Sport.pl

Maraton na Atlantyku

Kazimierz Musiałowski jest pierwszym człowiekiem, który pobiegł 42,195 km maraton na środku Atlantyku. "Zmierzyłem taśmą mierniczą dystans jednego okrążenia, które wynosiło 512,08 m. Nie byłem świadom do końca na co się porywam." Oto relacja marynarza maratończyka.

Przygotowania

Po cichu, jeszcze w Grecji, zacząłem przygotowania do tego maratonu. Zakupiłem duże ilości wody mineralnej z mikroelementami. Wszak cały czas na statku mieliśmy wodę  pitną, "odzyskaną" z wody morskiej. Grecki armator nie był rozrzutny. Woda pitna kupiona w porcie kosztuje. W mój pomysł przebiegnięcia dystansu maratońskiego wtajemniczyłem kapitana, jednocześnie prosząc o zgodę. Zmierzyłem taśmą mierniczą dystans jednego okrążenia, które wynosiło 512,08 m. Nie byłem świadom do końca na co się porywam.

Najbardziej  przeszkadzały rury, które przebiegały aż na dziób statku. Poradziłem sobie z nimi kładąc na nie palety, coś na kształt małego drewnianego wiaduktu. Nie wiedziałem, ile ta nagła zmiana warunków będzie mnie sił kosztowała. Trzeba było uważać, właśnie na tych podbiegach i zbiegach po paletach. Do liczenia okrążeń - czyli do komisji sędziowskiej, zgłosili się dwaj polscy członkowie załogi i Filipińczyk. Był to dzień wolny od pracy, jedynie wachty miały służbę. Moje obawy co do pogody dotyczyły temperatury. Atlantyk w tym rejonie był spokojny. Start wyznaczyłem na godzinę 15.00. W ostatnią noc przed maratonem wyrysowałem na kartce ilość okrążeń. Potrzebowałem ich 82, do tego musiałem wyznaczyć odcinek 204,44 m, tak aby cały dystans wynosił 42,195 m. Sędziowie: Jacek, Zbigniew, oraz Filipińczyk Maximo sami przygotowali stół sędziowski, napoje, odżywki oraz pomyśleli o muzyce, która tak bardzo pomogła, przy pokonywaniu ostatnich kilometrów.

02.06.2011 OSIEK POD TORUNIEM , KAZIMIERZ MUSIALOWSKI ( L Z KRESKA ) , MIESZKA PRZY ULICY THE BEATLES . BIEGA MARATONY I CHCE ZORGANIZOWAC W OSIEKU ZAWODY .   FOT. MIKOLAJ KURAS / AGENCJA GAZETA
Kazimierz Musiałowski - marynarz-maratończyk

Jeszcze wieczorem, kiedy słońce powoli chowało się za horyzontem, przeszedłem cały dystans z miotłą, aby wyczyścić pokład. Ten statek był już stary, miał 22 lata. Rdza na pokładzie powodowała, że co chwilę olbrzymie płaty skorodowanego metalu odrywały się i mogło być niebezpieczne. Któregoś razu podczas spaceru kapitan pokazał mi pęknięcie statku od burty do burty. Widzi pan, ochmistrzu, na jakim statku pływamy? - zapytał kapitan. Widziałem nie tylko w tym miejscu, że ten statek już jest stareńki. Zgodziliśmy się na nim pracować, wraz z kapitanem polecieliśmy do Rzymu, potem do Bolonii, następnie do Ravenny jechaliśmy już samochodem agenta. Powiązały się nasze losy. Kapitan Rutkowski był spokojnym, rzeczowym człowiekiem. Był już na emeryturze. Pracował w Polskich Liniach Oceanicznych. Nie chwalił się tym, ale zauważyłem na jego ręce wytatuowany numer z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Miałem także okazję poznać jego syna, podczas rejsu do Filadelfii w USA. Kiedy przez dłuższy czas obaj nie dawaliśmy znaku życia z powodu braku łączności, nasze żony telefonowały do siebie szukając informacji i uspokojenia. Takie to było niełatwe życie marynarzy oraz ich żon.

Obawiałem się także tego, że pokład podczas maratonu może się "pocić", czyli różnica temperatury pokładu i powietrza jest taka, że powstaje warstwa szronu. Często miałem takie niespodzianki w tropikach. Bieganie po takim pokładzie jest naprawdę niebezpieczne. Jedynym środkiem na uniknięcie poślizgów, jest posypanie pokładu solą. Na taką ewentualność byłem przygotowany.

Dzień maratonu

Filipiński kucharz stara mi się dogadzać podczas śniadania. Za wiele propozycji dziękuję, z czego on nie jest zadowolony. Mówi tak, jak moja śp. Mama "trzeba jeść aby były siły..."

Na godzinę przed startem, zaczyna się ruch na prawej burcie. Sędziowie i niektórzy członkowie załogi wystawiają na pokład leżaki, krzesła, oraz stół na napoje. Mają także dwa niezależne stopery, które otrzymali od II oficera. Jest także radio, wąż gumowy podłączony do kranu.

marynarz maratończyk, maraton na atlantyku, kazimierz musiałowski

Godzina 15.00 - sygnał okrętowej syreny obwieszcza  mój start. Wielkie napięcie. Wiem, na co się decyduję. Boję się tego dystansu. Ten strach jednak dodaje sił. Już postanowione - "muszę to zrobić".

Tak, wystartowałem, wokół spokojny Atlantyk. Powiewa gorący wiaterek od Afryki, "Scirocco". Niesie ze sobą drobinki pustynnego piasku. Potem przekonam się, jak bardzo mi to przeszkadza. Nie założyłem koszulki. Każdy, nawet malutki powiew, to ochłodzenie organizmu. Biegnę w spodenkach zakupionych w Danii, butach z Grecji. Robię pierwsze nawroty. Nogi pracują dobrze. Z rytmu wybija mnie przeszkoda na dziobie - palety, które muszę pokonać. Wracam w myślach do moich przebiegniętych maratonów na lądzie. Jestem  tam daleko, w lesie, gdzie robię moje treningi podczas pobytu w domu. Zaliczyłem 25 okrążeń, to około 12,8 kilometra. Czas: 1 godzina, siedem minut, dwadzieścia sekund. Czuję się doskonale. Obsługa spisuje się znakomicie. Zawsze są dwie osoby, aby wynik był wiarygodny. W pewnym momencie przyszedł filipiński kucharz. Kiedy zatrzymuję się przy stoliku z napojami, stoi onieśmielony, uśmiechając się przyjaźnie. Mnie to było bardzo potrzebne.

marynarz maratończyk, maraton na atlantyku, kazimierz musiałowski

Zaliczyłem już 40 okrążeń, czas: 1 godzina 48 minut, zastanawiam się, czy nie biegnę za szybko? Przebiegłem ponad 20 kilometrów, sporo jeszcze ich przede mną. Słoneczko powoli zbliża się do fal Atlantyku. Tylko na oceanie jest takie, w tropikach. Nagrzane powietrze. Leciutkie kołysanie statku, prawie niedostrzegalne. W bulajach na mostku kapitańskim nowa wachta, przypatruje mi się. Mam już zaliczone 50 okrążeń, ponad 25 kilometrów. Coraz dłużej zatrzymuję się przy stoliku z napojami. Dużo piję! Nie zastanawiam się dlaczego. Moi opiekunowie polewają mnie "zimną" z nazwy wodą. Powoli zaczynają łapać mnie skurcze.  

Powoli słoneczko zniża się, wydaje się, że powinno być chłodniej. Nic z tego, nagrzany pokład oddaje ciepło jak żelazko. Czuję je jak promieniuje od dołu. Już kończę 60. okrążenie, czas: 2 godziny 56 minut. Ponad 30 kilometrów. Pozostało "tylko" 12, mało i dużo. Zawsze mówię sobie, zaliczysz 30 - maraton ukończysz! Ale te warunki są naprawdę inne. Zaczynam  coraz częściej przystawać. Czuję narastający wszędzie ból. Ramiona, plecy, szyja. Nigdy czegoś takiego nie zaznałem. Wiem, że po przebiegnięciu 70. okrążeń  mam już za sobą 35 kilometrów. Moi opiekunowie widzą zmiany w moim zachowaniu. Są jeszcze bardziej opiekuńczy. Staję, obie nogi wymagają masażu. Kładę się na pokład, lecz szybko wstaję - za gorący. Opieram dłonie o reling, nadbiegają sędziowie, masują. To nic, że tracę kilka minut. Nie ważne, trzeba biec dalej. Maraton nie może być przerwany. Nie można zaliczać go na raty. Mam już 75 okrążeń, czyli 38 kilometrów. Jeszcze trochę! Sędziowie dopingują: "Ukończysz!". Słoneczko już schowane  za dziób statku, tam są magazynki bosmańskie i windy kotwiczne. Mam ochotę położyć się. Ale czy potem wstanę? Zmienia barwę Atlantyk, zawsze tak jest podczas zachodu słońca. Jeszcze mam siłę to podziwiać. Gdzieś tam w środku, kiełkuje powoli radość. Prawdopodobnie ukończę ten maraton. To samo czułem podczas każdego maratonu, kiedy już widać metę, lub słychać głos z megafonów. Na tę całkowitą radość trzeba jednak jeszcze zapracować. Wysiłkiem i siłą woli. To recepta na ukończenie maratonu. Łatwo to napisać. Gorzej, jak to trzeba wykonać.

marynarz maratończyk, maraton na atlantyku, kazimierz musiałowski

Ostatnie kilometry, są najgorsze, Jacek i Maximo są uśmiechnięci, kiedy stoję przy napojach. Nagle słyszę: "Hej Jude" The Beatles. Wiedzą, że ich kocham, to ma mnie uskrzydlić. No i tak się dzieje. Nucę sobie pod nosem. Może ból i zmęczenie ucieknie. Jestem na 80. okrążeniu, jeszcze dwa, nagle niespodzianka słyszę dzwonek: "Skąd oni go wzięli?" Zbyszek  potrząsa nim mocno, cieszy się, że to już koniec. Na pewno i oni mają już dosyć tego maratonu. Jeszcze jedna niespodzianka. Drugi mechanik, nic nie mówiąc, utrwalił to na  kliszy. Jacek daje znać marynarzowi wachtowemu na mostek kapitański. Po chwili słychać  syrenę. Potem to wszystko zostanie odnotowanie w Dzienniku Okrętowym. 19.15 czasu okrętowego UKOŃCZYŁEM MARATON!

Nikt nie wie, co się czuje po pokonaniu takiego dystansu, jeżeli sam tego nie zrobi. Tutaj jeszcze to wszystko było utrudnione, przez okoliczności, w jakich się odbywało to wydarzenie. Dziękowałem później wszystkim, którzy mi pomagali. Radość emanowała z nich, powoli dochodziła do mnie. Cała załoga składa gratulacje. Kapitan przesyła butelkę szampana. Wlokę się do kabiny. Zostałem sam ze zmęczeniem i wrażeniami. Zasnąłem w fotelu nie wiedząc kiedy. Budzi mnie jednak delikatne pukanie do drzwi kabiny. To kucharz filipiński przyniósł mi kolację z puszką dobrze schłodzonego piwa.

Pamiętam jego smak do dzisiaj...

Przeczytaj również: Maraton na środku oceanu

Dołącz do nas na Facebooku.