Kinga Baranowska: Na górze wszystko jest proste - muszę się wspiąć

...

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk 2009-07-13, ostatnia aktualizacja 2011-01-12 16:02:08.0

Himalaizm to na pewno droga życiowa. A jeśli sport, to taki, w którym nie ma klaszczących kibiców emocjonujących się każdym dniem naszych wypraw. To nie zmaganie się z rywalem, ale z naturą, i to w samotności. Wygrywa ten, kto zrozumie, że nie jest wszechmocny

Kinga Baranowska zdobyła kolejny szczyt


Kilka tygodni temu 34-letnia Kinga Baranowska stanęła na Kanczendzondze (8598 m n.p.m), górze, której nie zdobyła dotąd żadna Polka. 17 lat temu zginęła tam najwybitniejsza polska himalaistka Wanda Rutkiewicz. Dla Baranowskiej był to szósty ośmiotysięcznik, wkrótce planuje wyprawy na kolejne.

Przemysław Iwańczyk: Nasza rozmowa ukaże się na stronach sportowych, ale nie mam przekonania, czy himalaizm to sport.

Kinga Baranowska: I ja do końca nie wiem, choć moje ostatnie wejście na Kanczendzongę na pewno miało wymiar sportowy. Żadna z moich wypraw nie miała charakteru komercyjnego, a mimo to w Polsce próżno szukać w mediach informacji o himalaizmie na stronach sportowych. Zupełnie inaczej niż w Hiszpanii, gdzie wejście na Kanczendzongę, Dhaulagiri (8167 m) czy Manaslu (8156 m) to sportowe wydarzenie tygodnia.

Himalaizm to na pewno droga życiowa. A jeśli sport, to taki, w którym nie ma klaszczących kibiców emocjonujących się każdym dniem naszych wypraw. To nie piłka nożna, siatkówka, koszykówka, to nie zmaganie się z rywalem, ale z naturą, i to w samotności. Wygrywa ten, kto zrozumie, że nie jest wszechmocny.

Ludzie słyszą o himalaistach tylko wtedy, kiedy zaliczą kolejny szczyt lub dojdzie do tragedii. I dziwią się, po co ktoś podejmuje tak ekstremalne ryzyko.

- Ekstremalne ryzyko? Trudno mi się z tym zgodzić, zwłaszcza kiedy oglądam mecz piłki nożnej. Wolę iść samotnie w góry, niż znaleźć się w sytuacji futbolisty narażonego na to, że ktoś porachuje mu kości.

Noga piłkarza się zrośnie, a himalaisty...

- To rzadkość, wypadków w Himalajach jest bardzo mało, ale jeśli już się zdarzają... Z himalaizmem jest jak z lataniem samolotem. To najbezpieczniejszy transport ze wszystkich, ale jeśli już dojdzie do katastrofy, mówią o niej wszyscy.

Na marginesie, nie lubię latać. Im częściej to robię, tym bardziej za tym nie przepadam. A już nienawidzę śmigłowców. Często docieram nimi w mało dostępne pasma gór, ale już na sam ich widok robi mi się źle. Najczęściej maszyny te prowadzą rosyjscy piloci, których kabiny wyłożone są obrazkami świętych. Kiedyś w Kirgizji po prostu zatrzymali się i zaczęli majstrować coś przy śmigle, zdejmować je, zakładać z powrotem.

Będzie chciała mnie pani przekonać, że himalaizm to zabawa dla każdego?

- Himalaizm nie jest dla wszystkich, trzeba mieć do tego predyspozycje, zwłaszcza psychiczne. Żeby wyjść w góry, trzeba się tam dobrze czuć. Przekonują się o tym choćby ci, którym idzie nieźle na ściankach - wychodzą w góry i mówią: "Kurczę, to nie dla mnie". Ryzyko można zmniejszyć, trzeba się tylko umieć poddać naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura.

W klasycznym wyczynowym sporcie jest odwrotnie. Zawodnik przygotowuje się kilkanaście lat, wierzy w swoją siłę, dopiero wtedy może myśleć o sukcesie. To paradoks, który powoduje, że trudno zrozumieć himalaizm i żądze, które kierują nas do wyjścia w góry.

A skąd u pani te żądze? Chce pani sobie podnieść adrenalinę?

- Nic z tych rzeczy. Wchodząc na Kanczendzongę, dwa miesiące byłam poza domem. Nie wytrzymałabym tak długo w stanie ciągłego napięcia, spaliłabym się już drugiego dnia. Znów wrócę do porównań z futbolem. Piłkarz wychodzi na mecz, jest skoncentrowany, podekscytowany, ale to trwa półtorej, najwyżej dwie godziny. Później gwizdek, koniec.

Podczas wypraw jestem tak wyciszona, że gdyby ktoś mnie tam zobaczył, dziwiłby się: o co tej dziewczynie chodzi, czemu ona jest tak spokojna?

Oglądałem filmy, kiedy wracała pani z wypraw. Myślałem, że rozmawia pani z dziennikarzami wolno, cedząc każde słowo, z powodu zmęczenia.

- Im dłużej się wspinam, tym bardziej jestem spokojna i opanowana. Góry uczą cierpliwości. Ktoś, kto nie posiadł tej umiejętności, nie ma szans, czekając tydzień na poprawę pogody w namiocie o powierzchni trzech metrów kwadratowych. Może co najwyżej pociąć namiot z bezsilności.

Mówię sobie: "Kinga, uspokój się, tam wysoko dekoncentracja to strata energii. Zachowaj ją na atak szczytowy". Ja się w ogóle nie denerwuję.

Wciąż nie wiem, po co się pani wspina.

- To stało się jakby poza mną. Kiedy pierwszy raz poszłam w Tatry, wiedziałam, że będę tam wracać, poznawać je coraz lepiej. Pochodzę z Wejherowa, studiowałam w Gdańsku. Na pierwszym roku pojechaliśmy na praktyki geologiczne. Tam wszystko się zaczęło. Przygodę z górami można zacząć w każdym wieku. Są tacy, którzy kończą od razu, nie wszyscy marzą o tym, by wyprawiać się w Himalaje.

Jak było z panią?

- Nie odhaczam w notesie szczytów, na które się wspięłam. Potraktowałam to jak drogę, na której się dobrze czuję. W górach jestem szczęśliwa, to dla mnie najważniejsze.

Jak wybiera pani szczyty, na które chce się wspiąć?

- Nie ma specjalnego kryterium. Wybieram ośmiotysięczniki - Himalaje, Karakorum. O tym, który konkretnie, decydują często względy praktyczne, np. jak się tam dostać. Wiem, że niektóre są po prostu dla mnie zbyt trudne. Mam dwie-trzy propozycje, wybieram najlepszą. Przez wiele miesięcy krążę wokół tego szczytu myślami, oswajam go, układam sobie w głowie plan wyprawy. Potrzebuję czasu. Wiem np., że w tym roku nie czuję się na tyle mocna, by wybrać K2. Nie tyle fizycznie, ile psychicznie.

Jak wyglądają pani przygotowania fizyczne?

- Nie ma tak, że miesiąc przed wyprawą zaczynam intensywny trening. Ostatnio dość często jestem w górach, staram się być w pogotowiu non stop. Będąc w Warszawie, biegam i jeżdżę na rowerze, co poprawia wydolność, przyzwyczaja serce do długotrwałego wysiłku. Wspinam się też na ściance. Nie mam ustalonego programu, chodzi o to, żeby się nie znudzić. Siedzenie godzinami w siłowni to nie dla mnie, choć i tam zaglądam, wzmacniając kręgosłup i mięśnie szyi.

Specjalnej diety nie trzymam, choć odżywiam się regularnie, by podczas wypraw nie zapaść na jakieś choroby. Tam nie ma czasu na leczenie, poza tym branie antybiotyku na wysokości 5500 metrów to hardkor. Krótko mówiąc, idąc w góry, muszę mieć zdrowie jak koń.

Co się dzieje z organizmem na takich wysokościach?

- Wszystkich to ciekawi, dlatego piszę o tym na bieżąco na swojej stronie internetowej.

Każdy inaczej reaguje na wysokość. Różnice ciśnień powodują ból głowy. Krew gęstnieje, wszystko robisz jakby w zwolnionym tempie. Niektórym dokucza jadłowstręt, każda próba posiłku kończy się odruchem wymiotnym.

Przy następnych wejściach, przy coraz większych wysokościach dolegliwości te mogą ustąpić, bo organizm zacznie wytwarzać więcej czerwonych krwinek, które dostarczą więcej tlenu do komórek. Tak przebiega proces aklimatyzacyjny, trzeba podjąć tyle prób, by później z powodzeniem zaatakować szczyt.

Mówimy oczywiście o wspinaczce bez tlenu, bo niektórzy idą z butlami, ale takie wejście traci wtedy walor sportowy. Wejście na ośmiotysięcznik z tlenem to tak jak wejście na sześciotysięcznik siłami natury.

Wchodząc bez tlenu, zyskuje się uznanie innych himalaistów?

- Tak. Na forach internetowych dyskutuje się o wspinaczce sportowej, a nie komercyjnej. Ma pan marzenie wejść na ośmiotysięcznik, jakiś łatwy, np. Mount Everest? Przygotuje się pan rok, dwa, może trzy, weźmie pan butlę z tlenem dla własnego bezpieczeństwa i każdy to zrozumie. Ale jeśli ktoś jest himalaistą, powinien spróbować wejść bez pomocy.

Góry są dla pani ucieczką?

- Nie, świetnie czuję się także na nizinach. Tam na górze wszystko jest proste: mam cel, muszę się wspiąć. Tu na ziemi też staram się nie komplikować sobie życia. To dwa współistniejące światy, które u mnie żyją w harmonii. To, co najcenniejsze dla mnie w górach, przenoszę tutaj.

Pracowałam wiele lat w korporacji. Patrzyłam na ludzi, którzy pieklili się, że nie działa drukarka, że ktoś knuje intrygi. To było poza mną, myślałam sobie: szkoda energii.

Dowiedziałam się o sobie w górach miliona rzeczy, poznałam siebie. Podam przykład z jedzeniem. Nie używam już liofilizatów [wysokokaloryczne posiłki w proszku zalewane wrzątkiem], są ohydne. Dzięki temu nauczyłam się wsłuchiwać w swój organizm. Tam na wysokości, gdzie nie mogę sobie kupić ani kawy, ani ciastka, a trzeba uzupełniać energię, dostajesz od organizmu informację, czego mu potrzeba.

Zabieram na wyprawy sery, kawałki kiełbasy suchej krakowskiej, kaszki smakowe, herbatę miętową. Himalaiści tego nie jedzą, oni sięgają po liofilizaty, a ja jem, co lubię, tego potrzebuje mój organizm.

Góry wzmacniają indywidualizm czy uczą działania w grupie?

- Żeby się wspinać, podejmować takie wyzwania, trzeba być indywidualistą. Współpraca z innymi jest dla indywidualistów ciężką pracą, ale warunki są tam tak skrajne, że nie ma innego wyjścia. Nauczyłam się pracować w zespole. Wbrew pozorom jestem normalna. Wypady z przyjaciółmi do miasta, posiadówki przy winie, koncerty jazzowe, które uwielbiam...

Polski sport kobietami stoi? Justyna Kowalczyk, Maja Włoszczowska, wcześniej Otylia Jędrzejczak, pani...

- ...Monika Pyrek. Przede wszystkim jestem za tym, by dzielić sport ze względu na płeć. To dwa różne światy, kobiety miewają słabsze dni.

Uwielbiam sportowe emocje, są najczystsze z możliwych, podziwiam wspomniane dziewczyny, emocjonowałam się każdym ich startem. Chciałabym jednak wspomnieć o innej kobiecie, Wandzie Rutkiewicz, naszej znakomitej himalaistce. Zadedykowałam jej moje wejście na Kanczendzongę, gdzie zginęła.