Sport.pl

B-boying, czyli miejska bitwa. W tańcu

W czasach PRL, gdy zapach Ameryki czuć było tylko w Peweksie, a największym szpanem było żucie gumy Donald, na Bronksie rodziła się nowa kultura miejska - B-boying! Wtedy w Polsce ten specyficzny rodzaj tańca z przekąsem nazywano go "tańcem połamańcem". Jak większość kulturalnych towarów eksportowych, także B-boying musiał odczekać swoje na cle, by w połowie lat 80-tych wraz z falą hip-hopu zalać kraj nad Wisłą.

Dołącz do nas na Facebooku

Dziś to jeden z najbardziej rozpoznawalnych kierunków tanecznych na świecie. Wraz z hip-hopem, graffiti i turntablismem, czyli sztuką gry na gramofonach stanowi trzon miejskiej kultury alternatywnej. Sięgających do korzeni i występujących na ulicy B-boy'ów można spotkać w każdym mieście w Polsce. Na popularnych placach, skwerach i chodnikach, grupki luźno ubranych młodych ludzi wykonują karkołomne figury na macie, w rytmie funky lub hip-hopu. Zawsze wokół zbierają się gapie, którzy potrafią docenić występ, kilkoma złotówkami. Na ulicy właśnie pierwszych szlifów nabierają początkujący. Tam uczą się podstawowych figur, bączków, łapek i baniek, czyli wszelkich obrotów na plecach, dłoni i głowie, by potem wykorzystać swoje umiejętności w kontestach lub inaczej "batelkach" (od słowa battle). Wtedy liczy się styl i technika, a pojedynki oceniają zebrani B-boy'e, lub sędziowie. Pomimo, że bitwy są zażarte a prezentowane przez walczących gesty bywają bardzo obraźliwe podstawową zasadą jest, aby nie dotykać przeciwnika! Warszawa ma kilka miejsc, gdzie latem można spotkać tańczących B-boy'ów. Popularna patelnia, czyli wejście do Metro Centrum i Plac Zamkowy to najbardziej znane. Zimą imprezy B-boy'owe przenoszą się do klubów a treningi do sal gimnastycznych. Konsekwentna, ciężka praca przynosi efekty, które można potem obserwować na wielu międzynarodowych konkursach, gdzie jak się okazuje wypadamy bardzo przyzwoicie.

 

Rozmowa z Thomazem z RockaFellaz Crew

Dominika Kotowicz: Breaking, b-boying czy breakdance... Skąd tyle różnych określeń?

Thomaz: Używam słowa breaking, bo jest mi bliższe. Określenie breakdance jest komercyjną stroną naszej kultury. Breaking jest nazwą, która powstała w latach siedemdziesiątych, kiedy pojawiło się to zjawisko. B-boye, czyli beat boye w nowojorskim slangu, chłopaki z bitem, używali określenia b-boying albo breaking. Breakdance pojawiło się w mediach w latach osiemdziesiątych.

A jaka jest historia?

- Breaking jest jednym z czterech elementów całej kultury hip-hop. Rozwijał się w czasach, kiedy zaczęło się też didżejowanie, graffiti, bitwy MC czy rapowanie. To było w połowie lat siedemdziesiątych. Sam breaking miał źródła w innych dziedzinach, w największym stopniu chyba w rockingu i gangsta style, czyli w tańcach, które były wtedy modne w nowojorskich klubach. Jedne z pierwszych osób, które zeszły w dół i zaczęły tańczyć przy ziemi, to Nigga Twins - bracia z Nowego Jorku. Z czasem b-boying dotarł też do Europy, gdzie powstały duże ośrodki.

Kiedy breaking pojawił się u nas?

- W Europie wszystko zaczęło się wraz z trasą Rock Steady. Już jednak wcześniej były ekipy, które wiedziały o tym, co działo się w Stanach, choćby przez nagrania na kasetach VHS. W Polsce oczywiście dostęp do tych źródeł był wtedy bardzo ograniczony. Jednym z pierwszych filmów, jakie można było zobaczyć u nas, był "Beats Streets" ze słynną walką Rock Steady z New York City Breakers. Wśród polskich pionierów można wymienić takie postacie jak b-boy Bartas z King of Warsaw - wciąż działa aktywnie na scenie, choćby sędziując. Podobnie Decu ze Stylowej Spółki Społem z Krakowa. Jest trochę osób z północy Polski: Erza ze starego ABC, b-boy Wezyl z Koszalina...

Gdzie trenujecie?

- Miejsca do treningów to najczęściej domy kultury, sale w siłowni... Ekipy organizują sobie takie miejsce i trenują razem. Nasza ekipa Rockafellaz ma dostęp do sali w Ośrodku Kultury "Ochota". Początkujący mają teraz znacznie łatwiej. Przychodząc na zorganizowane zajęcia, dostają od instruktora skondensowaną dawkę wiedzy. W dwa-trzy lata można teraz osiągnąć poziom, do jakiego my dochodziliśmy, tańcząc osiem lat.

Opowiedz o swojej ekipie

- Ekipa Rockafellaz to siedem osób. Na początku była nas czwórka: Esky, Czacha, Median i ja. Potem dołączały kolejne osoby. W tym roku obchodziliśmy piątą rocznicę istnienia. Jesteśmy w polskiej czołówce, często reprezentujemy kraj za granicą, gdzie również odnosimy sukcesy. Oprócz samego tańczenia kilka osób z naszej ekipy sędziuje, prowadzimy zajęcia na Sadybie, Zaciszu, Ochocie, Żoliborzu... Można przyjść i wypróbować sobie instruktora. Organizujemy też różne eventy hiphopowe, na przykład Master of Class dla osób uczęszczających na zajęcia. Są też mniej cykliczne imprezy i jamy.

Co się składa na styl b-boya?

- Styl b-boya wyznacza całościowo jego charakter: sposób poruszania, reakcja na muzykę... Nie chodzi o budowanie stałej choreografii, tylko umiejętności freestylowania przy wykorzystaniu elementów, które ma się opanowane. Nie jest to łatwe. Większość b-boyów układa sekwencje złożone z trzech-czterech ruchów i je łączy. Ja sam, jak wymyślam nowe ruchy, układam je w sekwencje z kilku ruchów, żeby je zapamiętać, ale na następnym treningu rozdzielam je na oddzielne ruchy i buduję z nich taką sieć, pajęczynę, żeby móc freestylować i przechodzić z każdego ruchu na każdy. Jeśli mi się to uda, będzie to moje największe osiągnięcie.

Jakie elementy można wyróżnić w samym tańcu?

- Jest top rock, czyli to, co się tańczy na górze, i są dropy, czyli zejścia w dół, które mogą być bardzo rozbudowane. Trzecim elementem jest footwork, w wolnym tłumaczeniu - praca nóg - wygląda to jak tańczący na ziemi wirnik. Czwarty element to freezy, czyli zatrzymania, zamrożenia na rękach, na głowie czy leżąc na plecach. No i są power moves: takie ruchy, jak kręcenie się na głowie, koła i inne widowiskowe elementy. Oczywiście całość nie sprowadza się do tych pięciu rzeczy, ale ważne jest, by umieć połączyć je w jedno. Chodzi o to, żeby wszystko było płynne i kreatywne. Tańczący przez swoje ruchy musi prezentować własny oryginalny styl.

Za co lubisz Warszawę?

- Warszawa jest moim zdaniem najlepszym ośrodkiem kultury hiphopowej. Każdy element jest rozwinięty na dobrym poziomie. Jest dużo jamów b-boyowych, odbywają się prawie co miesiąc, ok. 100 osób czynnie bierze udział w imprezach. Sporo osób przyjeżdża do nas z różnych części Polski, bo wiedzą, że dużo się tu dzieje. Graffiti jest też na dobrym poziomie, mamy również kilku dobrych didżejów i całą scenę warszawskiego rapu.