Polacy sensacją w szwedzkim górskim maratonie

Tego się nie spodziewaliśmy - polscy biegacze stali się sensacją AXA Mountain Marathonu w Szwecji. Zarówno Marcin Świerc, jak i Paulina Maciuszek - zawodnicy Salomon Suunto Team - zajęli drugie miejsce w 43-kilometrowym biegu rozegranym w sobotę 13 sierpnia w okolicach Valadalen.

Marcin walczył z pięciokrotnym zwycięzcą Andreasem Svanebo, który w tym roku poprawił swój rekord o 13 minut i ponownie był najszybszy z czasem 3:40.53 Siedem minut później na metę wpadł nasz zawodnik. Paulina natomiast dzielnie ścigała się z Emelie Forsberg - panie na mecie dzieliła różnica 8 minut, zwycięski czas wyniósł 4:30.27.
AXA Mountain Marathon, który uznawany jest za najtrudniejszy maraton w Skandynawii, rozgrywany był już po raz siódmy. Zawody odbyły się w szwedzkim Valadalen, a trasa prowadziła z Edsasen przez trzy szczyty Välliste, Hallfjället i potężny Ottfjället, aż do linii mety w stacji Valadalen. Jej trudność wynikała z dużych przewyższeń (na 43 km 1800 m przewyższenia), ale przede wszystkim z jakości ścieżek. O tym fakcie świadczył też najlepszy dotąd czas: 3 h 54 min 23 s z 2008 roku.

Z roku na rok impreza podnosi swoją rangę i staje się coraz bardziej popularna - w pierwszej edycji startowało zaledwie 60 zawodników, w szóstej już 263, a w tym roku zapisało się 400 osób!

Oto relacja Marcina Świerca: - Razem z Pauliną Maciuszek miałem możliwość wziąć udział w AXA Moutain Maraton. Był to mój drugi maraton w życiu, i do tego jeszcze drugi w tym roku, w  przeciągu miesiąca, więc czułem obawy przed startem, gdyż jest to najtrudniejszy maraton w Szwecji. Trasa przebiegała przez rezerwat Valadalen, który był strasznie rozmokły po kilku tygodniach opadów. Trasy nie znałem, zwycięzca Andreas biegał już tu pięć razy i pięć  razy wygrał! Tym razem miał bieg życia, pobił swój rekord o prawie 14 min. Ja również pobiłem poprzedni rekord.

Od początku kilku zawodników pobiegło bardzo mocno, wytrzymali do 2 km, a później ja dotrzymałem kroku Andersowi do 30 km, zmieniając się z nim na prowadzeniu. Stopniowo zaczynało mi brakować sił pod górę: ostatnie 3 km prowadziły już szerokim szutrem, niby prosty odcinek, a dla mnie to była już walka o ustanie na nogach.

Na końcówce odcinało mi zasilanie, zbliżała się tzw. ściana - na szczęście udało się ukończyć, z czego bardzo się cieszę. Walka z błotem wyczerpała mnie, każdy krok  kosztował coraz więcej energii. Brakło trochę doświadczenia, następne maratony na pewno pójdą lepiej.

Po biegu mogliśmy skorzystać z masażu oraz zażyć kąpieli w baliach. Już nie mówiąc o pysznościach, które czekały na mecie. Na trasie nie korzystałem z bufetów, wiec nadrobiłem na finiszu. Pysznie! Dziękuję kibicom za trzymanie kciuków!