Sport.pl

32 lat temu Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski zdobyli Manaslu jako pierwsi w zimie. Polska sensacja fizjologiczna

Na początku 1983 roku Reinhold Messner, legenda światowego himalaizmu, powiedział, że zimą na ośmiotysięcznik bez tlenu nie da się wejść. 12 stycznia 1984 roku na szczycie Manaslu ze szczęścia i zimna trzęsło się dwóch ratowników TOPR-u - Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski. Później zaczęli się czołgać.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Manaslu to ósmy pod względem wysokości ośmiotysięcznik świata. Według ostatnich pomiarów ma 8178 metrów. ''Góra Ducha'', bo to jej sanskrycka nazwa, wyżej stoi w rankingu niebezpieczeństwa. Według danych sprzed kilku lat na zboczach Manaslu zginęły 64 osoby. Gorsze statystyki mają tylko Annapurna, Nanga Parbat i K2. Himalaiści na Manaslu obawiają się lawin śnieżnych i kamiennych. Góra jest wielka - duże odległości trzeba tam pokonywać nie tylko w pionie, ale również w poziomie.

Gniew góry

Japończycy na początku lat 50. postawili sobie za punkt honoru, że staną na szczycie Manaslu jako pierwsi. W 1953 roku w drodze na wierzchołek postawili aż dziewięć obozów. Dziś normą na ośmiotysięcznikach są cztery. Kiedy na wysokości 7750 metrów weszli na olbrzymi płaskowyż, załamali się. Nie spodziewali się tak wielkiego śnieżnego pola na 400 metrów przed szczytem. Zawrócili.

Kiedy rok później wrócili na Manaslu, nawet nie zaczęli się wspinać. Na drodze stanęła im nepalska ludność zamieszkująca okolice góry. Japończycy usłyszeli, że Manaslu się na nich gniewa i nie chce ich na swoich zboczach. Argumentem przemawiającym za złością góry miała być lawina, która po ostatniej wyprawie Japończyków pogrzebała jeden z nepalskich klasztorów i kilkanaście znajdujących się w nim osób. Sytuację załagodziły pieniądze. Klasztor dzięki wsparciu Japończyków odbudowano, a w 1956 roku na szczycie stanęli Toshio Imanishi i Szerpa Gyaltsen Norbu.

Kryzys wypraw narodowych

Mimo ogromnego sukcesu jakim było dla polskiego himalaizmu pierwsze zimowe wejście na Mount Everest w 1980 roku, zorganizowanie kolejnych zimowych wypraw na ośmiotysięczniki nie było łatwe. Na szczycie najwyższej góry świata stanęli Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, a poprowadził ich Andrzej Zawada, który wymyślił polskie zdobywanie ośmiotysięczników zimą.

Krzysztof Wielicki Leszek CichyKrzysztof Wielicki i Leszek Cichy - pierwsi zimowi zdobywcy Mount Everestu (fot. Bogdan Jankowski, źródło: polskiehimalaje.pl)

Ale na początku lat 80. wcale nie było pewne, że tędy powinna pójść polska eksploracja. Wielu wyżej niż pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki ceniło wchodzenie nowymi drogami. Kolejną wyprawę narodową udało się Zawadzie zorganizować dopiero w zimie 1984/1985. Pojechali wtedy na Czo Oju.

Polskie środowisko wspinaczkowe było silnie zdecentralizowane, a pieniądze na ekspedycje, którymi dysponował Polski Związek Alpinizmu, trafiały do klubów wysokogórskich. Co roku PZA dysponował pulą 40000 dolarów. Była to tzw. krzakówka, z której wyprawy centralne nie mogły korzystać. Ministerstwo Finansów postanowiło przeznaczyć pieniądze na wyprawy klubowe. Najlepsi wspinacze jeździli więc w najwyższe góry świata ze swoimi macierzystymi klubami wysokogórskimi, które mocno ze sobą rywalizowały. Zawada nie miał lekko.

Zakopiańczycy jadą na Manaslu bić rekordy

Zimą 1983/1984 na Manaslu udała się wyprawa zorganizowana przez Zakopiański Klub Wysokogórski. Listę zdobytych zimą ośmiotysięczników otwierał i zarazem zamykał wtedy Mount Everest. Organizatorem wyprawy i jej kierownikiem był Lech Korniszewski. Kierownikiem sportowym, który wybierał skład był ratownik TOPR Maciej Berbeka. Na Manaslu pojechało z nimi dwóch wspinaczy, którzy zaprawili się w zimowym boju cztery lata wcześniej na Evereście, również TOPR-owcy, Ryszard Gajewski i Maciej Pawlikowski. Pozostali członkowie wyprawy z zimy 1983/1984 to: Zbigniew Młynarczyk, Bogusława Probulski, Marek Danielak, Andrzej Machnik, Włodzimierz Stoiński i Andrzej Osika. Wyprawę miał dokumentować filmowiec Stanisław Jaworski.

Zakopiańska wyprawa na Manaslu w bazie. Od lewej w górnym rzędzie: Zbigniew Młynarczyk, Bogusław Probulski, Marek Danielak, Maciej Berbeka, Ryszard Gajewski i Lech Korniszewski; w dolnym rzędzie: Andrzej Machnik, Włodzimierz Stoiński, Andrzej Osika i Maciej Pawlikowski.Zakopiańska wyprawa na Manaslu w bazie. Od lewej w górnym rzędzie: Zbigniew Młynarczyk, Bogusław Probulski, Marek Danielak, Maciej Berbeka, Ryszard Gajewski i Lech Korniszewski; w dolnym rzędzie: Andrzej Machnik, Włodzimierz Stoiński, Andrzej Osika i Maciej Pawlikowski. (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

- Gdybyśmy wcześniej z Maćkiem Pawlikowskim nie uczestniczyli w zimowej ekspedycji na Everest, to pewnie nie byłoby wyjazdu na Manaslu. Najważniejsze było nasze doświadczenie zebrane w bojach o najwyższy szczyt świata, psychika i determinacja. Nie raz podczas wyprawy na Manaslu musieliśmy ryzykować. Można powiedzieć, że ''jechaliśmy bo bandzie''. Ale musieliśmy, bo dobrze wiedzieliśmy, że jeśli nie zdobędziemy Manaslu, to nasz klub może już nigdzie więcej nie pojechać- mówił po latach Gajewski. Czasy były takie, że niepowodzenie mogło zatrzymać finansowanie kolejnych wypraw.

Na początku 1983 roku Reihnold Messner, który trzy lata później skompletował wszystkie czternaście najwyższych gór świata, powiedział, że wejście na ośmiotysięcznik w zimie bez tlenu nie jest możliwe. Polacy nie zabrali też ze sobą Szerpów, którzy mogliby pomóc w początkowej fazie akcji górskiej. Nie było ich na nich stać.

- W dodatku kulminacja akcji górskiej przypadła na styczeń, czyli na miesiąc, gdy pogoda w Himalajach jest najgorsza - tłumaczy kierownik wyprawy, Lech Korniszewski.

Gdy wyjeżdżali z Polski w planach mieli przesunąć granicę zimowej górskiej eksploracji. Nie liczyło się jedynie pierwsze zimowe wejście. Liczył się styl.

Tragarze z gołymi łydkami i cudeńko RD2

Manaslu leży 100 km na północy-zachód od Katmandu, stolicy Nepalu. W przenoszeniu ciężkich plastikowych beczek pomagali Polakom wynajęci tragarze. Karawana była trudna i czasochłonna.

- Tragarze chodzili w takich ubraniach, że całe łydki mieli gołe. Niektórzy na stopach mieli tylko cieniutkie pepegi, chociaż śnieg momentami sięgał nam po kolana - opowiada Korniszewski.

Na miejsce wyładunku wybrali urokliwe miejsce, niedaleko koryta rzeki Marshyangdi. Gdy z góry patrzyło się na jej błękitne wody, to miało się wrażenie, że spogląda się na morze w okolicach Sardynii, a nie na górską rzekę.

Polska baza pod Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Polska baza pod Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

Baza stanęła 2 grudnia 1983 roku. Stanowiło ją kilka namiotów, a w obwodzie pozostawało cudeńko testowane na ekspedycji - namiot RD 2, który zbudował Ryszard Dmoch, członek wyprawy na Everest.  RD 2 wszystkie części miał metalowe. Podwójna ściana dawała dodatkową izolację. Między ściankami włożone były pasemka karimaty. Ułożono je tak, by woda spływała po ściankach.

- W normalnych namiotach było tak, że gdy słońce przygrzało i topiło śnieg, to woda kapała na twarz. To bardzo nieprzyjemne. W RD 2 tego problemu nie mieliśmy - opowiada Korniszewski.

2 grudnia stanęła baza wysunięta na wysokości 4500 metrów.  Przechodziło się do niej po zamarzniętym jeziorze lodowcowym. Okolica była bezpieczna, ale nocami wspinaczy budziły sunące gdzieś w oddali lawiny.

Na początku pogoda była jeszcze dobra. Wkrótce zaczęło jednak mocno wiać, a lawiny schodziły coraz częściej.

Słynny namiot RD 2 konstrukcji Ryszarda Dmocha (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Słynny namiot RD 2 konstrukcji Ryszarda Dmocha (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

80-metrowa pionowa ściana i huk lawin

Pierwszą trudnością, jaką napotkali na swojej drodze, była ogromna 600-metrowa ściana, tzw. Turnia Messnera. Tamtędy słynny himalaista przechodził w 1972 roku wraz z austriacką ekspedycją, która wytyczyła nową drogę na szczyt.

- Ściana była prawie pionowa, a my musieliśmy na nią wejść. Lawiny szły po obu stronach turni, więc nie mogliśmy ryzykować innej drogi. Zresztą, te lawiny schodziły tuż obok nas. Trzeba było rzucać bagaże i uciekać, a później szukać rzeczy. To była ruletka. Kilka lat wcześniej na drodze była wyprawa jugosłowiańska. Skończyło się tragicznie, bo jej członkowie zginęli pod dwiema krzyżującymi się lawinami - mówi Gajewski.

- Słyszeliśmy tylko okrzyk: uwaga z lewej! I leciała lawina ze śniegu albo z kamieni. Maleńki, ale ostry kamień uderzył mnie w prawe udo. Przeciął mi grube spodnie i skórę. Porządnie krwawiłem, a kamyczek miał tylko cztery czy pięć centymetrów - dodaje Korniszewski.

Najtrudniejszy na Turni Messnera był 80-metrowy pionowy odcinek. Polscy himalaiści spocili się tam mocno. Drogę poprowadzili Gajewski i Probulski.

- Słyszeliśmy, że austriacka wyprawa z 1972 roku szła właśnie tędy. Jak zrobiliśmy ten fragment, to byliśmy pod dużym wrażeniem, że im się to wcześniej udało. To było ostre wspinanie, jak na Kazalnicy, tylko że trochę wyżej, bo na wysokości 5100 m n.p.m. Dużo później, kiedy byłem w Alpach na kursie przewodników wysokogórskich, spotkałem człowieka, który był na tej austriackiej wyprawie. Okazało się, że oni wcale tej 80-metrowej pionowej ścianki nie zrobili. Przeszli bokiem i rzucili liny. My uważaliśmy ich za mocnych zawodników, a oni przeszli bokiem - mówi Gajewski.

Maciej Pawlikowski na Turni Messnera (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Maciej Pawlikowski na Turni Messnera (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

Dolina Motyli i tragiczna śmierć Jaworskiego

Dalej droga wiodła przez Dolinę Motyli. Nazwał ją tak kilkanaście lat wcześniej Reinhold Messner.

- Myśleliśmy, że to jakaś romantyczna aluzja. Ale motyle rzeczywiście tam były. Wszystkie martwe, przyniesione przez wichry z dolin i rzucone na lodowiec - opowiada Korniszewski.

Dalej rozciągał się lodowy labirynt. To znów nazwa nadana przez Messnera. Rzeczywiście, trzeba było pokręcić się długo po lodowych zakamarkach, żeby między zwałami śniegu i szczelinami znaleźć drogę.

11 grudnia w okolicach Turni Messnera zginął Stanisław Jaworski. Był filmowcem, który chciał zebrać materiał o wyprawie na Manaslu. Wcześniej tworzył filmy fabularne, ale pociągała go tematyka górska. W 1981 roku ukazał się jego film ''Gdyby to nie był Everest''. Opowieść o Manaslu miała być kolejnym dokumentem o relacjach ludzi w najwyższych górach świata.

- Staszek wracał z obozu I, który wcześniej założył z kolegami na wysokości 5600 m. Wpiął się do liny, która została nadcięta przez spadający kamień. Poleciał 100 metrów w dół i zginął na miejscu - mówi Korniszewski.

- To miejsce było narażone na spadające kamienie, więc założyliśmy tam dwie liny poręczowe, żeby ryzyko było mniejsze. Staszek zamiast do dwóch, wpiął się do jednej - mówi Gajewski.

Jaworskiego pochowano pod Manaslu. Maciej Berbeka, który był po studiach plastycznych, przy pomocy małej siekierki zrobił krzyż i wyciął na nim pamiątkowy napis. Jaworski spoczął pod turnią Messnera.

Kilku kolegów, którzy zakładali wyższe obozy i poręczowali drogę aż do wysokości 7000 metrów, nic o tragedii nie wiedziało. Na wyposażeniu mieli austriackie radiotelefony, które działały tylko w linii prostej. W terenie, w którym roiło się od przeszkód, nie łapały sygnału.

- O śmierci Staszka dowiedziałem się trzy albo cztery dni później, kiedy w jednym z niższych obozów zobaczyliśmy karteczkę. Kiedy schodziliśmy do bazy, pogrzeb już się zaczynał - mówi Gajewski.

Po tragedii członkowie wyprawy zastanawiali się, czy nie przerwać ekspedycji. W głosowaniu większością głosów przeszło jednak, że akcja będzie kontynuowana.

Nepalski oficer uczy Polaków tradycji

Obóz trzeci na wysokości 7100 metrów stanął 21 grudnia. Dwa dni później wszyscy zeszli do bazy na Boże Narodzenie. Potraw było kilka. Nie obyło się też bez zabawnej sytuacji.

- Czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Ściemniało się. Wypatrywaliśmy jej. Dzień wcześniej pojawiła się w pewnym punkcie nieba i wszyscy jej tam szukali. Zawstydził nas oficer łącznikowy armii nepalskiej. Zapytał, czego wypatrujemy. My na to, że gwiazdki, bo bez niej nie możemy zacząć kolacji. Wziął lornetkę, popatrzył w niebo i powiedział: przecież tu jest. I rzeczywiście była tam, gdzie pokazywał - śmieje się Korniszewski.

Wigilia była jeszcze spokojna. Później zaczęło wiać. Tragiczna śmierć Jaworskiego oraz trudne warunki sprawiły jednak, że kierownictwo zdecydowało o skierowaniu wspinaczy na drogę Messnera - plan nowej drogi upadł.

Wyprawa nie miała dostępu do prognoz pogody, próbowała realizować plan, który powstał wcześniej. A on zakładał, że trzeba iść, mimo że sypało i wiało.

- Jak sypało, to ten zespół, który szedł, po prostu miał pecha. A plan trzeba było wykonać. Wisiało nad nami widmo tego, że jeżeli nie wejdziemy, to następnego wyjazdu może już nie być, bo nie wydadzą nam paszportów - mówi Gajewski.

Obóz IV i ostatnia noc

Obóz trzeci założony na wysokości 7100 metrów był dwukrotnie zwiewany z całym ekwipunkiem do Doliny Motyli. Kolejne dwa tygodnie to walka z wiatrem. Himalaiści musieli w trudnych warunkach zabezpieczyć śnieżno-lodową ścianę, która przegradzała im drogę do szczytu.

- Zimno nie jest największym problemem na tej wysokości. Najgorszy jest wiatr. Jeśli nie wieje więcej niż 30 km/h, to nie ma problemu. Nasz kolega, członek zimowej wyprawy na Mount Everest żalił się swojej babci, że momentami temperatura spadała tam do -40 stopni Celsjusza. A ona na to: jak mnie na Syberię wywieźli, to -65 było i nic się nie działo - mówi Gajewski.

W końcu 11 stycznia Berbeka i Gajewski założyli obóz IV na wysokości 7750 metrów. Dookoła rozciągał się potężny płaskowyż, który ponad 20 lat wcześniej wystraszył Japończyków. Noc była wyjątkowo zimna. Kiedy wychodzili do ataku szczytowego to w namiocie termometr pokazał -35 stopni. Na zewnątrz było -37. I wiało.

Ryszard Gajewski w drodze do obozu IV. Wysokość 7600 m (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Maciej Berbeka w drodze do obozu IV. Wysokość 7600 m (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

Na szczyt!

Do wierzchołka zostało im 400 metrów. Założyli gogle z Poronina, które strasznie parowały i nic nie było widać. Gajewski miał wełniany sweter, który uszyła mu teściowa. Przez głowę wciągnęli na siebie puchowe kurtki. Z zamkami problem był od początku wyprawy, więc po pewnym czasie już się nie rozsuwały.

- Za to puch w nich był dobry, bo polskie gęsi były w czołówce Europy. Mimo tego było zimno. Kiedy w 2009 roku po wielu latach przerwy wróciłem w góry najwyższe na Dhaulagiri, to kombinezony mieliśmy takie, że trzeba było chodzić z zamkami rozpiętymi do połowy  - mówi Gajewski.

Z namiotu wyszli ok. 5:00. Było jeszcze ciemno. Namiot stał pośrodku plateau, a drogę na szczyt wspinacze znaczyli bambusowymi tyczkami. Dlaczego bambus, a nie stal? Drewno było gibkie, lekkie i nie przewracało się pod swoim ciężarem. Metalowe tyczki nie ustałyby w wietrze, który tej zimy na Manaslu wszystko porywał.

Po godz. 7 pokazało się słońce. Mozolnie człapali w górę. Na drodze nie napotkali już większych technicznych trudności. Problemem był wiatr, który wiał czasami z prędkością 90 km/h.

- Dochodzenie do szczytu, a potem schodzenie polegało na tym, że robiło się parę kroków, potem wiatr nas ściągał. Jak robiło się na chwilę spokojniej, to znów człapaliśmy kawałek. Na tej wysokości to potworny wysiłek - mówi Gajewski.

Ok. 13:00 stanęli na szczycie. Spędzili tam 40-45 minut. Tradycja, ale też legitymizacja wejścia, nakazywała zabranie czegoś na dowód z wierzchołka. Wybrali haki zostawione tam w skale przez koreańską ekspedycją. Wzięli też koreańskie flagi.

- Nie mieliśmy sprzętu do wybijania. Musieliśmy to robić czekanami. Zajęło nam to jakieś pół godziny. A haki ładne były. O takich w Polce mogliśmy tylko pomarzyć, więc w przyszłości się nam przydały - mówi Gajewski.

Maciej Berbeka na szczycie Manaslu (fot. Ryszard Gajewski)Maciej Berbeka na szczycie Manaslu (fot. Ryszard Gajewski)

Ze szczytu na brzuchach

Przed godz. 14 zaczęli schodzić. Mieli jeszcze trzy słoneczne godziny.

- Pod szczytem Manaslu jest przełączka. Strasznie tam wiało. Nie byliśmy w stanie zejść. Próbowaliśmy na stojąco - nie dało się. Na czworakach - to samo. W końcu zaczęliśmy się czołgać w dół stoku. Po 60 metrach na brzuchach mogliśmy w końcu wstać. Mocno się odmroziliśmy - opowiada Gajewski.

Mimo trudnego zejścia mieli psychiczny komfort, poczucie, że ktoś na nich czeka. W momencie, kiedy wychodzili do ataku szczytowego, w III obozie przebywali Maciej Pawlikowski i Bogusław Probulski. Również w obozie II byli koledzy - Zbigniew Młynarczyk i Marek Danielak.

- To była nasza obstawa, gdyby coś poszło nie tak. I tak szliśmy w dół, aż doszliśmy do obozu II. To było ok. 22:30. Padliśmy. Danielak i Młynarczyk całą noc masowali nam ręce i stopy, bo mieliśmy poważne odmrożenia. To się nazywa górskie partnerstwo. Przez cztery kolejne miesiące chodziłem z opatrunkiem na kciuku. Jakoś udało się palec uratować. Maciek odmroził sobie dwa duże paluchy u stóp - wspomina Gajewski.

Ryszard Gajewski na szczycie Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Ryszard Gajewski na szczycie Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

Polskie rekordy i rosnące góry

Na początku 1983 roku Reinhold Messner mówił, że nie da się wejść na ośmiotysięcznik bez tlenu.

- A osiem miesięcy później Polacy stali na szczycie Manaslu. To było pierwsze w historii zimowe wejście bez tlenowych butli na ośmiotysięcznik. I pierwsze w styczniu. To była fizjologiczna sensacja tamtych czasów - mówi Korniszewski.

Za swoje wejście dostali od nepalskiego ministerstwa turystyki pamiątkowy dyplom, z którym wiąże się pewna historia.

- Składając cztery lata wcześniej podanie o zezwolenie na akcję górską na Manaslu, pisaliśmy o szczycie, który miał 8156 metrów. Tymczasem na dyplomie za zdobycie wierzchołka było napisane - 8163 m. Jak to możliwe? Czy to jakaś pomyłka? Ależ nie! Himalaje cały czas rosną, to młode góry. Śmialiśmy, że tak młode, że niedługo będą miały 70 mln lat. A jak policzyła ostatnia komisja, Manaslu ma 8178 metrów - opowiada Korniszewski.

Dyplom od Nepalczyków dla pierwszych zdobywców Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)Dyplom od Nepalczyków dla pierwszych zdobywców Manaslu (fot. archiwum Ryszarda Gajewskiego)

A co z Messnerem?

Co na wieść o polskiej sensacji fizjologicznej powiedział Reinhold Messner?

- Nigdzie jego wypowiedzi na temat naszego wejścia nie znalazłem - kończy kierownik wyprawy, Lech Korniszewski

***

Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski przez wiele lat pracowali jako ratownicy TOPR.

Berbeka zginął 6 marca 2013 na zboczach Broad Peaku. Wcześniej został jego pierwszym zimowym zdobywcą. Miał 58 lat.

Gajewski jest przewodnikiem górskim IVBV. Mieszka w Zakopanem.

Partnerem cyklu o TOPR jest Skoda.

Ryszard Gajewski i Maciej BerbekaRyszard Gajewski i Maciej Berbeka

Komentarze (14)
32 lat temu Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski zdobyli Manaslu jako pierwsi w zimie. Polska sensacja fizjologiczna
Zaloguj się
  • szaja25

    Oceniono 19 razy 19

    Ludzie ze stali.

  • stasiuxx

    Oceniono 16 razy 16

    To gladiatorzy................................pamiec zostaje na zawsze.

  • hen354

    Oceniono 13 razy 13

    Juz wkrotce tacy ludzie beda podbijac kosmos. Na Ziemi nie ma juz zbyt wielu wyzwan.

  • glomek

    Oceniono 1 raz 1

    w latach 52-91 nie było TOPRu. byla tatrzańska grupa GOPRu.

  • june-of-44

    Oceniono 2 razy 0

    Mieliśmy tę naszą ekipę. Nad głowami bezkresne niebo a pod nogami przepaść....jazda do góry !

  • eddiepolo25

    Oceniono 2 razy 0

    @jack_flash
    czytanie to tylko na pozór łatwa sztuka
    weszli i zeszli, w styczniu, bez tlenu
    (a jeśli dalej nie kumasz, to przerzuć się na oglądanie świerszczyków)

  • skydiver

    Oceniono 1 raz -1

    32 lat temu ...

  • jnd

    Oceniono 3 razy -3

    Glupota wielka jak gory.

  • omg-wtf

    Oceniono 18 razy -8

    "Mimo trudnego zejścia mieli psychiczny komfort, poczucie, że ktoś na nich czeka."
    Co pan powiesz panie Bielecki?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX