Sport.pl

Korzeniowski pobiegnie Runmageddon w Gruzji."Gdyby nie wypadek wystartowałbym na Saharze"

- Powinniśmy dostać granty z ministerstwa sportu, bo ściągamy ludzi z kanapy - śmieje się Jarosław Bieniecki, twórca Runmageddonu. Ekstremalne bieganie przez przeszkody organizuje nie tylko w Polsce. W marcu na chętnych ponownie czeka Sahara, w wrześniu Gruzja. Na Kaukaz wybiera się m.in mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, któremu mordercza wyprawa ma pomóc... w rehabilitacji po wypadku.

- W listopadzie miałem wypadek na rowerze. Musiałem gwałtownie hamować, by nie potrącić człowieka. Sam z dużym impetem wpadłem w zaparkowany samochód. Uderzyłem w niego barkiem. Samochód miał wygięte drzwi, u mnie skończyło się na kilku śrubach zespalających. Gdyby nie to, wystartowałbym już na Saharze – mówi Robert Korzeniowski.

Czterokrotny mistrz olimpijski miał wziąć udział w zaplanowanej na połowę marca pustynnej wyprawie do Maroka, ale musi się rehabilitować, a do morderczego wyścigu z przeszkodami chce się też odpowiednio przygotować. Weźmie więc udział we wrześniowym ekstremalnym bieganiu po górach w Gruzji. Te zawody będą organizowane na dystansie 50 i 100 km. Korzeniowski chciałby się zmierzyć z tą trudniejszą opcją.

 - Najważniejszą rzeczą w takich biegach jest ogólna sprawność organizmu. Samo bieganie czy chodzenie jakiejś przewagi mi nie da. Zresztą to jest coś interesującego dla ludzi, których zwykłe bieganie nudzi. Tu odnajdują w sobie dziecko. Tu się bawisz sportem. Mniej liczą się sekundy i czas, bardziej pokonywanie kolejnych wyzwań na trasie – opisuje Korzeniowski.

To, że Runmageddony są dla wszystkich, którzy lubią się ruszać podkreśla Jarosław Bieniecki, niegdyś lekkoatleta, sześciokrotny  medalista mistrzostw Polski w biegach długodystansowych, a potem twórca Runmageddonu. Choć lepiej zacząć od tych prostszych i krótszych biegów organizowanych w Polsce.

- Na zwykłe Runmageddony, takie na 3,6, czy nawet 12 km zapisują się ludzie, którzy uprawiają różne sporty. Często też jednak nie ruszają się wiele, lub nawet nie przepadają za biegami. U nas jednak często robią dystans jak na półmaratonie. Powinniśmy dostać granty z ministerstwa sportu, bo ściągamy ludzi z kanapy – śmieje się Bieniecki.

Zakaz głaskania skorpionów

Z Runmageddonami Global wiąże się jednak większy wysiłek. Sahara czy Kaukaz budzą respekt. W pierwszym przypadku czynnikiem utrudniającym sprawę jest pogoda, w drugim wysokość.

- Samo bieganie na wysokości 2-3 tysięcy metrów już jest pewnym wyzwaniem. Ja w swojej karierze trenowałem najwyżej do 2600 metrów. Podkreślam, że to były tylko treningi – przypomina sobie Korzeniowski.   

- Z tymi wyzwaniami łączącymi się z zagranicznymi Runmageddonami bywa różnie. Pamiętam, że choć niektórzy najpierw zapisali się na wersję 100 kilometrową, to szybko zeszli na 50 km – wspomina Marcin Szymański, dyrektor zawodów, który dba też o ich odpowiednie zabezpieczenie.

-Mamy naszą kilkuosobową medyczną ekipę i swój sprzęt ratowniczy. Do tego tlen, kroplówkę i kilka innych przydatnych rzeczy. Jak się coś stanie, to dobrze zabezpieczymy poszkodowanego, aż do czasu przyjazdu czy przylotu ekipy ratunkowej miejscowego pogotowia – dodaje Szymański i z uśmiechem na ustach przekazuje też wskazówki jakie w związku z bezpieczeństwem daje uczestnikom zawodów.

- Nie robimy selfie stojąc nad przepaścią, nie głaszczemy skorpionów – jest jeszcze kilka rzeczy, na które zwykle mają ochotę uczestnicy naszych biegów, ale przeważnie rozsądnie się dogadujemy – puentuje.  

Pokrewne dusze i „test kasztana

Organizatorzy Rumagedonów zaznaczają też, że coraz większa jest liczba kobiet, które decydują się na mocne sportowe doznania.

- Na pierwszym zagranicznym biegu było ich raptem kilka, teraz na Saharę jedzie około 20 pań. Mamy nadzieję, że na Kaukaz dotrze ich jeszcze więcej. Takie wspólne wyzwania łączą ludzi, dużo emocji jest szczególnie przed i po samej rywalizacji – mówi Bieniecki.

- Zbieram grupę przyjaciół, z którymi chcę coś przeżyć. Na takie wyjazdy przeważnie decydują się osoby o zbliżonych temperamentach, takie pokrewne dusze. Raczej wszystkie przechodzą też „test kasztana” – mówi Korzeniowski. Co to takiego?

- Idąc jesienią można przewrócić się na kasztanie. Jest grupa osób, którym wszystko przeszkadza i oni przez tego kasztana szybciej połamią sobie rękę. Druga grupa ludzi nawet jak się przewróci, to będzie do tej wywrotki przygotowana. Wstanie i nawet nie zauważy, że ma siniaka na udzie – uśmiecha się Korzeniowski. Wyjazd do Gruzji motywuje byłego chodziarza do systematycznej pracy związanej z rehabilitacją jego barku i profesjonalnego przygotowania się na górską przeprawę.

- Nawet jak to będzie zabawa, to mam tak chyba w swoim DNA, że muszę mieć jakiś plan i dobre pojęcie o wyzwaniu, które mnie czeka – kończy złoty medalista z Atlanty, Sydney i Aten.