Kilka tygodni temu 34-letnia Kinga Baranowska stanęła na Kanczendzondze (8598 m n.p.m), górze, której nie zdobyła dotąd żadna Polka. 17 lat temu zginęła tam najwybitniejsza polska himalaistka Wanda Rutkiewicz. Dla Baranowskiej był to szósty ośmiotysięcznik, wkrótce planuje wyprawy na kolejne.
Przemysław Iwańczyk: Nasza rozmowa ukaże się na stronach sportowych, ale nie mam przekonania, czy himalaizm to sport. Kinga Baranowska: I ja do końca nie wiem, choć moje ostatnie wejście na Kanczendzongę na pewno miało wymiar sportowy. Żadna z moich wypraw nie miała charakteru komercyjnego, a mimo to w Polsce próżno szukać w mediach informacji o himalaizmie na stronach sportowych. Zupełnie inaczej niż w Hiszpanii, gdzie wejście na Kanczendzongę, Dhaulagiri (8167 m) czy Manaslu (8156 m) to sportowe wydarzenie tygodnia.
Himalaizm to na pewno droga życiowa. A jeśli sport, to taki, w którym nie ma klaszczących kibiców emocjonujących się każdym dniem naszych wypraw. To nie piłka nożna,
siatkówka, koszykówka, to nie zmaganie się z rywalem, ale z naturą, i to w samotności. Wygrywa ten, kto zrozumie, że nie jest wszechmocny.
Ludzie słyszą o himalaistach tylko wtedy, kiedy zaliczą kolejny szczyt lub dojdzie do tragedii. I dziwią się, po co ktoś podejmuje tak ekstremalne ryzyko. - Ekstremalne ryzyko? Trudno mi się z tym zgodzić, zwłaszcza kiedy oglądam mecz piłki nożnej. Wolę iść samotnie w góry, niż znaleźć się w sytuacji futbolisty narażonego na to, że ktoś porachuje mu kości.
Noga piłkarza się zrośnie, a himalaisty... - To rzadkość, wypadków w Himalajach jest bardzo mało, ale jeśli już się zdarzają... Z himalaizmem jest jak z lataniem samolotem. To najbezpieczniejszy transport ze wszystkich, ale jeśli już dojdzie do katastrofy, mówią o niej wszyscy.
Na marginesie, nie lubię latać. Im częściej to robię, tym bardziej za tym nie przepadam. A już nienawidzę śmigłowców. Często docieram nimi w mało dostępne pasma gór, ale już na sam ich widok robi mi się źle. Najczęściej
maszyny te prowadzą rosyjscy piloci, których kabiny wyłożone są obrazkami świętych. Kiedyś w Kirgizji po prostu zatrzymali się i zaczęli majstrować coś przy śmigle, zdejmować je, zakładać z powrotem.
Będzie chciała mnie pani przekonać, że himalaizm to zabawa dla każdego? - Himalaizm nie jest dla wszystkich, trzeba mieć do tego predyspozycje, zwłaszcza psychiczne. Żeby wyjść w góry, trzeba się tam dobrze czuć. Przekonują się o tym choćby ci, którym idzie nieźle na ściankach - wychodzą w góry i mówią: "Kurczę, to nie dla mnie". Ryzyko można zmniejszyć, trzeba się tylko umieć poddać naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura.
W klasycznym wyczynowym sporcie jest odwrotnie. Zawodnik przygotowuje się kilkanaście lat, wierzy w swoją siłę, dopiero wtedy może myśleć o sukcesie. To paradoks, który powoduje, że trudno zrozumieć himalaizm i żądze, które kierują nas do wyjścia w góry.
A skąd u pani te żądze? Chce pani sobie podnieść adrenalinę? - Nic z tych rzeczy. Wchodząc na Kanczendzongę, dwa miesiące byłam poza domem. Nie wytrzymałabym tak długo w stanie ciągłego napięcia, spaliłabym się już drugiego dnia. Znów wrócę do porównań z futbolem. Piłkarz wychodzi na mecz, jest skoncentrowany, podekscytowany, ale to trwa półtorej, najwyżej dwie godziny. Później gwizdek, koniec.
Podczas wypraw jestem tak wyciszona, że gdyby ktoś mnie tam zobaczył, dziwiłby się: o co tej dziewczynie chodzi, czemu ona jest tak spokojna?
Oglądałem filmy, kiedy wracała pani z wypraw. Myślałem, że rozmawia pani z dziennikarzami wolno, cedząc każde słowo, z powodu zmęczenia. - Im dłużej się wspinam, tym bardziej jestem spokojna i opanowana. Góry uczą cierpliwości. Ktoś, kto nie posiadł tej umiejętności, nie ma szans, czekając tydzień na poprawę pogody w namiocie o powierzchni trzech metrów kwadratowych. Może co najwyżej pociąć namiot z bezsilności.
Mówię sobie: "Kinga, uspokój się, tam wysoko dekoncentracja to strata energii. Zachowaj ją na atak szczytowy". Ja się w ogóle nie denerwuję.