Sport.pl

WAR-SZAŁ: street art na ulicach Warszawy

- Street art to otwieranie przestrzeni publicznej. To nie tylko kolejny, kolorowy obrazek. Od tego są reklamy i billboardy - mówi Kwiatek, współtwórca fundacji Vlep[v]net i galerii V9, promującej sztukę w przestrzeni miejskiej.

- Sztuka uliczna od lat skutecznie zaraża polskie miasta. Coraz rzadziej kojarzy się z wandalizmem, coraz częściej zaskakuje przechodniów kolorami, poziomem i świetnymi pomysłami. Otworzyli się na nie kolekcjonerzy sztuki (nikogo już nie dziwią aukcje ulicznych prac młodych artystów), regularnie organizowane są festiwale graffiti, murale znanych artystów stały się atrakcjami turystycznymi. Wielu znanych street artystów zaczynało swoją przygodę od vlepek. O przełamaniu stereotypu, że sztuka ulicy to dzieło wandali i o tym, dlaczego lepiej szukać street artu na ulicy, a nie w galeriach - opowiada Kwiatek z domu kultury V9.

 

Rozmowa z Kwiatkiem założycielem Vlep[v]net i galerii V9

Dominika Kotowicz: Jak zaczęła się twoja przygoda ze street artem?

Kwiatek: W autobusie. Na tylnej, blaszanej ściance starych autobusów spotykały się małe karteczki, na których były różne formy graficzne, czyli vlepki. Ponieważ każdy szanujący się vlepkarz dodawał tam swój adres mailowy, mogliśmy się w końcu podjąć wspólne działania. Spotykaliśmy się w każdą niedzielę na placu Bankowym, by kolektywnie lepić. Vlepki były różne, niektóre zabawne, niektóre wręcz przeciwnie. W końcu zaczęło nam brakować miejsca w autobusie i postanowiliśmy opuścić tą przestrzeń. Umieszczaliśmy vlepki na znakach drogowych, choć pewna grupa pozostała wierna tylko autobusom. To było jakieś dziewięć lat temu. Wtedy założyliśmy też stronę internetową vlepvnet.bzzz.net, która miała skupiać vlepkarzy z całej Polski i prezentować ich prace w jednym miejscu. To była pierwsza misja vlepvnetu - stworzenie wspólnej platformy dla rozdrobnionej sceny.

Od tamtej pory wasza działalność bardzo się rozwinęła.

Na początku rzeczywiście tylko skupialiśmy scenę. Potem zorganizowaliśmy street art jam, pierwsze działanie pod mostem Śląsko-Dąbrowskim. Co prawda były już jamy grafficiarskie, scena graffiti była już dosyć rozwinięta, a ta street artowa jeszcze nie. Coraz więcej jednak mówiło się o vlepkach, które były coraz większe i bardziej widoczne, pojawiło się więcej szablonów, nie tylko politycznie zaangażowanych. Chcieliśmy pokazać to zjawisko w jednym miejscu, aby zderzyć się z głośnym wówczas pytaniem: czy to jest sztuka czy wandalizm? Kolejnym krokiem było stworzenie stałego miejsca, w którym artyści, których cenimy, mogliby w bardziej komfortowych warunkach popracować. Otworzyliśmy więc na Pradze galerię Viuro. Galeria miała wyjść poza getto autorów, twórców i dotrzeć do odbiorców street artu. W galerii artysta zyskuje spokój, nie ma monitoringu, nikt go nie goni ani nie śledzi, dostaje pełną swobodę, a jednocześnie może stworzyć coś co mogłoby się zdarzyć również na ulicy. We Viurze pokazaliśmy artystów, którymi się jaramy, zarówno ze sceny lokalnej jak i z zagranicy. Na Pradze działaliśmy około 3 lat, etap jarania się przeminął. Otworzyliśmy V9, miejsce z którego obserwujemy street art bardziej krytycznym okiem.

W ostatnim czasie powstaje sporo murali. To dobrze?

Teraz jest trend na murale, wszyscy je malują. Nie mamy pretensji do artystów, bo każdy obiera swoją drogę, ale do kuratorów. Powstają kolejne festiwale i można odnieść wrażenie, że to jakaś franczyza: pojawił się jeden kanon, jedna grupa artystów. Robisz ctrl+c, ctrl+v i masz kolejny festiwal. Pewne nazwiska się po prostu pojawiają. Blu ma chyba najwięcej murali w Polsce, a na przykład grupa Massmix ma tylko jeden, nie wiedzieć czemu. Trochę się obawiamy tego zjawiska, gdyż stało się strasznym narzędziem do budowania przestrzeni publicznej w prosty i mało przemyślany sposób: malujemy kolorowy obrazek i sprawa pozamiatana - poprawiliśmy przestrzeń publiczną. Mamy kilku naprawdę świetnych artystów i rozumiem że są na większości festiwali, choć wymagam od kuratorów poszukania głębiej, nie tylko wśród pierwszych dziesięciu wyników w wyszukiwarce, które na hasło street art odpowiedzą tymi samymi nazwiskami. Warto rozejrzeć się po swoim mieście i poszukać artystów, którzy jeszcze nie zostali odkryci i dać im szansę, tak jak my jako Viuro czy V9.

Z muralami mam też taki problem, że są wielkie, widoczne i przez to zwalniają z obowiązku oglądania się w przestrzeni publicznej. A między nimi jest masa szablonów, vlepek czy innych mikrointerwencji, które też mogą być interesujące i stymulujące.

Czym dla ciebie jest street art?

To otwieranie przestrzeni publicznej. Street art czy to z perspektywy autora, czy odbiorcy bardzo nas zwraca twarzą do miasta. Na przykład ostatnio wracając z V9, odkryłem wychodzący nie wiadomo skąd i dlaczego pęk rur, który buduje nieoczekiwaną sytuację niczym z Diuny. To jest dla mnie street art. Działania, które są w stanie mnie pobudzić, czy raczej obudzić. Nie tylko kolejny, kolorowy obrazek, od tego są i będą reklamy i billboardy.

Jakich artystów wspieracie?

Fascynujemy się Bremsem, który otworzył swoją wystawą nasz dom kultury czyli V9. To, co robi na scenie grafficiarskiej jest szalone, zupełnie obala mit techniki i doskonałych ruchów na rzecz drgania, emocji i prawdziwego, mięsistego malowania. Jego styl nazwaliśmy stylem zbożowym, bo trochę przypomina snopy ustawiane na polach. Podoba się nam też Pikaso, kolejny ekstremista, który maluje piekielnie obrzydliwe obrazki. Mamy kilku wariatów w Warszawie. Jest Mrufig - z naszego kolektywu, który robi świetne rzeczy, jego świetnie ułożona ręka, lubi "przydłubać" - przy jego pracach trzeba spędzić trochę czasu, by odkrywać kolejne warstwy. Goro, który zupełnie odrzuca jakiekolwiek figuracje, na rzecz malarstwa abstrakcyjnego, syntetycznego, bardzo przez to otwartego, wolnego od jednej interpretacji. Każdy je czyta inaczej. Te prace są otwarte, w przeciwieństwie do ładnych obrazków, w przypadku których przekaz często jest zamknięty. Mamy scenę wrocławską: Trutha, który pracuje bardziej rzeźbiarsko, buduje instalacje i w marcu realizował na nasze zaproszenie projekt Trzepak w Warszawie. Mamy dwaesha, który ostatnio mniej działa, ale jego prace, symptomatyczne i delikatne, efemeryczne, skłoniły nas do zmiany patrzenia na sposób pracy z przestrzenią publiczną. Jest Marian, czyli Mcity - fajnie, że na street art jamie zaczął realizację swojego wielkiego projektu od budynku vlep[v]netu. I wielu innych. Warto ich odnaleźć.

Gdzie szukacie inspiracji?

Dla nas inspiracją jest postvandalizm, to co widzimy na warszawskich ulicach, co dzieje się oddolnie. Kiedyś to były inspiracje związane ze sztuką wysoką (hahaha!), ale teraz to głównie życia miasta i miasto samo w sobie. Może to być budka z zapiekankami, która postawiona w dziwnym miejscu, działa jak wykrzyknik. Choć teraz sytuacja jest raczej odwrotna: ta budka zostaje nagle otoczona przez szklane wieżowce, to jest inspirujące.

Coraz więcej działań to w pełni legalne realizacje. Czy to znaczy, że coraz mniej ma to wspólnego ze street artem, z którego wyrosło?

Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ja kiedyś biegałem, wlepiałem vlepki, coś smarowałem i wiem jaka wiąże się z tym przyjemność. Jak już coś posadzisz w miejscu, które ty sobie wybrałeś, które tobie się wydawało miejscem stworzonym pod twojego wrzuta - to daje prawdziwą satysfakcję. Przejeżdża się koło takiego miejsca, widząc jak zaczyna żyć: być może ktoś to zamaluje, może ktoś to zerwie, domaluje coś czy doklei. To zawsze było moim motorem. Miasto nie tylko organizowane od góry: tu możecie, a tu nie, ale miasto wychodzące od dołu, od społeczeństwa. Street art, czy działania urban artowe robione w nocy, są dla mnie dużo bardziej wartościowe, niż te które są coraz mocniej nacechowane działaniami PRowymi. Tak mi się wydaje. Sporo jest osób, które robią dwa, trzy wrzuty, promują się na portalach społecznościowych, później kilka wystaw i już go na ulicy nie zobaczysz. Niestety Polska scena bardzo szybko wykonała ten krok do galerii, a nasze ulice są puste. Na berlińskim Kreuzbergu na jednej ulicy widzę więcej wrzutów niż w całej Warszawie w ostatniej dekadzie. Tam czuć wrzenie, że miasto żyje, że ludzie są zaangażowani w jego budowanie, a nie tylko czekają aż ktoś inny wskaże co, jak i gdzie zrobić.

Co można zrobić, żeby było lepiej?

Nie wiem, może otworzyć szkołę street artu (śmiech!). My staramy się, aby V9 stało się takim domem kultury. Dajemy u nas możliwość poznania różnych technik street artowych, pokazujemy, że można działać oddolnie. Na pewno Warszawa jest miastem, które ma niesamowity potencjał. To nie jest taka homogeniczna konstrukcja jak Kraków: cały czas kamienice - nuda. U nas jest kamienica, za chwilę blok, obok buda, później dostajesz w mordę Pałacem Kultury. Tu się nie nudzisz, za każdym razem coś jest. I w to powinien wejść jeszcze street art.

Gdzieś jeszcze w Warszawie można spotkać prawdziwy street art?

To proste: w v9 (śmiech!). Kiedyś takim miejscem była ulica Chmielna, gdzie pojawiały się vlepki, vlakaty, które po opuszczeniu autobusów zyskały większe formaty. Jeden z wrzutów wisi do dziś, od jakiś 12 lat i ma się dobrze, przeżył remont budynku, a jest to papier. Nie powiem gdzie jest, bo jest szansa że po ujawnieniu zniknie. Są też miejsca, które przestały funkcjonować, na przykład Huta Warszawa, gdzie można było pojechać i podziałać. Teraz myślę, że na Hożej trochę będzie się działo (śmiech) . Choćby z racji tego, że ludzie, którzy będą tu przychodzić, będą zostawiać po sobie jakieś ślady.

Dołącz do nas na Facebooku