padło kilka razy. Ale większość mediów nie podnosiło tej kwestii.

Adam: Może odnosimy złe wrażenie, bo rozmawialiśmy o tym z Włochami. Ich media informowały o rywalizacji w stylu „race-fuck and die”. Bo w bazie są trzy kobiety, a ponadto obliczyli, że według statystyk przynajmniej jedna osoba powinna w tym roku zginąć.

Jak o tym opowiadali, to płakaliśmy ze śmiechu. Jaki wyścig?

A gdyby ktoś stanął na szczycie przed wami? Przerwalibyście ekspedycję?

Adam: Nie. Simone Moro [pierwszy zimowy zdobywca trzech ośmiotysięczników – przyp. red] powiedział, że dla niego każdy, kto zdobędzie w tym roku szczyt, będzie pierwszy.

Gdy w 2012 roku ruszaliśmy do ataku szczytowego z Januszem Gołębiem, to byliśmy przekonani, że dzień wcześniej szczyt Gaszerbruma I został zdobyty po raz pierwszy w zimie przez zespół Gerfrieda Goeschla. Byli od nas szybsi o jeden dzień, ale nam nawet przez myśl nie przyszło, że mamy rezygnować.

I gdyby nie ta ręka…

Adam: Ręka jest kropką nad ‘’i’’, która przypomniała mi: przecież nie tak chciałeś wchodzić na tę górę.

Kończycie ekspedycję. Co byście w niej zmienili?

Jacek: Może pojechalibyśmy w trójkę. Wydaje mi się, że jedna osoba więcej sprawiłaby, że zespól stałby się wydajniejszy. Jeden człowiek więcej do pomocy, a ciężaru dochodzi mniej niż jedna trzecia. Może jedna piąta. To ekonomiczne.

Ale w zespole trzeba się dobrze dobrać, współpraca z innymi nie jest łatwa. Każdy zespół ma swoje nawyki. Przykład z tego roku: szliśmy z Danielem Nardem przez lodowiec i dla nas oczywiste było, że wiążemy się liną. A on się z nami nie związał, bo jego zespół tego nie robi. Nie wspinam się z Adamem dlatego, że zdobył w zimie dwa ośmiotysięczniki. Czuję się z nim bezpiecznie. Poza tym, ważna jest również aprobata mojej żony, która też uczy wspinaczki i zna się na tym.

Adam: W zimie nie można pójść na 8000 metrów z przypadkową osobą. Jeśli znasz dobrze drugą osobę, to wspinanie jest bezpieczniejsze. Jest mniejsza szansa, że dojdzie do wypadku.

Po raz pierwszy ruszyłeś na wyprawę z partnerem, którego tak dobrze znasz?

Adam: Niełatwo jest znaleźć żonę, a dobry partner to prawie taka sama skala trudności poszukiwań. A może nawet i większa, bo szukamy na mniejszej powierzchni. Wcześniej nie trafiłem na taką osobę.

Ale to nie jest tak, że np. na Broad Peaku pierwszego dnia ruszyłem z nowo poznanymi osobami do ataku szczytowego. Przez dwa miesiące żyliśmy razem w warunkach wojny, w warunkach okopowych. To zbliża ludzi. Relacje między nami stają się bardzo bliskie. Może to aroganckie ale uważam, że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego zrozumieć.

Po Broad Peaku pojawiły się głosy, że Tomek Kowalski był za slaby i nie powinien iść do szczytu. A ja zawsze odpowiadałem: pracował ciężko przez całą wyprawę, dawał z siebie wszystko. Gdyby się nie nadawał, to nie brałby udziału w ataku szczytowym. Zasłużył sobie, żeby tam być.

Wrócicie za rok pod Nanga Parbat?

Adam: Chyba złapałem bakcyla Nangi. Każda niezdobyta góra, z której człowiek się wycofuje, pozostawia zadrę. Im wyższa góra, tym większa zadra. W tym roku dostaliśmy lekcję pokory, mamy o czym myśleć. Pomysł, żeby tu wrócić, jest kuszący.

A co z K2, ostatnim obok Nanga Parbat niezdobytym w zimie ośmiotysięcznikiem? Coraz głośniej mówi się o wyprawie pod dowództwem Krzysztofa Wielickiego. Daniele Nardi nawet wygadał się już, że dostał powołanie.

Adam: Na razie to teoria. Jak będzie pewne, że wyprawa się odbędzie to o tym porozmawiamy. Góry nie uciekną.

Wy wyjeżdżacie, inni zostają. Kto ma szansę zdobyć Nangę w tym roku?

Adam: Wszystkie zespoły są mocne i mają szanse. Osobiście kibicuję Tomkowi Mackiewiczowi. Chciałbym, żeby polska flaga załopotała na szczycie, żebyśmy zdobyli swój jedenasty zimowy ośmiotysięcznik.

Partnerami wyjazdu są Pajak Sport i The North Face.

Nanga Parbat, Adam Bielecki, Jacek Czech, Alex Txikon, Daniele Nardi, Ali Sadpara