Sport.pl

Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach

Przebiegłem dookoła cały masyw Mont Blanc w słynnym UTMB. Ukończyłem polski Bieg Rzeźnika. Ale angielskie pagórki w Lake District okazały się za trudne. Przegrałem z angielskim ogrodnikiem w piżamie...
Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Wielkich na kilkadziesiąt kilometrów. Trawa na nim poprzetykana kamieniami i skałami. Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Wielkich na kilkadziesiąt kilometrów. Trawa na nim poprzetykana kamieniami i skałami. fot. Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

W Anglii są góry. I to jakie!

Siedzę ze spuszczoną głową na mokrej trawie i zastanawiam, co się stało. Jestem jak bramkarz, który spóźnił się z interwencją i za chwilę będzie musiał wstać, by wyciągnąć piłkę z siatki. Tak. Trzeba przyznać, że Anglicy znów spuścili nam łomot. Zaprosili na własne boisko, wiedząc od początku, że nie mamy szans.

Boisko jest jedyne w swoim rodzaju. Wielkie na kilkadziesiąt kilometrów. Trawa na nim poprzetykana kamieniami i skałami. Najniższy punkt gdzieś trzysta metrów pode mną, najwyższy majaczy jeszcze w chmurach, które powoli rozchodzą się w porannym słońcu.

Minęła dziesiąta, a ja rezygnuję. Wyruszyłem równo o północy, pełen nadziei. Teraz spoglądam na mapę i szukam drogi zejścia. Koniec.

Jeszcze godzinę temu piąłem się całkiem sprawnie na kolejną ścianę w tych piekielnych górach. Oni nazywają to szlakiem, ale nie widać tu żadnych śladów, a ja niewiele muszę się schylić, by dotknąć nosem trawy. Góry wyrastają tu wprost z nielicznych asfaltowych dróg. Zaczynają się 50 m n.p.m., a najwyższemu szczytowi - Scafell Pike - brakuje tylko 23 metrów, by dobić do okrągłego tysiąca.

Tak. Wbrew temu, co mówili znajomi - w Anglii są góry. I to takie, że niejeden polski góral by się zastanowił, czy nie zamienić Giewontu na ścianę Yewbarrow albo Helvellyn. Majestatyczne, łyse, pokryte tylko cienką warstwą darni przykrywającą łupki i granity. Doliny przeszlifowane przez lodowiec mają płaskie dna zalane wodą, a zbocza stromieją ku górze. Te stromizny często przechodzą w niespodziewanie płaskie grzbiety, na których można by pograć w piłkę.

Gra

Zacząłem od gry. Czas więc przybliżyć reguły. Wyzwanie nazywa się Bob Graham Round. Jest jednym z najpopularniejszych górskich testów w Anglii. Lokalni biegacze już w XIX w. lubili wyznaczać sobie długie pętle i mierzyć czas ich pokonania. Jak się rozejrzeć po angielskich łańcuchach górskich, widać, że niemal każdy ma jakąś rekordową trasę do pokonania biegiem. Bob Graham - ogrodnik z Keswick - wymyślił swoją jako prezent na 41. urodziny. Chciał wejść na 41 szczytów w ciągu doby. Zabrał ze sobą grupę pomocników, którzy mieli się zmieniać i towarzyszyć mu na kolejnych fragmentach, pilnując, by Bob trzymał tempo i żeby nie zawracał sobie głowy orientacją w terenie. Na nogach miał tenisówki i przydługie wełniane szorty. Za okrycie służyła mu koszula od piżamy. Pomocnicy karmili go chlebem z masłem, jajkami na miękko, dawali mu też owoce i słodycze.

I gdyby Bob nie rozminął się ze swoim celem o kilka minut, dziś nie miałbym za sobą drogi na Great Calva - wrzosowy masyw, na który piąłem się godzinę przed świtem. Było bardzo mokro i mglisto. W dolinie omal nie zostawiłem butów, zapadając się w błocie aż za kostki. Wyżej nie miałem już tego problemu, ponieważ ziemia była zupełnie zamarznięta. Na szczycie tylko odnotowałem czas i zbiegłem wzdłuż płotu na kolejny wierzchołek.

Skąd się wziął Great Calva? Został dołączony do listy w 1932 r., kiedy gdy Bob Graham miał 42 lata i niespełnione marzenie zamknięcia pętli w czasie nieprzekraczającym 24 godzin. Drugie podejście - poprzedzone starannymi przygotowaniami - zakończyło się sukcesem i dziś klasyczna pętla liczy sobie 42 szczyty. 107 km w poziomie i prawie 9 tys. m w pionie.

Oczywiście nie wchodzi się na taką wysokość - opisując biegi górskie, podaje się przewyższenie, czyli sumę wysokości wszystkich podejść. Dla porównania - z bazy pod Everestem na jego wierzchołek jest około 3500 metrów, z Morskiego Oka na Rysy - niecałe 1200. Najtrudniejsze polskie biegi górskie mają 4500 metrów przewyższenia na dystansie 100 km.

Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Bob Graham Round Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Bob Graham Round Infografika: Mikołaj Kirschke

Bob Graham Round - górski test

To nie jest zorganizowany bieg. Tu nie ma zapisów, opłaty, listy startowej i numerka. Nie ma sędziów, rywali i widzów na mecie. To wyzwanie stawiasz przed sobą, kiedy zechcesz, kiedy uznasz, że jesteś gotowy. Nikt nie będzie patrzył ci na ręce (na nogi?). Masz tylko jeden cel - zdobyć 42 szczyty w ciągu 24 godzin.

Ta liczba, widok mapy najeżonej poziomicami i fakt, że przez 28 lat po wyczynie angielskiego ogrodnika nikomu nie udało się zamknąć pętli w ciągu doby, powinny mi dać do myślenia.

Ale zagłębiając się dalej w dokumentację trasy, uśpiłem swą czujność. Pocieszyło mnie np. to, że już w 1960 r. niejaki Alan Heaton lekko ją stuningował i prowadzony przez kolegów, zamknął pętlę w 22 godziny i 18 minut. Później było jeszcze lepiej. Posypały się kolejne rekordy. W 1977 r., gdy mnie jeszcze na świecie nie było, trasę pokonała pierwsza kobieta, a dwa lata później damski rekord został wywindowany do 20 godzin i 31 minut. Gdy doszedłem do 13 godzin i 53 minut Billy'ego Blanda - zmieszczenie się w dobie wydało mi się już niedzielną wycieczką. Zwłaszcza gdy zobaczyłem rozrysowane największe rozszerzenie trasy - 77 szczytów autorstwa Marka Hartella. A obok czas - 23 godziny i 47 minut. Jego trasa została oszacowana na ponad 160 km - niezłe, naprawdę niezłe.

mój pierwszy raz, bieganie, Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Żadnych oznakowań. Tylko kamienie, pod stopami i chmury szorujące nieznośnie o kaptur.Leżę

Zatem leżę na tej trawie jak ostatnia ofiara. Obok plecak, rozpiska czasów, mapa i żona w stanie niewiele lepszym ode mnie. Składam w pamięci ostatnie godziny. Pomiędzy ścinkami informacji wchłaniam łapczywie orzechy, żeby zebrać energię na powrót do najbliższej asfaltowej drogi.

Wystartowaliśmy równiutko o północy, klasyczną trasą zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tradycyjnie, spod Moot Hall (1 na mapce powyżej), dawnego urzędu miejskiego, a dziś punktu informacji turystycznej. Truchtem w noc. Oświetlając drogę czołówkami, wybiegliśmy z miasta w kierunku pierwszych wzgórz. Runda zaczyna się łagodnie. Od pastwisk, gdzie owce błyskają w mroku zielonymi oczami. Na dole było chłodno. Tak z 5 °C. I bezwietrznie. Doceniliśmy to godzinę później, gdy na grani wiatr zrywał nam kaptury z głów. Pierwsza sztajcha (droga łącząca ziemię z niebem) była szeroka i kamienista. Wyglądała na ujeżdżoną przez jakieś land rovery. Na kolejnych prędzej bym spodziewał się windy.

W ciągu półtorej godziny weszliśmy niemal z poziomu morza na 931 metrów. Chmura ograniczała widoczność do kilku metrów, a lampka tworzyła tylko łunę przed twarzą. Z kompasem na dłoni trzymałem azymut. Najpierw po grani równiutko na północ, po płaskich, łupkowatych kamieniach, a 400 metrów za wierzchołkiem skręt o 90 stopni w prawo. Żadnych oznakowań. Tylko kamienie, pod stopami i chmury szorujące nieznośnie o kaptur. Gdy zapytasz Anglików, czemu nie oznakowali swojej najbardziej znanej trasy, wzruszą tylko ramionami: "Skoro pierwsi, którzy ją pokonali, dali radę bez drogowskazów, ty też musisz sobie poradzić".

Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. fot. Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Wolniej niz ogrodnik w piżamie

A więc walę biegiem w dół stoku na wschód, gdzie wedle opisu mam szansę trafić na ślady quada. Pojawia się jednak tylko trawa i owcze bobki. A do tego stok stromieje. Nie. Nie tędy. Zmieniam nieco azymut i rzeczywiście moje stopy trafiają na coś nowego. Błoto. Cienka linia głębokiego po kostki szlamu wyznacza drogę zejścia. Zastanawiam się, czy lepiej moczyć się w tej mazi, czy brnąć we wrzosie, po którym biegnie się jak w stercie poduszek. Tak spędzamy kolejne godziny. Słuchamy na przemian szelestu wrzosu, chrobotu kamieni i chlupotu wody wyciskanej z mchu. Gdy po drodze trafia się rzeczka po kolana, jest mi wszystko jedno. Wskakuję w nią jak w Warszawie na przejście dla pieszych.

Świt

Start o północy nie był przypadkowy. Godzinę trzeba odpowiednio dobrać. Wtedy względnie łatwe fragmenty pokonujesz po ciemku, a skaliste obszary robisz choćby z odrobiną światła. Tam łańcuchów, klamer czy innych zabezpieczeń brak, a biegacz - jak to się mawia - ma nadmiar powietrza pod tyłkiem, jest gdzie spadać. W Anglii celowo nie umieszcza się zabezpieczeń na takich trasach. "Jeśli masz jaja, jak ten, co ją wytyczył - ruszaj. Jeśli nie, poszukaj sobie czegoś łatwiejszego, ale nie wbijesz tu żadnego żelastwa".

Ruszyliśmy na coś, co wyglądało jak żyletka (2 na mapce) czy raczej rzeźnicki tasak. Skała śliska, częściowo pokryta lodem. Prowadziła stromo w dół, a my zsuwaliśmy się lękliwie, przytrzymując się rękami. Najpierw w ogóle nie było widać doliny. Ani ścieżki. Tylko ostrze prowadzące w dół, najeżone śliskimi, zamarzniętymi głazami. - Jesteś pewien, że tędy? - zapytała żona, ale kompas grał. Choć taka grań w naszych Tatrach nie byłaby dopuszczona do ruchu turystycznego, tędy należało iść. A najlepiej biec. Bo, sądząc po czasach, najszybsi skakali tu z kamienia na kamień.

Po kilkuset metrach zobaczyliśmy wreszcie zieleń doliny i zarys ścieżki przewijającej się przez szczerby tasaka. Gdy dotknęliśmy wreszcie luźnych kamieni, czuliśmy się jak na wjeździe na autostradę w Strykowie. Ogień!

mój pierwszy raz, bieganie, Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Już po pięciu godzinach biegu wiedzieliśmy, że tempo jest za słabe.

Pazury

Już po pięciu godzinach biegu wiedzieliśmy, że tempo jest za słabe. Ale zwalaliśmy to na nocne warunki, na odrobinę błądzenia po łąkach, a wreszcie na żyletkę, którą - jak się później dowiedzieliśmy - da się ominąć okrężną drogą. Chmury szły w górę, ciągnąc ze sobą słońce, a przed nami na mapie wiła się trasa o dużo mniejszych stromiznach. No... może z wyjątkiem tej pierwszej, wyprowadzającej z doliny, która nabiła nam na licznik kolejne 600 metrów przewyższenia. Chcieliśmy odrabiać straty. Bo wychodziło na to, że pętlę zamkniemy 4 godziny wolniej niż przedwojenny ogrodnik w piżamie.

Na wypłaszczeniach i łagodnych stokach truchtaliśmy w mlaszczącej brei pokrytej cieniutką warstwą lodu, który przyjemnie pękał pod stopami. Gdy biegniesz w chmurach, widzisz tylko to, co bezpośrednio pod nogami. W głowie mam więc widoki wielkich sadzawek na grzbietach, kopczyków znaczących przebieg trasy (oczywiście potępianych przez tradycjonalistów). Wreszcie - ślady ludzi, którzy biegli przed nami. Buty uzębione jak bullterier i równie finezyjne. Projektowane przez Anglików z Crook i Boltonu, którzy przyjeżdżają tu regularnie, by próbować je w lokalnym środowisku. Na świecie modele takie, jak Walsh PB Elite Racer, czy inov-8 mudclaw (błotny pazur), właściwie nie występują. Tutaj w każdym sklepie można je znaleźć w pełnej rozmiarówce - również damskiej i dziecięcej.

W Lake District po prostu tak się biega. Właściciel hotelu, w którym zostawiliśmy rzeczy, też miał na wycieraczce coś, co wyglądało jak jeż w gumowym wdzianku i sznurowanym gorsecie.

Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Przez kolejne godziny biegliśmy całkiem żwawo, spadając i wznosząc się na przemian. Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Przez kolejne godziny biegliśmy całkiem żwawo, spadając i wznosząc się na przemian. fot. Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Pętla musi poczekać

Przez kolejne godziny biegliśmy całkiem żwawo, spadając i wznosząc się na przemian. Bieg - marzenie. Trochę skał, trochę piargów, czasem przyjemna łąka. W takich warunkach nawet stary piechur chętnie sobie potruchta.

Tylko że nam się spieszyło. Rozpiska w zmarzniętej ręce coraz dobitniej uświadamiała nam, że z 24 godzin będą nici. Że nie wpiszemy się do prestiżowego klubu liczącego sobie nieco ponad 1700 członków. Na liście widziałem tylko jedno polskie nazwisko. W tej chwili ten gość wydawał mi się rodzynkiem, jak Jerzy Dudek w finale Ligi Mistrzów. I coraz częściej dochodziłem do wniosku, że to, co wyrabiają biegacze w angielskich górach, ma się tak do polskich zawodów na 100 km, jak Premiership do Ekstraklasy. Czyli nijak.

Ba, przy tym wysiadają nawet zawody w Alpach. Biegłem w zeszłym roku dookoła Mont Blanc, 168 km z przewyższeniem 9600 m. Zostawiłem za sobą 2200 ludzi, wyprzedziło mnie zaledwie 29. W Polsce kończyłem górskie biegi w pierwszej 10. Zdarzało się też przynieść do domu jakiś pucharek.

A może źle trafiłem, bo przed biegiem konsultowałem się z uśmiechniętą, zabawną dziewczyną, którą przedstawiono mi jako "Natalie z działu marketingu". Mówiła, że damy sobie radę i że "trasa jest bardzo fajna". Dziś wpisałem w Google jej nazwisko i zobaczyłem: "Natalie White - mistrzyni Wielkiej Brytanii w biegach górskich..."

mój pierwszy raz, bieganie, Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Lekki, chłodny wiatr, soczysta trawa pod stopami. Gdzieniegdzie błyszczały jeziorka.

Końcówka

Gdzieś w połowie trawersu, który przypominał trochę Czerwone Wierchy, skopiowane i wklejone trzy razy, niebo zrobiło się błękitne. Cudo. Po prostu genialny krajobraz. Lekki, chłodny wiatr, soczysta trawa pod stopami. Gdzieniegdzie błyszczały jeziorka. Po prostu cieszyłem się szlakiem i nie przejmowałem się, że cel przybliża się zbyt wolno. Carpe diem. Kurtka, plecak, woda ze strumienia i kilka ciastek. Nogi już trochę kołkowate, ale w niezłym stanie. Tu można po prostu przyjechać z plecakiem, pochodzić po górach. Albo chociaż na zwykły urlop - popływać parowcem po jednym z jezior. Pooddychać powietrzem znad oceanu, zmieszanym z wonią wrzosu i trawy.

Odpoczywać mieliśmy dzień później. Teraz należało spaść (niemal dosłownie) stokiem z Dollywaggon Pike nad jedno z małych oczek wodnych. Zbieg z iglicy Pałacu Kultury, sto metrów po płaskim, a potem taki sam podbieg. Tylko widoki lepsze niż na plac Defilad. I te schody nieco bardziej śliskie. Kilka razy zjechałem na tyłku po trawie, zanim byłem w stanie się zatrzymać. Żona wybrała inny wariant, więc ona zbiegła bez przyziemienia.

Wydawało się, że po prostu potoczymy się przez te góry, kiedy na kolejnym piargu (3 na mapce) przyszedł kryzys. Wykończyło nas schodzenie w dół. Zbyt strome, by biec. Bardziej przypominało drabinę. Tylko że nigdy nie szedłem po drabinie o długości pół kilometra. W dole przemykały samochody - a my powolutku, nóżka za nóżką dreptaliśmy. Na dole bez zastanowienia wbiliśmy się w przeciwległy stok. Bo nie było się już nad czym zastanawiać. W głowie się kręciło. Podparłem się rękami na podejściu (4 na mapce), przy którym na mapie widnieje adnotacja - wspinaczka na rękach i kolanach. Nie przypominam sobie takich trawiastych ścian wspinaczkowych z Polski... Kryzys był nagły. Nie pomogło zjedzenie czegoś słodkiego. Pić też się nie chciało. Zwolniliśmy. Przystanęliśmy. Zabrakło paliwa. Po prostu. Jeszcze na oparach zaliczyliśmy Steel Fell i ostatni w kolekcji Calf Crag. A potem padłem. (5 na mapce). Zasnąłem natychmiast, a Magda patrzyła na mnie dużymi oczami. Próbowała karmić, ale widziała, że dalej nie pójdziemy. Pętla musi poczekać. Do przyszłego roku.

Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Niezbędny jest dobry kompas, (np. Moscompass 3) Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Niezbędny jest dobry kompas, (np. Moscompass 3) fot. Moscow Compass

Sprzęt na Bob Graham Round

Orientacja

Lokalni biegacze znają trasę na pamięć i przed ruszeniem na pełną rundę trenują na poszczególnych odcinkach, wybierając najlepsze warianty. Przyjeżdżając trzeba zaopatrzyć się w mapę - najlepiej z naniesionym przebiegiem pętli (Harvey 1:40 000 - 10 GBP)

Niezbędny też jest dobry kompas, który trzyma azymut w czasie biegu (np. Moscompass 3 - 144 zł).

mój pierwszy raz, bieganie, Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Trzeba zabrać lekką wiatrówkę (np. The North Face Better Than Naked), długie biegowe spodnie (np. RaidLight Trail Raider)., The North Face, RaidLight

Ubranie

Pogoda zmienia się bardzo szybko i jest zależna od wysokości. Gdy w dolinie jest 10 stopni, na szczytach może być mróz. Trzeba zabrać lekką wiatrówkę (np. The North Face Better Than Naked), długie biegowe spodnie (np. RaidLight Trail Raider).

Kluczowy jest dobór butów i skarpet. Skarpety powinny być dosyć cienkie, by nie chłonęły wody, szybko schnące. Na pewno nie białe! (np. Salomon XT Trail Pro). Buty - agresywne i pozbawione amortyzacji, która zmniejsza stabilność w terenie (np. inov-8 mudclaw 330).

mój pierwszy raz, bieganie, Mój pierwszy raz: bieganie w angielskich górach. Skarpety powinny być dosyć cienkie, szybko schnące(np. Salomon XT Trail Pro). Buty - agresywne i pozbawione amortyzacji (np. inov-8 mudclaw 330)., inov-8, Salomon

Żywienie

Na całej pętli nie ma ani jednego schroniska czy sklepu. Trzeba wszystko nieść na grzbiecie, ewentualnie korzystać z pomocników, którzy dostarczą depozyt. Ilość kalorii potrzebnych biegaczowi przez 24 godziny jest bardzo indywidualna. Ważne by wziąć ze sobą zróżnicowane i wypróbowane produkty. Nie tylko słodycze. Przydadzą się także mięsne przekąski (np. kabanosy) czy kanapki.

Woda nie stanowi problemu, choć większość trasy prowadzi po grzbietach. Można ją brać z górskich potoków.

Wymagania kondycyjne

Trasa jest bardzo trudna i jej ukończenie w limicie 24 godzin wymaga mocnego treningu. Przebiegnięcie zwykłego maratonu w 3 godziny może okazać się niewystarczające. Bardzo ważne jest obycie z biegami górskimi i umiejętność szybkiego poruszania po bezdrożach.

Jak dojechać

Start i meta znajdują się w Keswick. Z Polski najlepiej przylecieć tam samolotem, wybierając jako miejsce przeznaczenia lotnisko Manchester, a potem pociąg do Windermere (ok. 20 GBP) i stamtąd autobus do Keswick (ok. 8 GBP). Jeśli skorzysta się z Ryanair, lot może się okazać najtańszym etapem podróży.

Kiedy próbować

Zdarzają się zimowe podejścia do Bob Graham Round, ale sezon trwa tu od maja do października. Początek sezonu charakteryzuje się dużą ilością wody i błota, natomiast pod koniec problemem są rozrośnięte wrzosy.

Kraina Jezior (The Lakes, Lake District, Lakeland)

Bardzo atrakcyjny region, w którym utworzono park narodowy. Obszar około 50x50 km zamieszkuje 42 tysiące ludzi, których byt jest uzależniony od napływających turystów. Dbają o nich na każdym kroku. Wszędzie można znaleźć niewielkie hoteliki, knajpki, wypożyczalnie sprzętu sportowego. Do tego budynki są niskie, wykonane głównie z szarego kamienia, harmonizujące z krajobrazem. Cudo!