Red Bull X-Alps. Paweł Faron: Jestem zadowolony, chociaż były chwile grozy

- Gdyby nie zatrucie pokarmowe i inne początkowe problemy, to byłoby o wiele lepiej. Ale i tak jest dobrze. Do mety zabrakło mi 152 km, wyprzedziłem wielu świetnych zawodników. Chociaż był jeden moment, gdy mogło być po mnie. Zatrzymałem się 10 metrów od przepaści - opowiada Paweł Faron, jedyny Polak w trwającym prawie dwa tygodnie wyścigu przez Alpy.

Red Bull X-Alps to wyścig przez Alpy - z Salzburga do Monako. W tym roku odbył się po raz piąty. Wzięło w nim udział 31 zawodników z 21 krajów. Zasady są proste: można korzystać wyłącznie z własnych nóg i paralotni, którą niesie się ze sobą w plecaku. Po drodze trzeba zameldować się w 10 punktach pomiarowych. Rywalizacja trwa codziennie od 5 do 22:30. Co 48 godzin najsłabszy odpada.

W tym roku trzeci raz z rzędu wyścig wygrał Szwajcar Christian Maurer. Do Monako dotarł w rekordowym czasie - 6 dni, 23 godziny i 40 minuty. Od startu do mety jest 1031 km w linii prostej, ale zawodnicy przebyli o wiele więcej. Dla przykładu Maurer pokonał ponad 2500 km. Paweł Faron, który zajął 14. miejsce pokonał ponad 1800 km.

Dominik Szczepański: Jak to się stało, że przez 1800 km wyścigu przez Alpy nie zgubiłeś się, a dziś miałeś problemy z trafieniem w odpowiednie miejsce w Warszawie?

Paweł Faron: (śmiech) W górach da się to wszystko ogarnąć dzięki GPS-owi i mapom. W Warszawie nie tyle się pogubiłem, co wpakowałem w korki. Żywiec, w którym mieszkam to małe, spokojne miasteczko, a tutaj korki muszą być dla was bardzo uciążliwe.

Zakończyłeś Red Bull X-Alps na 14. miejscu. Startowało 31 zawodników z 21 krajów. W 13 dni przebyłeś dokładnie 1808 km. Do mety zabrakło ci 152 km. Jesteś zadowolony?

Bardzo. Zabrakło mi jednego dnia, żeby dotrzeć do Monako. W momencie kiedy dotarłem do Mont Blanc, pogoda się zepsuła. We wcześniejszych wyścigach było tak, że jeżeli już komuś udało się tam dotrzeć, to pogoda była na tyle dobra, że ostatni odcinek spokojnie dało się przelecieć. W tym roku było inaczej, przez ostatnie dwa dni pogoda dała nam popalić. Burza za burzą.

Wyścig nie zaczął się dla ciebie szczęśliwie. Zatrułeś się trzeciego dnia.

Napiłem się brudnej wody z potoku. Niestety nie wziąłem tabletek do odkażania. Następnego dnia miałem ogromne problemy żołądkowe. Pogoda była marna, a żeby w ogóle myśleć o locie, to trzeba było wejść na przełęcz na wysokość ok. 2500 m. Wolałem już sobie truchtać i przejść tego dnia 60 km. Wieczorem, kiedy mi się poprawiło uznałem, że warto spróbować polecieć. Wszedłem na startowisko. Byłem niedaleko Innsbrucka. Trudne miejsce, bo w pobliżu lotniska.

Możecie latać w takich miejscach?

Mamy przy sobie sprzęt, dzięki któremu ustalamy przestrzeń lotniczą, w którą nie możemy wlecieć. Za to grozi 48 h kary albo dyskwalifikacja. Oficjalne startowisko było jeszcze 500 metrów wyżej, ale ja już nie miałem siły tam podejść i postanowiłem polecieć z niższego punktu. Ryzyk fizyk. Niestety złapał mnie wiatr dolinowy, który nie unosi, tylko ciągnie w dół. Spłukało mnie do samej ziemi i wylądowałem w miejscu, z którego dwie godziny wcześniej zacząłem podchodzić.

Musiałem człapać tego dnia jeszcze 30 km. Doszedłem do schroniska totalnie wycieńczony i załamany. Myślałem nawet, żeby przerwać wyścig, ale pomogli mi ludzie, którzy dzwonili, pisali, dopingowali mnie. Pomyślałem, że może następny dzień będzie lepszy i rzeczywiście. Obudziłem się bez bólu brzucha.

W drugim tygodniu wyścigu zacząłeś przyspieszać.

W pewnym momencie byłem nawet 25. w stawce. Straszne. To był zbieg nieszczęśliwych okoliczności, bo myślę, że nie odbiegałem umiejętnościami od najlepszych. Po pierwszym dniu byłem trzeci. Ale to zatrucie i kłopoty w startowaniu pozbawiły mnie trochę logicznego myślenia. Działałem chaotycznie. Pozbierałem się później i zacząłem działać bardziej intuicyjnie, nie patrzyłem na innych. I okazało się, że to świetnie działa. Z dnia na dzień było coraz lepiej.

Fizycznie też? Nie byłeś coraz bardziej zmęczony?

Oprócz tego zatrucia nie miałem problemów z organizmem jak dwa lata temu. Moi pomocnicy ładowali mnie dużo jedzenia i płynów. Przedostatnia noc była ciężka, bo wykorzystałem nocną przepustkę i w ogóle się nie spałem. Zrobiłem tego dnia 80 km na nogach i pod koniec miałem naprawdę dość. Później przespałem się godzinę i trochę odpocząłem.

Christian Maurer w tym roku pobił rekord wyścigu. Do mety dotarł w 6 dni 23 godziny 40 minut. Dwa lata temu przebycie krótszej trasy zajęło mu 11 dni. Jak to jest możliwe?

Dwa lata temu pogoda była gorsza, latało się mniej. Poza tym Maurer mieszka w Interlaken, to jego góry. Przeleciał każdy fragment trasy, a to naprawdę świetny pilot, trzy razy wygrywał puchar świata. Oprócz tego - Maurer to pilot zawodowy. Żyje z tego. U nas to nie do pomyślenia. Przy nim jestem amatorem. Żeby zarobić na życie prowadzę swoją firmę, latam w wolnych chwilach i gdyby nie sponsorzy jak HTC, Red Bull czy Connect, to nie mógłbym wystartować w tym wyścigu.

W tym roku zaskoczeniem było słabsze miejsce Toma Coconei. Przez dwie ostatnie edycje Rumun docierał do Monako tuż za Maurerem, a tym razem był dopiero dziesiąty.

Jego atutem jest świetne przygotowanie fizyczne. W powietrzu jest trochę słabszy, a w tym roku latało się naprawdę dużo. Stąd dopiero 10. miejsce. Ten ranking - lepszy/gorszy pilot - wymaga uzupełnienia. Podczas wyścigu startujemy w warunkach, w których normalny paralotniarz nawet nie myśli o rozłożeniu skrzydła. Ale to co robi Maurer, to jeszcze wyższy poziom. Może dla niego to nie było ryzyko, ale kiedy ja patrzyłem na to, co robi, to myślałem sobie, że w każdej sekundzie igra z ogniem.

A czy ciebie w trakcie wyścigu spotkało coś niebezpiecznego?

Miałem przygodę podczas lądowania na przełęczy Grimsel. Plan był taki, żeby przelecieć nad nią. W powietrzu było fajnie, wykręciłem wysokość 3200 metrów, przełęcz jest 1000 m niżej, więc myślałem sobie: jest świetnie, nie będzie problemu. Chwilę później złapał mnie bardzo silny wiatr. Leciałem z prędkością 70 km/h, a po chwili zacząłem się cofać. Teren pode mną był fatalny. Z jednej strony druty z wysokim napięciem i jezioro, gdzie pływały kry. Gdybym popełnił błąd, byłoby po mnie. Żadnych szans na uratowanie. Z drugiej strony skaliste otoczaki. Makabryczne miejsce do lądowania. A ja musiałem tam wylądować, bo linia wysokiego napięcia odcinała mi drogę do innego lądowiska. Przeżyłem horror. Udało mi się wylądować, ale w momencie, gdy dotknąłem ziemi i zgasiłem skrzydło, to ono napompowało się powietrzem i zaczęło mnie ciągnąć po tych skałach. Wyhamowałem 10 metrów przed 40-metrową pionową przepaścią. Najlepsze, że obok stały cztery osoby i robiły zdjęcia. Nikt mi nie pomógł. Na szczęście nic mi się nie stało.

Zniszczyłeś sprzęt?

Podziurawiłem paralotnię, a nie miałem przy sobie potrzebnych rzeczy, żeby ją naprawić. Z pomocą przyszedł mi czeski zawodnik, Michał Krysta. Wylądował pół godziny później 200 metrów niżej. Przyszedł do mnie i mówił, że widział wszystko z góry i cieszy się, że żyję. Miał klej i materiał i pomógł mi skleić paralotnię.

To był najgroźniejszy moment, a najfajniejszy?

Finisz. Pokonaliśmy prawie 2000 km i nagle na koniec okazało się, że tuż przed końcem wyścigu trzech z nas jest w odległości jednego kilometra. Ja, Belg Thomas de Dordolot i Rosjanin Jewgienij Griaznow. Rosjanin biegł, a my z Dordolotem ścigaliśmy się w chmurach. Niesamowity moment. Po tylu dniach, setkach kilometrów, byliśmy w jednym miejscu i walczyliśmy jakby wyścig zaczął się 30 minut wcześniej. No i skończyło się tak, że Dordolot w momencie końca wyścigu - o godz. 12 - był kilka metrów przede mną, a Rosjanin tuż za mną.

Często startowaliście na paralotniach z tych samych miejsc, bo musieliście zaliczyć obowiązkowe punkty pomiarowe. Nie było kolejek do startowania? Jak się ustala kolejność, kiedy jest was kilku?

Jedyne oficjalne miejsce, z którego wszyscy wylatywaliśmy [oprócz pierwszego punktu - Zugspitze, tuż po starcie wyścigu w Salzburgu - przyp.red] to Saint Hilarie [96 km od mety w Monako - przyp red.], gdzie spotkaliśmy mnóstwo paralotniarzy. Kiedy nas zobaczyli, to wiedzieli, o co chodzi. Wyścig jest bardzo popularny w krajach alpejskich, więc nie było problemu z kolejkami do startu. Rozstąpili się i pozwolili nam startować.

Jak reagowali na was mieszkańcy Alp?

W Austrii, gdzie wyścig był bardzo nagłośniony, mnóstwo ludzi stało przy trasie i nas dopingowało. Sporo osób było też w Szwajcarii, we Francji i we Włoszech trochę mniej, ale i tak było ich dużo. W Austrii któregoś dnia trafiłem na miejscowego strażaka, który zaprosił mnie do siebie. Mogłem się u niego wykąpać. Później szedł ze mną 10 km, żebym się nie zgubił, pokazał, gdzie mogę przenocować i skąd najlepiej wystartować. Późnym wieczorem przyjechała jeszcze jego żona, przywiozła arbuza i sery.

A jak w Polsce z popularnością paralotniarstwa?

Coraz lepiej, myślę, że w tym momencie jest ok. 10 000 osób, które latają regularnie. Poza tym mistrzynią świata została właśnie Polka, Klaudia Bułgakow. Kiedyś to było bardzo niszowe środowisko, ale z roku na rok to się zmienia.

Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby zostać paralotniarzem?

Podstawowy kurs kosztuje ok. 600 zł. Robi się go na sprzęcie szkoły. Trzeba też zrobić badania. Jest niewiele chorób jak np. padaczka, które mogą uniemożliwić latanie, ale trzeba to sprawdzić. Używany sprzęt, który jest bezpieczny i nadający się do przyjemnego latania kosztuje minimum 3-4 tysiące złotych.

Co dalej? Jakie masz teraz plany?

Jeśli wszystko dobrze ułoży się ze sponsorami, to zgłoszę się do Red Bull X-Alps za dwa lata. Tej jesieni chcę też pojechać do Brazylii i spróbować pobić rekord świata w długości lotu paralotnią ze startu z nóg. Najdłuższy lot paralotnią w historii wynosi w ogóle 507 km, ale to było w Afryce, ze starty na holu. Rekord ze startu z nóg wynosi 460 km i został ustanowiony właśnie w Brazylii. Leci się ok. 10 godzin. Myślałem od tym już od dawna. Może właśnie teraz jest mój czas.

rozmawiał Dominik Szczepański